Merkel stuknęła "60". Prof. Stempin o filozofii kanclerz Niemiec: "Nie bez powodu ceni neurofizjologa Singera"

Angela Merkel świętuje 60. urodziny. Bez hałasu, bo nie lubi wrzawy wokół swojego życia prywatnego. Inaczej niż politycy typu Berlusconiego czy Sarkozy'ego. Wychowana w NRD, w domu protestanckiego pastora, nauczyła się strzec prywatności przed inwigilacją komunistycznego państwa.
Kiedy jako szef CDU, na rok przed objęciem fotela kanclerza, Angela Merkel organizowała w chadeckiej centrali w Berlinie 50. urodziny, zaprosiła uczestników do bufetu całkiem skromnie: na piwo i rolmopsy w occie. Choć wcześniej, przez 16 lat, Helmut Kohl raczył swoich gości kawiorem, szampanem i niekończącymi się laudacjami na swoją cześć.

Merkel 10 lat temu punktem kulminacyjnym uroczystości uczyniła wykład sławy w zakresie neurofizjologii Wolfganga Singera, dyrektora prestiżowego instytutu Maxa Plancka. Jedna z jego teorii głosi, że w mózgu nie ma zarządzającej centrali, jednego miejsca, które wydawałoby polecenia. Nie siedzi tam jakiś homunkulus, który pociągałby za sznurki, a postrzeganie składa się z wielu równoczesnych procesów splatających się w całość. Inna teoria Singera głosi, że swoboda podejmowania decyzji jest iluzją.

Wszystko, co czyni człowiek, lub czego nie czyni, determinują neurony. Mózg podejmuje decyzje na długo, nim sobie to uświadomimy. Człowiek jest w swoim działaniu ubezwłasnowolniony, w życiu, w miłości, w polityce. Merkel nie przez przypadek neurofizjologa zrobiła głównym mówcą, a jego teorię zakamuflowaną pochwałą na cześć swojej politycznej praktyki.

Metoda dreptania

Kanclerz na co dzień przekłada wywody Singera na język polityki. Jeśli on udowadnia, że nie wszystko można wytłumaczyć rozkazami wydawanymi przez ośrodek decyzyjny niższym strukturom, że mózg pracuje kompleksowo, że pomyłkę trzeba rozumieć jako konieczność, skoro ewolucja jest produktem mutacji i selekcji, czyli przypadku, to - konkluduje Merkel - trzeba się rozstać z utopią planowania przyszłości i zbliżać się do niej małymi kroczkami.

Trzeba eksperymentować metodą prób i błędów, zamiast sztywną ideologią - kierować się praktyką. Polityk nie powinien ulegać wielkim wizjom i wcielać się w egzekutora historii. Lepiej, jeśli posuwa się małymi kroczkami. Raz w lewo, raz w prawo, niekiedy na ukos, a jeśli trzeba - to do tyłu. Bo jeśli drobny krok okaże się błędem, łatwo się można z niego wycofać. Przy frontalnym posunięciu pomyłka kosztuje więcej i zostawia za sobą zgliszcza.

Dlatego Merkel nie ma wizji uzdrowienia Europy. Jej strategia minirozwiązań pozwala, po pierwsze, płynnie zmieniać fronty, przekraczając granice między nimi. Po drugie, nie spieszyć się. Klasyczny przykład jej strategii na europejskim forum - Grecja. Najpierw odmówiła jej pomocy, potem zawiązała dla niej pakiety, a nawet fundusze ratunkowe.

Taka metoda dreptania od jednej do przeciwstawnej opcji ma jeszcze jedną zaletę. Eliminując klarowność postępowania, czyniąc przeciwstawne opcje ambiwalentnymi, staje się Merkel nieuchwytna dla swoich przeciwników. Bo jak tu ją przygwoździć, skoro może ona raz tak, a raz inaczej.

Wielkie sankcje gospodarcze dla Rosji? Od kilku miesięcy figurują na papierze. Czerwona kartka dla Putina? Merkel woli nie zrywać z nim dialogu, a nawet uciąć z nim pogawędkę o Ukrainie w przerwie finałowego meczu w Rio. Nie czuje się egzekutorem historii, który podejmuje przełomowe, historyczne decyzje.

Merkel drugim Kohlem nie będzie

Na swój jubileusz 60-lecia, tak jak 10 lat temu, zaprosiła naukowca, tym razem historyka z Uniwersytetu w Konstancji. Profesor Jürgen Osterhammel urodzinowy wykład na życzenie jubilatki zatytułował: "Ciągi przeszłości - o horyzoncie czasowym historii". Czyżby Angela Merkel chciała dowiedzieć się, kim stała się jej postać w wymiarze historycznym? Bynajmniej.

Profesor Osterhammel twierdzi, że polityka cierpi na krótkowzroczność, podczas gdy historia uczy sceptycyzmu "wobec rozwiązań, które roszczą sobie pretensje do ujarzmienia czynnika czasu". Jubilatka z ust historyka chciała usłyszeć, jak nauka wyjaśnia jej pasywny pragmatyzm polityczny. Bo dobrze wie, że do historii nie przejdzie jako autorka historycznych rozwiązań. Przed 25 laty nie zjednoczyłaby Niemiec, nie wprowadziła waluty euro, a może nie otworzyła UE na nowych członków z Europy Wschodniej - jak to uczynił kanclerz Helmut Kohl ze swoim entuzjazmem polityczno-historycznym, wyjątkową wrażliwością na liturgię historyczną i radością podejmowania decyzji.

Tymczasem Merkel w szczycie kryzysu euro popadła w taką pasywność, że polski minister spraw zagranicznych musiał w Berlinie oświadczyć, iż bardziej boi się niezdecydowania Niemiec w Europie niż niemieckich czołgów.

Co dalej?

Czekać, dreptać w miejscu, wyczekiwać momentu na ziszczenie się optymalnego rozwiązania. Dlatego pani kanclerz głucha jest np. na wezwania innej niemieckiej sławy, Jürgena Habermasa, który domaga się zdecydowanych działań, by zahamować dalsze pogłębianie się różnic między gospodarkami Europy i zniuansować żelazny dyktat oszczędnościowy, który odbija się na najsłabszych grupach społecznych (w Europie Południowej), nakręcając nastroje antyniemieckie i dostarczając amunicji populistom typu Marie Le Pen czy Korwin-Mikke.

Możliwe, że Merkel wie, iż nigdy nie odważy się przeskoczyć własnego cienia, i zamierza w połowie obecnej kadencji oddać ster rządów kanclerskich w ręce swojej następczyni. Tyle że objęcie stanowiska sekretarza generalnego ONZ, o czym marzy, wymaga podejmowania globalnych już decyzji z urzędu - wyjątkowo deficytowej skłonności kanclerz Niemiec.

Ostatni przykład: w nocy na szczycie europejskim miano ustalić tableau Komisji Europejskiej. Za radą Angeli Merkel szefowie państw i rządów krajów unijnych opuścili Brukselę i rozjechali się na wakacje, odraczając personalną obsadę Komisji do 30 sierpnia.