Dziś 71. rocznica rzezi wołyńskiej. "To nie nacjonaliści dyktują, w jaki sposób Ukraińcy myślą o Wołyniu"

- Większość Ukraińców ma tylko podstawową wiedzę na temat wydarzeń z 1943 roku - przyznaje Jewgen Worobiow, analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Twierdzi jednak, że zmiany, które przechodzi obecnie Ukraina, ułatwią trudny dialog między oboma narodami.
Dziś mija 71 lat od tzw. "Krwawej Niedzieli", która była kulminacyjnym momentem rzezi wołyńskiej. Wedle historyków tego dnia z rąk oddziałów UPA śmierć poniosło ok. 17 tys. Polaków. O tym, co o tamtej zbrodni sprzed lat wiedzą współcześni Ukraińcy, i o tym, czy ukraiński nacjonalizm musi być antypolski, opowiada Jewgen Worobiow, analityk ds. Ukrainy w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych.

Michał Fal, Gazeta.pl: Czy data 11 lipca, rocznica wołyńskiej "Krwawej Niedzieli", funkcjonuje w świadomości Ukraińców?

Jewgen Worobiow: Większość Ukraińców ma pewną wiedzę na temat wydarzeń z 1943 roku, choć przyznam, że jest to raczej wiedza podstawowa. Generalnie debata dotycząca ukraińskiej odpowiedzialności za rzeź wołyńską ogranicza się raczej do publikacji w gazetach czy sporów historyków. To nie jest jeszcze temat jakiejś dużej, historycznej, ogólnonarodowej dyskusji. I choć media oczywiście przypominają o tej rocznicy, to ów temat - w sposób oczywisty traktowany na Ukrainie jako mniej bolesny i drażliwy niż w Polsce - jest też mniej widoczny w publicznym dyskursie.

W Polsce wiele osób zdaje się mieć Ukraińcom za złe, że nie chcą przyjąć prawdy o rzezi wołyńskiej - że uważają ją za element "wojny polsko-ukraińskiej", a nie ludobójstwo.

- Z pewnością pewna część Ukraińców ujmuje tamte wydarzenia w kontekście dłuższego, historycznego konfliktu między Polakami a Ukraińcami. W tej perspektywie podkreśla się zwłaszcza czasy II RP czy operację "Wisła". Popularne jest przekonanie, że rzeź wołyńska była tylko jednym z wielu epizodów bolesnej historii i że trzeba także przypominać o przewinieniach, które w przeszłości popełnili Polacy przeciwko Ukraińcom. Ale z drugiej strony równie duża część Ukraińców rozumie, że tak drażliwy temat wymaga przepracowania, że należy dążyć do osiągnięcia porozumienia pomiędzy oboma narodami.

Tylko jak to zrobić?

To pytanie z pewnością zadaje sobie wiele osób, zwłaszcza w środowiskach intelektualistów ukraińskich.

Może na jakiś gest powinni zdobyć się politycy?

Sprawa jest o tyle trudna, że od czasu obalenia prezydenta Janukowycza nie ma w ukraińskiej przestrzeni publicznej osoby, która mogłaby mówić w imieniu całej Ukrainy. Nie wiadomo więc, kto miałby w tej chwili dokonywać gestów czy prowadzić dialog.

Czy ma pan wrażenie, że po stronie ukraińskiej jest gotowość do takich gestów i do dyskusji?

Absolutnie. Z całą pewnością najlepiej przygotowani do takiej rozmowy są historycy. Jest choćby Andrij Portnow, który ma pewną wiedzę o dyskursie polskim, który pracuje w Polsce. Dzięki publikacjom takich badaczy jak on, Ukraińcy mają szansę dowiedzieć się, jak bardzo ten temat jest dla Polaków ważny. Moim zdaniem tacy właśnie ludzie są też odpowiednimi osobami do rozpoczęcia dialogu pomiędzy środowiskami historyków na Ukrainie i w Polsce.

A co sądzi pan o polskiej opinii publicznej? Bo przecież także tutaj nie wszyscy są gotowi wyciągać do Ukraińców rękę na zgodę. Widać to w komentarzach internautów, w mediach.

Trudno mi podejmować się całościowej oceny. Jeśli jednak mówimy o mediach, to moim zdaniem te polskie nie zawsze prawidłowo oceniają rolę ugrupowań nacjonalistycznych w szerszym kontekście ukraińskiej sceny politycznej. Weźmy choćby sposób relacjonowania wydarzeń na Majdanie. Oczywiście, ugrupowania nacjonalistyczne były tam obecne i są obecne także teraz podczas walk na wschodzie Ukrainy. Ale to nie są w żadnym razie grupy, które mają duży wpływ na tamtejszą opinię publiczną. I to nie one dyktują sposób, w jaki większość Ukraińców podchodzi do tak bardzo dramatycznych i delikatnych tematów jak Wołyń.

Ale w Polsce wiele osób irytuje się, widząc na Majdanie czarno-czerwone flagi czy słysząc kojarzony z Banderowcami okrzyk "Sława Ukrainie!". Te gesty i symbole odczytywane są jako coś wrogiego Polakom.

Ale trzeba pamiętać, że hasło "Chwała Ukrainie - bohaterom chwała", nie powinno być wiązane tylko z UPA. Niektórzy historycy przekonują, że tego hasła używano już w drugiej dekadzie XX wieku - to było wiele lat przed powstaniem owej organizacji. Dlatego ludzie, którzy dziś, w atmosferze ogromnego wzmożenia patriotycznych uczuć, używają tego pozdrowienia, niekoniecznie odnoszą się do tradycji UPA.

Jak pana zdaniem na to, jak Polacy i Ukraińcy patrzą na Wołyń, wpływa obecna sytuacja polityczna, a także geopolityczna? Czy teraz będzie łatwiej, czy trudniej rozmawiać o bolesnej przeszłości obu narodów?

Mam nadzieję, że zarówno historykom, aktywistom, jak i zwykłym obywatelom, będzie teraz łatwiej prowadzić dialog. Jestem optymistą. Czy według pana nie ma niebezpieczeństwa, że ten patriotyzm, który obudził się na Ukrainie, i który czasem nawiązuje jednak do dziedzictwa Bandery, będzie mógł nabrać antypolskiego zabarwienia? Moim zdaniem Polacy nie mają podstaw do takich obaw, ponieważ ukraiński nacjonalizm jest obecnie tylko i wyłącznie antyrosyjski. Nie sądzę, by antypolskie nastroje miały przybrać na sile. Dla większości Ukraińców wrogiem numer jeden jest teraz Rosja. Polska występuje raczej w roli historycznego sojusznika, a nie oponenta.

W Polsce często jednak z obawą mówi się o takich poglądach, jakie reprezentuje na Ukrainie choćby Prawy Sektor.

Proszę pamiętać, że wybory prezydenckie potwierdziły, iż Prawy Sektor ma na Ukrainie nie więcej niż 1-2 proc. poparcia. Ta paramilitarna organizacja nie ma też dużego politycznego zaplecza. Nie jest więc w stanie narzucać większości społeczeństwa swoich radykalnych poglądów. Także w kwestii wydarzeń na Wołyniu.

O rzezi wołyńskiej i historii Ukrainy przeczytaj w książkach >>

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE na Androida | Windows Phone | iOS 

Więcej o: