Skandaliczne tłumaczenia Korwin-Mikkego po ataku na Boniego. Polityk dopełnił swojej kompromitacji

To był pierwszy publiczny akt przemocy fizycznej w polskiej polityce w ciągu ostatnich 25 lat. Nie był to atak sprowokowany, sprawcy nie poniosły emocje. I aż trudno sobie wyobrazić, aby tłumaczenia Janusza Korwin-Mikkego po tym, jak w siedzibie MSZ spoliczkował Michała Boniego, mogły być bardziej skandaliczne od samego tego aktu przemocy fizycznej. Być może nie są. Ale są co najmniej tak samo oburzające.
Korwin-Mikke opublikował swoje oświadczenie na profilu na Facebooku niedługo po tym, jak Boni na Twitterze opisał skandaliczny incydent ze spotkania dla polskich europosłów. Tym, co najpierw uderza w wyjaśnieniach lidera Nowej Prawicy, jest absolutny brak skruchy: "Zgodnie z zapowiedzią spoliczkowałem właśnie p. Michała Boniego". Dalej polityk zdaje się gratulować sobie sprawnie przeprowadzonej akcji: "Zrobiłem to w miejscu dyskretnym, w saloniku MSZ, w obecności kilkunastu osób na poziomie - by oszczędzić p. Boniemu wstydu publicznego".

Lider Nowej Prawicy sugeruje więc, że uczynił byłemu ministrowi przysługę, przeprowadzając akcję dyskretnie i... oszczędzając tym samym Boniemu wstydu... Bo w tej interpretacji to właśnie eurodeputowany Platformy powinien się wstydzić - powinien się wstydzić, że po tym, jak uprzejmie przywitał się z kolegą po fachu, ten zupełnie niesprowokowany przypuścił na niego atak. Wstydzić ma się ofiara przemocy, a nie sprawca.

Dla JKM jedyna "honorowa" odpowiedź to przemoc fizyczna

A to nadal nie wszystko, bo Korwin-Mikke idzie jeszcze dalej. W swoich wyjaśnieniach przypuszcza na Boniego kolejny atak - tym razem werbalny. Powód? Były minister po tym, jak już stał się obiektem agresji fizycznej ze strony innego europosła w obecności m.in. Jerzego Buzka i Róży Thun, zamiast siedzieć cicho, cały incydent opisał.

Dla Korwin-Mikkego ujawnienie czynu zagrożonego karą więzienia to powód - jak pisze - "wielkiego zdumienia". I przyczynek do dalszego wyzywania Boniego. JKM oświadcza nawet, że gdyby wiedział, że sprawa przybierze taki obrót, to zamiast policzkować, "naplułby w twarz". Adekwatną reakcją według niego byłoby za to przysłanie mu przez Boniego "sekundantów i żądanie satysfakcji". I wszystko wskazuje na to, że polityk każe rozumieć to dosłownie - honorowym zachowaniem w jego pojęciu byłoby odpowiedzenie na przemoc fizyczną przemocą.

Koniec ostatniego przyczółku przyzwoitości polskiej polityki

Szef Nowej Prawicy tłumaczy, że niby chodziło o uchwałę lustracyjną z lat 90., którą Boni miał publicznie skrytykować, i fakt, że potem okazało się, że sam za czasów PRL współpracował z bezpieką - do czego w przeszłości się przyznał i za co publicznie przeprosił.

Ale to, o co poszło, jest w zasadzie bez znaczenia. Bo współczesny kodeks honorowy nie opiera się na przemocy fizycznej (czy jakiejkolwiek innej). Nie te czasy. Dziś takie działania to tylko i wyłącznie skandaliczne pogwałcenie nietykalności cielesnej drugiej osoby i podstawa do otworzenia postępowania prokuratorskiego. Przestrzeganie zasady nietykalności cielesnej nie jest opcjonalne. To jedyna zasada, której często skorumpowani moralnie i finansowo polscy politycy nie złamali. To jest - nie złamali do dziś.



Więcej o: