Anestezjolog o sprawie 17-latka z Wrocławia: "Zarzuty, że lekarze zamiast ratować życie czatowali na organy, są bezpodstawne?

Po tym, gdy lekarze stwierdzili śmierć mózgu rannego w wypadku 17-letniego Kamila, postanowiono odłączyć go od respiratora. Wywołało to protesty jego rodziny, znajomych oraz licznych internautów. "Morderstwo w majestacie prawa", "Handel organami zamiast ratowania życia" - tak brzmiały głosy oburzonych. - Trudno mi powiedzieć, kto tę sytuację w taki sposób nagłośnił i skąd wzięły się protesty. Ja tutaj nie widzę żadnych uchybień - ocenia wydarzenia pod wrocławskim szpitalem dr hab. n. med. Lidia Łysenko z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.
Michał Fal, Gazeta.pl: W emocjonalnych dyskusjach wokół historii 17-letniego Kamila powtarzają się wątpliwości co do tego, kiedy pacjenta można uznać za zmarłego. Jak ta kwestia jest uregulowana w polskim prawie?

Lidia Łysenko*: - Określa to obwieszczenie ministra zdrowia z 17 lipca 2007 r., w którym zawarte są kryteria i sposób stwierdzenia trwałego i nieodwracalnego ustania czynności mózgu, czyli śmierci mózgu. Kryteria te zostały ustalone przez dziewięciu specjalistów z dziedziny anestezjologii i intensywnej terapii, a także neurologii, neurochirurgii oraz medycyny sądowej na podstawie wyników badań naukowych.

Czy to właśnie śmierć mózgu uznaje się za moment zgonu pacjenta?

- Jeżeli rozpozna się śmierć mózgu, wówczas w myśl polskiego prawa takiego pacjenta uznaje się za zmarłego. Jest to moment, kiedy nie ma już szans, by pacjent powrócił do normalnego życia, do życia człowieka świadomego. Przynajmniej zgodnie z obecnym stanem wiedzy naukowej.

Ale osoby takie jak prof. Jan Talar, który również pojawił się przed szpitalem, twierdzą inaczej. Wedle profesora śmierć mózgu nie jest równoznaczna ze zgonem.

- Prof. Talar jest błędnie określany przez media jako neurochirurg, podczas gdy jest on specjalistą od rehabilitacji i nie ma nic wspólnego z neurologią czy neurochirurgią. Nie sądzę, aby taki specjalista był powołany do tego, żeby ustalać kryteria orzekania o śmierci mózgu.

Tymczasem dzisiaj media obiegła informacja o tym, że przestało bić serce Kamila. Dla wielu osób dopiero to była informacja ostatecznie przesądzająca o jego śmierci.

- Rzeczywiście, powszechnie sądzi się, że to właśnie w tym momencie człowiek umiera. Ale niekoniecznie musi tak być. Jak mówiłam, kluczową sprawą jest funkcjonowanie mózgu. Pozostałe organy można podtrzymywać przy życiu nawet przez dłuższy czas, ale to do niczego nie prowadzi, bo jak już wspomniałam, nie ma szans na powrót pacjenta do normalnego życia.

Mówi pani o "dłuższym czasie". Jak długim?

- To zależy od tego, jaka jest przyczyna śmierci mózgu. Jeśli to jest potężny uraz, jak było w opisywanym przypadku, to zmiany, które zachodzą w mózgu, są bardzo dynamiczne. W efekcie mogą doprowadzić do tego, że dojdzie do zablokowania pewnych ośrodków w mózgu, które regulują pracę serca, co z kolei spowoduje jego zatrzymanie. Musimy pamiętać, że śmierć jest zjawiskiem zdysocjowanym - to znaczy, że tkanki umierają w różnym czasie, a najwcześniej umiera tkanka mózgowa.

Czym różni się śmierć mózgu od śpiączki? W dyskusji o Kamilu pojawiały się głosy, że przecież on nie umarł, ale jest w śpiączce, z której można go wybudzić.

- Śpiączka jest szerszym określeniem niż śmierć mózgu - obejmuje najrozmaitsze stany. Ale na pierwszy rzut oka rzeczywiście łatwo o pomyłkę: dla laika pacjent w śpiączce i leżący obok niego pacjent ze śmiercią mózgu wyglądają bardzo podobnie. Natomiast lekarz wie, jak odróżnić obie sytuacje, choćby w oparciu o wspomniane już kryteria opracowane przez Ministerstwo Zdrowia.

Kiedy lekarze mogą podjąć decyzję o odłączeniu pacjenta od urządzeń podtrzymujących funkcje życiowe?

- Kwestia ta jest uregulowana w tym samym ministerialnym obwieszczeniu. W momencie, gdy pacjent zostanie uznany za zmarłego, wówczas nie ma już podstaw do tego, aby w dalszym ciągu podtrzymywać funkcje narządów. Wtedy należy odłączyć respirator.

Jak dokładnie wygląda ta procedura?

- Zgodnie z odpowiednim protokołem lekarze opiekujący się pacjentem po wyczerpaniu wszystkich możliwości terapeutycznych wysuwają podejrzenie śmierci mózgu i przeprowadzają szereg testów i badań. Są to m.in. badania odruchów pochodzących z pnia mózgu. Jednym z nich jest próba bezdechu - polega ona na tym, że sprawdza się, czy w odpowiednich warunkach pacjent jest w stanie podjąć funkcje oddechowe. W momencie, kiedy wszystkie te próby potwierdzą śmierć mózgu, wówczas lekarze leczący zwołują do siebie na oddział niezależną komisję.

Kto jest w takiej komisji?

- Trzech specjalistów, wśród których musi być specjalista anestezjologii i intensywnej terapii, a także neurolog lub neurochirurg. Oni są po to, żeby dokładnie sprawdzić prawidłowość działania lekarzy z oddziału, którzy leczyli danego pacjenta. To są bardzo skrupulatne oceny protokołów i wyników badań. Komisja może na przykład powtórzyć pewne próby potwierdzające śmierć mózgu. Dopiero, jak nie ma już żadnych wątpliwości, członkowie komisji podpisują się pod dokumentem, który uznaje pacjenta za zmarłego. I wtedy przestaje się podtrzymywać narządy pacjenta przy życiu.

Dlaczego pani zdaniem w przypadku Kamila z Wrocławia całej sprawie towarzyszyło tak dużo emocji?

- W jednym z artykułów znalazłam informację, że jego matka zgłosiła zastrzeżenia wobec orzeczenia, że chłopak nie żyje. Twierdziła, że procedura została nieprawidłowo przeprowadzona, że prawdopodobnie jest on w śpiączce farmakologicznej i utrzymywała, że uścisnął jej dłoń...Niemniej przeczytałam też, że w tym przypadku lekarze przeprowadzili dodatkowo tzw. instrumentalne badanie potwierdzające, oceniając krążenie mózgowe. Wedle artykułów prasowych wyniki nie budziły wątpliwości: krew w mózgu tego chłopca nie krążyła. Jeżeli krew nie krąży, to mózg nie żyje.

Dlaczego wiele osób nie przyjęło tego faktu do wiadomości? Skąd protesty i oskarżenia pod adresem lekarzy? Od razu pojawiły się głosy, że szpital chce "handlować organami" zamiast ratować życie chłopaka.

- Dziwi mnie to. Lekarze leczący pacjenta, podobnie jak członkowie komisji, nie mają nic wspólnego z transplantologią. Ona nie powinna ich kompletnie interesować. Komisja orzeka o śmierci mózgu, podbija pieczątki i jej członkowie przestają interesować się daną sprawą.

Kto więc zajmuje się ewentualną transplantacją organów?

- Lekarze leczący mogą skontaktować się z koordynatorem do spraw transplantologii i to on zajmuje się m.in. ewentualną rozmową z rodziną. Dlatego zarzuty o to, że lekarze zamiast ratować życie czatowali tylko na organy, są moim zdaniem bezpodstawne. Bo to nie do nich należy sprawa transplantacji.

Co zatem stało się we Wrocławiu? Czy ta sytuacja była w jakiś sposób wyjątkowa? Problematyczna?

- Nie, na pewno nie była wyjątkowa. Trudno mi powiedzieć, kto tę sytuację w taki sposób nagłośnił i skąd wzięły się protesty. Ja tutaj nie widzę żadnych uchybień. I choć nie mam wglądu w dokumentację medyczną, to bazując na doniesieniach mediów i znajomości lekarzy z tamtego szpitala, nie mam podstaw, żeby podejrzewać, że coś zrobiono nierzetelnie. Uważam, że zastrzeżenia matki są bezpodstawne. Nie wiem też, skąd protesty młodzieży. Młodym ludziom jest bardzo trudno zaakceptować śmierć kolegi

Dziś jeden z nich mówił w mediach o tym, że chciałby zmiany przepisów, "by lekarze mieli większe możliwości ratowania ludzi w takim stanie, w jakim był Kamil". Twierdził, że wraz z kolegami chcą iść pod Sejm.

- Nie rozumiem takich działań. Obwieszczenie ministra zdrowia w żaden sposób nie ogranicza lekarzom działań terapeutycznych. Ja myślę, że to jest polski problem podważania autorytetów. Przecież lekarskie reguły, kryteria i procedury nie są wyssane z palca. Są ustalane przez profesorów, ekspertów.

Być może ludzie nie ufają lekarzom?

- Być może, co zresztą jest moim zdaniem objawem szerszego społecznego zjawiska. Niemniej z pewnością konieczna jest szeroka edukacja społeczna dotycząca trudnego problemu śmierci mózgu. Potwierdza to przypadek Kamila.

*dr hab. n. med. Lidia Łysenko, specjalista anestezjologii i intensywnej terapii. Katedra i II Klinika Anestezjologii i Intensywnej Terapii, Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE na Androida | Windows Phone | iOS 

Więcej o: