Płk Łukaszewicz: "Jeżeli ten boeing został zestrzelony, to nie może być mowy o przypadku. To musieli być wyszkoleni operatorzy"

- Jeżeli samolot został zestrzelony na wysokości 10 km, to nie może być mowy o przypadku, że ktoś się pomylił, ktoś coś przypadkowo nacisnął. To musieli być wyszkoleni operatorzy systemu rakietowego obrony przeciwlotniczej, posiadający sprzęt, który jest na wyposażeniu jednostek wojskowych państw - mówi o domniemanym zestrzeleniu malezyjskiego boeinga na wschodzie Ukrainy płk Piotr Łukaszewicz, b. szef szkolenia dowództwa sił powietrznych.
Malezyjski samolot zniknął z radarów na wysokości 10 km w obwodzie donieckim na wschodzie Ukrainy. Na razie nie wiadomo, co było przyczyną katastrofy. Doradca szefa MSW Ukrainy podał, że samolot został zestrzelony rakietą ziemia-powietrze systemu Buk i wszystkie obecne na pokładzie 295 osoby - według innych źródeł ponad 300 osób - zginęły.

"Do odpalenia tej rakiety trzeba kilku osób"

- Jeżeli samolot został zestrzelony na wysokości 10 km, to nie może być mowy o przypadkowym strzale, w stylu ktoś się pomylił, ktoś coś przypadkowo nacisnął. To musiało odbyć się z udziałem wyszkolonych operatorów systemu rakietowego obrony przeciwlotniczej, posiadających sprzęt, który jest na wyposażeniu jednostek wojskowych państw, a nie jednostek doraźnej partyzantki miejskiej czy jakiejś innej - mówi Gazeta.pl płk Piotr Łukaszewicz, były szef szkolenia dowództwa polskich sił powietrznych.

Jak mówi ekspert, Buk to "specjalistyczny system uzbrojenia, którego przeciętny człowiek nie jest w stanie nawet włączyć". - Mogą go obsługiwać tylko żołnierze obrony przeciwlotniczej. I muszą to być specjaliści dużej klasy, nie może to być jedna osoba. Zazwyczaj do odpalenia takiej rakiety potrzebnych jest dwóch albo trzech operatorów siedzących razem na stanowisku ogniowym plus dowódca, który wydaje rozkaz przechwycenia i zniszczenia celu - dodaje.



Czytaj nasza relację na żywo >>

"Stoi za tym albo Rosja, albo Ukraina"

W skład takiego sprzętu, tłumaczy dalej ekspert, "wchodzi ogromna liczba elementów zbrojenia: radary, wyrzutnie, wozy zabezpieczenia itd.". - Bateria takiego zabezpieczenia przeciwlotniczego składa się z kilkunastu do kilkudziesięciu pojazdów. Wiadomo że armia rosyjska na pewno ma na wyposażeniu system Buk. Trzeba by więc teraz ustalić, czy armia ukraińska również - mówi płk Łukaszewicz.

Jak dodaje, do tej pory nie było mowy o tym, by w rękach separatystów znajdował się taki sprzęt. Co najwyżej mówiło się o przenośnych rakietach, odpalanych z ramienia - z takiej rakiety miały być ostatnio zestrzelone dwa ukraińskie samoloty. Według byłego szefa szkolenia dowództwa polskich sił zbrojnych świadczy to o tym, że "za zestrzeleniem boeinga stała albo jednostka rosyjska, albo ukraińska", nie - separatyści.

"Być może niewłaściwie rozpoznano cel"

Jeżeli zaś doszło do pomyłki, to - jak mówi pułkownik - mogła ona polegać tylko na tym, że niewłaściwie rozpoznano cel, uznając, że dany samolot "jest celem wojskowym, naruszycielem przestrzeni powietrznej i należy go zniszczyć".

- To się normalnie nie zdarza w przypadku samolotów, które wykonują loty w przestrzeni znajdującej się pod kontrolą cywilnego ruchu lotniczego. Te samoloty posiadają urządzenia rozpoznawcze, transpondery, pozwalające na jednoznaczne określenie, że jest to samolot cywilny. Mogła mieć jednak miejsce sytuacja, że w tym malezyjskim boeingu transponder uległ uszkodzeniu i samolot nie emitował swojego sygnału rozpoznawczego - wyjaśnia płk Łukaszewicz.

Jeżeli natomiast są wątpliwości, wtedy wysyła się tzw. parę dyżurną myśliwców, której zadaniem jest przechwycenie samolotu, wzrokowa ocena sytuacji, próba nawiązania kontaktu z załogą i ewentualna próba udzielenia pomocy. - Natomiast nie strzela się w ciemno do kogokolwiek - kwituje ekspert.

Chcesz na bieżąco dowiadywać się o najnowszych wydarzeniach? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE! Tutaj znajdziesz wersję na telefony z Androidem >>> A tutaj wersję na Windows Phone >>>

Więcej o: