Dotarliśmy do badań zleconych przez MEN - jest trend: uczniowie i rodzice chcą edukacji seksualnej w szkole

Uczniowie chcą w szkole edukacji seksualnej, rodzice generalnie też - choć część z nich nie chce lekcji np. o antykoncepcji. TOK FM dotarło do pilotażowych badań zleconych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej Instytutowi Badań Edukacyjnych. Na razie odbyły się badania jakościowe, czyli nie ma danych statystycznych, zbadano jedynie pewne trendy.
Minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska już kilka miesięcy temu zapowiadała, że jest zwolenniczką edukacji seksualnej w szkołach. Od początku zapowiadała zmiany w tym zakresie, ale uzależniała je od wyników badań zleconych Instytutowi Badań Edukacyjnych. Dotarliśmy do pierwszych wyników tych badań.

Na razie wyniki są tylko z części jakościowej. To znaczy, że nie ma jeszcze konkretnych danych statystycznych, liczbowych, ale widać pewne trendy, poglądy, opinie. Badanie jakościowe przeprowadzono wśród rodziców i uczniów.

Rodzice konserwatywni i liberalni - jedna podstawowa różnica zdań

Jak ustaliliśmy, badanie rodziców polegało na spotkaniach 10-osobowych grup. Takich spotkań było 30, a w ich trakcie rodzice z poglądami liberalnymi spotykali się z tymi, którzy mają światopogląd konserwatywny. Jak przekazała nam rzeczniczka MEN-u, Joanna Dębek, wyszło, że różnic między rodzicami jest mniej niż myśleli. - Liberalni mówią: "my chcemy, żeby dziecko dostało porcję wiedzy, zanim zacznie doświadczać życia seksualnego". A rodzice konserwatywni: "my mamy nadzieję, że im później dziecko się wszystkiego dowie, tym później zacznie" - informuje Joanna Dębek.

Jest natomiast zasadnicza różnica w tematach, które na lekcji edukacji seksualnej powinny być poruszane: rodzice konserwatywni nie chcą nauki o zapobieganiu ciąży oraz o mniejszościach seksualnych. - To największa różnica - podkreśla Dębek. I jedni, i drudzy rodzice przyznają za to, że potrzebują wsparcia szkoły, ale podkreślają, że lekcje powinny być dobrowolne.

Uczniowie? Że lekcji nie powinna prowadzić pani od historii

W trakcie badania jakościowego przebadano również postawy uczniów, choć - jak podkreśla Joanna Dębek - to była mała próba badawcza, dlatego niczego nie można przesądzać. Badano uczniów klas szóstych szkół podstawowych, trzeciej gimnazjum i młodzież uczęszczającą do szkół średnich. Generalnie młodzi ludzie mówili o tym, że lekcje są potrzebne, choć powinny być prowadzone przez osoby spoza szkoły. - Dla nich to krępujące, by o seksie rozmawiać na przykład z nauczycielem historii, który potem będzie ich oceniał z innego przedmiotu - mówi Dębek.

MEN na razie nie wyciąga żadnych wiążących wniosków, bo czeka na badania ilościowe - wyniki badań ilościowych powinny być znane do końca roku. Joanna Kluzik-Rostkowska nie ma wątpliwości, że edukacja seksualna powinna być dobrowolna. Rozumie też, że są rodzice, którzy ze względów światopoglądowych mówią takim lekcjom "nie".

A jak dziś wyglądają lekcje wychowania do życia w rodzinie? Bywa różnie, wiele zależy od nauczyciela. Są w szkoły, w których część rodziców nie zgadza się na udział dzieci w takich zajęciach. Ale są też takie, gdzie na lekcje wychowania do życia w rodzinie (WDŻ) chodzą prawie wszyscy. Tak jest m.in. w Gimnazjum nr 18 w Lublinie. - To są superlekcje, rozmawiamy tak naprawdę o wszystkim. Prowadzi je pani pedagog, która potrafi nas otworzyć. I nigdy się nie czerwieni - mówi nam jedna z uczennic.

Internet głównym źródłem wiedzy o seksie

Zajęcia w osiemnastce prowadzi Marzena Drabiec, na co dzień szkolny pedagog. Przyznaje, że rozmawia z uczniami o wszystkim i zawsze podkreśla, że u niej nie ma tematów tabu. - Oni wiedzą, że ja o ich problemach nie będę rozmawiać na przykład z innymi nauczycielami - mówi. Nie ma wątpliwości, że uczniowie wiedzę o seksie czerpią w dużej mierze z internetu, że znają temat "pornografia", że część z nich inicjację seksualną ma już za sobą, a niektórzy współżyją regularnie. - Z moich doświadczeń wynika, że te zajęcia są bardzo potrzebne, jest bardzo duże zapotrzebowanie na rozmowę, oni przychodzą z różnymi problemami - mówi. I wymienia: dorastanie, miłość, codzienne sytuacje w domu, uzależnienia, przemoc.

Pani Marzena przyznaje, że ma podstawę programową, ma podręcznik, którego stara się trzymać. Ale - Podczas lekcji wychodzą różne sytuacje i często odskakuję od programu nauczania. Czasem 45 minut mija wyłącznie na rozmowie z nimi, na dialogu - mówi Marzena. Również o seksie. - Oczywiście, jedni się wstydzą o tym rozmawiać, inni nie. Bardziej odważni są chłopcy - mówi pani pedagog.

Tematy, o które proszą uczniowie? Masturbacja, dewiacje, ale też np. stanowisko Kościoła do antykoncepcji. Nasza rozmówczyni podkreśla, że nie uczy dzieci np. nakładania prezerwatyw, choć wie, że są szkoły, w których tak się dzieje. - Ja jednak zawsze uczniom mówię, że u nas tego nie będzie. Żeby nie uprzedmiotawiać tego zjawiska, jakim jest seks - mówi Marzena Drabiec.

Zajęcia obowiązkowe, ale

W Gimnazjum nr 16 w Lublinie też na WDŻ chodzą prawie wszyscy. Zgodnie z prawem są to lekcje obowiązkowe, chociaż rodzice mogą podpisać oświadczenie, że zwalniają swojego syna czy córkę z takich zajęć.

Monika jest uczennicą klasy drugiej, nie ma wątpliwości, że takie lekcje są potrzebne, bo młodzież swoją wiedzę czerpie głównie z internetu, a bywa, że są to informacje nie do końca prawdziwe. - Ważne jest też podejście nauczyciela do tego przedmiotu, a nasza pani potrafi rozmawiać z nami spontanicznie i prosto, na każdy temat - mówi nastolatka.

Szczepan chodzi do klasy trzeciej. Zajęć z WDŻ nie zamieniłby na inne. - Pani Jola [tak się do niej zwracają, bo tak się umówili - przyp. red.] jest bardzo spontaniczna i potrafi pewne rzeczy pokazywać na przykładach. Wczoraj przyniosła wodę i barwniki. Woda to życie, a barwniki - to uzależniania, pierwszy seks. I rozmawialiśmy, jak rzeczy, które zrobimy w młodości, mogą wpłynąć na nasze życie w dorosłości - mówi uczeń. Przyznaje, że rozmawiają na poważnie, choć nierzadko pojawia się też śmiech.

Pani Jola, o której mówią uczniowie, to Jolanta Gandecka. Pilotażowe badania MEN jej nie zaskakują, choć podkreśla, że nigdy nie miała ze strony rodziców uwag, aby nie rozmawiać z dziećmi np. o antykoncepcji. Rozmawia o różnych środkach antykoncepcyjnych, czyta ulotki, omawia je, zaprasza ginekologów. - Młodzież chce rozmawiać, sama proponuje tematy. Bywa, że rozmawiamy też w cztery oczy, jeśli jest taka potrzeba - mówi Jolanta Gandecka.

Nie kryje, że czasami o problemach uczniów myśli non stop, bywa, że spędzają jej sen z powiek. Zastanawia się np., jak pomóc, jak rozmawiać, gdy ktoś jest po pierwszym zawodzie miłosnym. Bo historie są różne, jak to w życiu.