"Gdy na mnie patrzy, jest mu mnie żal. Bycie bucem to jego wybór". Blogerka odpowiada dziennikarzowi ws. tekstu o otyłych

"Gdy widzę grubych ludzi, jest mi ich żal" - to tytuł felietonu Krzysztofa Majaka z portalu naTemat.pl, który opisuje swoje doświadczenia związane z odchudzaniem i emocje, które wywołują w nim otyli ludzie. Odpowiada mu na swoim blogu tłumaczka Marta Paciorkowska. Oto jej tekst:
Marta Paciorkowska, tłumaczka i autorka bloga "We must always take sides". Cały tekst Marty:



"Ulało się"

"Krzysztof Majak został ambasadorem akcji PZU Biegaj na zdrowie. Podzielił się dziś z naTemat.pl swoją przygodą w odchudzaniu. Niestety, na opowieści o własnym sukcesie nie poprzestał i dorzucił jeszcze swoje przemyślenia bardziej ogólne. Słowem: ulało się.

Nie mam nic przeciwko historiom radykalnych, osobistych przemian. Sama przechodziłam taką w zeszłym roku. Osoby, które ją śledziły, pamiętają 5-8 treningów w tygodniu i regularnie wrzucane zdjęcia z zawodów biegowych. W pół roku zrzuciłam 15 kg, zwieńczeniem było przebiegnięcie maratonu. Nie dziwię się, że Majak chce się swoją historią dzielić, ja robiłam to na lewo i prawo, byłam niemożebnie z siebie dumna. Gratuluję ustalenia sobie celu i determinacji potrzebnej do jego osiągnięcia. To zawsze jest fajne.

"Teraz wyglądam tak"

Niestety, w tekście zatytułowanym "Gdy widzę grubych ludzi, jest mi ich żal", Majak napisał coś takiego:

" Sam nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Gdy idę po mieście i widzę osobę otyłą, to odczuwam współczucie. Patrzę na nich jak na osoby, które mają poważny problem ze swoim życiem. Nie z wagą, a z całym życiem. Nie potrafię zrozumieć tego, dlaczego zdrowy człowiek mógłby sobie pozwolić na taki wygląd, a właściwie styl życia. Staram się to akceptować, bo to ich wybór i ich życie, ale zrozumieć nie potrafię. Pomaga mi w tym jedno. Sam byłem kiedyś grubasem"

Postanowiłam, podchodząc do sprawy, przybrać ton nieco osobisty. Obecnie ważę 81 kg i wyglądam tak:


Fot. paciorkowska.blogspot.de

No, chyba że mamy lato i muszę wyjść na zewnątrz. Wtedy wyglądam tak:


Fot. paciorkowska.blogspot.de

"Bycie bucem to wybór Majaka"

Gdy Majak na mnie patrzy, jest mu mnie żal. Mam poważny problem ze swoim życiem, a on nie pojmuje, w jaki sposób mogłam do tego doprowadzić. Jednocześnie stara się z całych sił mnie zaakceptować, za który to akt łaski jestem mu wdzięczna mniej więcej tak, jak Indianie Kolumbowi.

A ja Majakowi staram się po lewicowemu współczuć, choć bycie bucem to jednak jego wybór i jego życie, którego zrozumieć nie potrafię. Niestety, ponieważ (mam nadzieję!) nigdy nie byłam bucem, trudno mi się wczuć. Ale współczuję, gdyż ignorancja ogranicza ilość doświadczeń, które możemy zebrać. Wypociny Majaka są szkodliwe na kilku poziomach. Chciałabym jak najzwięźlej tę szkodliwość opisać, mam nadzieję, że mi się uda.

Pod wpisem wywiązała się spora dyskusja, będąca echem Majakowego "weź się za siebie". Wiele komentarzy sprowadzało się do tego, że wystarczy chcieć, by móc. Jeść mniej i zdrowiej, więcej się ruszać, i voila, gotowe. Te niby uniwersalne i piękne słowa, jeśli się im przyjrzeć, pokazują ignorancję klasową i umacniają dominujący dyskurs "korpoklasy" średniej: ludzi, których stać na nianię, na karnet do siłowni, na czas wolny, z którego mogą wyrwać dziennie dodatkową godzinę na przygotowanie zdrowszych posiłków, a jeśli nie, to kupią w przerwie lunch w Salad Story.

Obóz bardziej uprzywilejowanych

Od jakiegoś czasu jestem z obozu tych bardziej uprzywilejowanych: mogłam pozwolić sobie na wczesne chodzenie spać i wcześniejsze wstawanie, aby wcisnąć trening przed pójściem do pracy. Mogłam nie brać nadgodzin i nikt nie miał do mnie pretensji, więc nie wracałam do domu późno i miałam czas się porządnie wyspać. Nie musiałam zajmować się dziećmi, mężem (w XXI wieku to nadal głównie kobiety zajmują się domem, nawet jeśli pracują na pełen etat), mam zdrowych rodziców.

Stać mnie było na buty do biegania odpowiednie dla mojej sylwetki (swoją droga, bieganie jako forma odchudzania nie jest dla każdego) i wejścia na ściankę wspinaczkową (a także buty). Biję się w pierś, kupowałam lanczyk w Salad Story.

Otyłość to bieda. Paczka czipsów jest bardziej sycąca i tańsza niż przysłowiowe jabłko (a w Dojczach, gdzie obecnie przebywam, jest tańsza nawet niż jabłko dosłowne). Powiesz, że to nieprawda, bo w Ameryce, kraju mlekiem i miodem płynącym, jest tylu otyłych ludzi? Cóż, jest to kraj z ogromnym rozwarstwieniem społecznym, gdzie możesz pracować na pełen etat i jednocześnie być biedny, czasem bezdomny.

Światowa Organizacja Zdrowia

W większości krajów Europejskiego Regionu WHO otyłość jest dużo częstsza w środowiskach najuboższych, które charakteryzują się niższym dochodem, niższym poziomem wykształcenia i gorszym dostępem do opieki. Przypuszcza się, że otyłość jest z jednej strony wyrazem nierówności, a z drugiej strony dodatkowo ją pogłębia. Stanowi to swoiste błędne koło.

Wybory dotyczące racjonalnego odżywiania się i aktywności fizycznej dokonywane przez ludzi (w szczególności tych, którzy znajdują się w niekorzystnej sytuacji życiowej) podlegają ograniczeniom strukturalnym, społecznym, organizacyjnym, finansowym i innym. Na przykład we Francji porcja owoców i warzyw dostarczająca 100 kilokalorii, ma około pięć razy wyższą wartość odżywczą niż równoważna pod względem energetycznym ilość innej żywności, ale jest także pięć razy droższa.

"Ktoś, kto źle się czuje z własnym ciałem i jest biedny..."

Ludzie posiadający niskie dochody mają zwykle ograniczony dostęp do obiektów sportowych i klubów fitness, a okolice, w których mieszkają, nie zawsze sprzyjają podejmowaniu aktywności fizycznej. Badania wskazują, że w szybko rozwijających się uboższych krajach występuje gwałtowny wzrost liczby przypadków otyłości. Najwięcej otyłych żyje natomiast w krajach zamożniejszych, które charakteryzują się większą przepaścią pomiędzy dochodami bogatych i biednych.

Jeśli ktoś źle się czuje ze swoim ciałem i jednocześnie jest biedny, ma po prostu pecha, bo staje przed utrudnieniami systemowymi, o których młodzi, piękni, z wielkich miast nie muszą myśleć. Aby doprowadzić swoje ciało do społecznie akceptowanych standardów, musi się nagimnastykować więcej niż klasa średnia - zarówno dosłownie, jak i w przenośni.

"Pomyśl o kasjerce z Biedronki"

Zanim rzucisz "mnie się udało, każdemu się uda!", pomyśl o Małgorzacie, kasjerce z Biedronki z dzieckiem i niepracującym mężem; pomyśl o Basi, samotnej matce z dwójką dzieci, która sprząta biura i ma problemy z kręgosłupem; pomyśl o Krzysztofie, który zarabia w budowlance 7 zł na rękę i ma chorą matkę, która regularnie potrzebuje leków; albo o Justynie na bezpłatnym stażu i garnuszku rodziców z Radomia.

Ba, pomyśl o biedniejszych dzielnicach, pozbawionych ścieżek rowerowych, parków, zachęcających placów zabaw, nawet siłowni czy klubów fitness. To nie są wyjątki, to jest szara, smutna rzeczywistość. Wyjątkiem są młodzi, piękni. Powielaniem stereotypów robisz tym ludziom krzywdę. Pomyśl o tym. No, pomyśl. Jasne, przeczytasz czasami historię w duchu "od pucybuta do milionera". Tylko co z tego?

Geny, metabolizm, dyskryminacja w medycynie

Istnieją badania, według których dodatni bilans energetyczny jest skutkiem, a nie przyczyną otyłości. Otyłość może być skutkiem genów, innych chorób, metabolizmu. Jem w sumie tyle samo, co moja koleżanka nosząca rozmiar 34 i nieco częściej ćwiczę; noszę rozmiar 42-44. Mam znajomego, który od lat walczy z niedowagą, jedząc jak smok. Metabolizm i geny to nie jest wymówka osób leniwych. A jeśli nawet, to nic ci do tego (patrz niżej).

Bardziej niezdrowa od nadmiernej wagi jest ciągła fluktuacja: efekt jojo, ilość sprzecznych informacji dotyczących najlepszego sposobu odżywiania, nierzadko towarzysząca otyłości depresja czy poczucie niemocy związane z dyskryminacją, bieda - utrzymanie wagi po schudnięciu nie jest, do diaska, takie proste, dlatego efekt jojo zdarza się dość często.

"Otyłych pacjentek nie traktują poważnie"

Stereotypy i sprzeczne informacje powodują, że otyłe pacjentki bywają niepoprawnie leczone. Nie traktuje się ich poważnie. Przychodzą do lekarki, która automatycznie zakłada, że każde z ich schorzeń spowodowane jest nadmierną wagą (Niespodzianka - nie każde). Niektórzy cierpią przez lata z powodu źle postawionej diagnozy. Innym się nie wierzy - jak grubym pacjentkom z anoreksją lub innymi zaburzeniami odżywiania, bo przecież jeśli nic nie jesz, musisz być chuda, nie? A niektórych poddaje się (nielegalnej) eutanazji. W Internecie jest mnóstwo takich historii.

"Mniej żryj, więcej się ruszaj"

Brałam udział w kilkunastu zawodach biegowych. Wyznawcom "mniej żryj, więcej się ruszaj" polecam dopingowanie na takich zawodach. Nie musi być od razu maraton, 10 km wystarczy. Obejrzenie całego peletonu, od początku do końca, może spowodować dysonans poznawczy na widok każdej kombinacji wagowo-wiekowo-płciowej.

Sama jestem zaprzeczeniem "mniej żryj, więcej się ruszaj". Jasne, kiedyś schudłam kilka kilogramów, mniej jedząc, ale przez kilka miesięcy byłam po prostu tak biedna, że nie było mnie stać na 1800 kcal dziennie. Ograniczenie ilości treningów w zeszłym roku z 5-8 tygodniowo do trzech spowodowało powolne przybieranie na wadze. Nadal mam silne mięśnie, mam po prostu więcej tłuszczu. Nie chcę poświęcać 12-15 godzin w tygodniu na treningi, chcę rozwijać inne zainteresowania. Nadal mam nie najgorszą kondycję - śmiem twierdzić, że lepszą od niejednej szczuplejszej znanej mi osoby. Tętno? 65.

Specjalne zajęcia w USA

W Stanach powstają specjalne zajęcia - taniec czy joga - sprofilowane dla osób z nadwagą/otyłością. Ich celem nie jest pomoc w zrzuceniu kilogramów, ale przyjemność. Uprawianie sportu ma być rozrywką i przyjemnością, a nie katorgą. Czasami przez YouTube przewijają się filmy pokazujące grube osoby uprawiające aktywność fizyczną, która wymaga całkiem niezłej kondycji. Regularna aktywność fizyczna jest ważniejsza niż waga.

"Mniej żryj, więcej się ruszaj" jest dla mnie problematyczne z jeszcze jednego powodu. Nie mogę pozbyć się skojarzenia z "weź się w garść", które rzuca się w twarz osobom z depresją. I jedno, i drugie wynika z niezrozumienia, z pobłażliwości; jedno i drugie zakłada lenistwo. Nie powiesz tak osobie z nowotworem złośliwym, prawda? Nie powiesz cukrzykowi, że trzeba było bardziej dbać o siebie, że to jego wina, prawda? No chyba że powiesz, wtedy jesteś bardzo, bardzo złą osobą.

"Ludzie grubi są samotni i nieszczęśliwi"

"Szczupli czują się lepiej, bardziej atrakcyjnie, a przez to rzeczywiście są bardziej atrakcyjni. Są weseli i lgną do nich ludzie, którzy chcą z nimi przebywać"

To stwierdzenie jest tak żałosne, że żal d*pę ściska. Nie twoja sprawa!

Może od tego powinnam była zacząć: moje ciało należy do mnie i to, co z nim robię, to nie twoja sprawa. Zależało mi jednak, aby najpierw pokazać dziury i powierzchowność antygrubasowej narracji: jej ignorancję klasową, wiarę w swoisty American dream, brak empatii i wiarę w stereotypy oparte na ludowym podejściu do medycyny.

Wszyscy troszczymy się o grubasów. Z tej troski poniżamy, wyśmiewamy, dokuczamy, znęcamy się psychicznie, wykluczamy, stawiając na piedestale sylwetkę szczupłą.

Concern trolling

Concern trolling to uzurpowanie sobie prawa do wyrwania komuś części jego/jej integralności, przykryte cienkim płaszczykiem wypaczonej troski. Powielamy - z troski - przekonanie, że nieważne, jak się czujesz, czym się zajmujesz, co jest dla ciebie ważne, dopóki nie będziesz szczupła, nie będziesz naprawdę szczęśliwa.

Z przyczyn kulturowych stereotyp ten szkodzi bardziej kobietom niż mężczyznom. To standard, że gruby mężczyzna z konwencjonalnie atrakcyjną partnerką to nic dziwnego, ale gruba kobieta z atrakcyjnym partnerem? On jest, kurde, ślepy, przecież zasługuje na coś więcej.

Dyskusja na temat otyłości zazwyczaj zaczyna się od argumentów zdrowotnych: że tak będzie ci lepiej, poczujesz się lepiej, patrz, tyle obrzydliwych chorób cię czeka. Potem przychodzi "weź się za siebie, ty leniwy grubasie". Na końcu pojawia się argument z estetyki: spójrz, jak wyglądasz. Jeśli nie schudniesz, nikt cię nie zechce.

Gwałt to komplement

Jesteś tak gruba i brzydka, że gwałt to komplement. Jak śmiesz zakładać krótkie spodnie latem, muszę patrzeć na twoje tłuste cielsko. Ludzie komentują twój wygląd na ulicy. Naśmiewają się z ciebie. Nazywają świnią. Dzieciaki wyzywają dorosłe kobiety od wielorybów. Znajomy, który na ciebie leci, przesyła ci w prezencie wyfotoszopowane, wyszczuplone zdjęcie twojej sylwetki. Twój chłopak czasami po seksie mówi ci, że preferuje szczupłe kobiety. Kolesie traktują cię bez szacunku, bo uważają, że randkowanie, seks czy związek z nimi to dla ciebie akt łaski, manna z nieba.

Oczywiście, wszyscy się o ciebie troszczą. 200 proc. troski. A że po drodze pojawia się delikatne odczłowieczenie, bo inność, obcość, która zabiera ci nierzadko kilka procent człowieczeństwa (jeden ze schematów, na którym opiera się dyskryminacja mniejszości)? Nie narzekaj, to wszystko dla twojego dobra.

Fat acceptance

Bardzo cieszę się, że powoli, małymi kroczkami, dociera do Polski ruch fat acceptance. W Stanach istnieje wiele blogów dzielących się pozytywnymi historiami - nadal głównie kobiet - o samoakceptacji, zmianie podejścia do życia, promowaniu dbania o swoje ciało (ale nie do końca przez ostry reżim dietetyczny).

Aktywistki i grubaski dzielą się adresami lekarzy, którzy nie przypisują każdego schorzenia dużej wadze, markami ubrań produkujących większe rozmiary, a także informacjami o siłowniach czy zajęciach, gdzie można czuć się komfortowo i bezpiecznie. Istnieje ruch Health at Every Size. Podstawą całego oddolnego ruchu jest przekonanie, że moje ciało należy do mnie i to ja decyduję, co z nim robię. Mam prawo lubić siebie taką, jaka jestem i nie pozwolę, aby wypychać mnie ze sfery publicznej, tworzyć o mnie komedie z niewyszukanymi żartami, atakować mnie na ulicy.

***

Pod jednym względem chciałabym podziękować Majakowi. Przypomniał mi, dlaczego zaczęłam nosić szorty. Zawsze się wstydziłam swojego ciała i nigdy nie nosiłam nic, co sięgało przed kolano.

Pewnego dnia doznałam epifanii: ludzie, którym przeszkadza grubość w sferze publicznej, pełni są stereotypów i uważają, że ich poczucie estetyki jest ważniejsze od mojego poczucia komfortu. Czują się uprzywilejowani i poniekąd traktują moje ciało jako własność publiczną. Jeśli moje odsłonięte uda, obcisły T-shirt lub neonowocytrynowe dżinsy powodują u kogoś dyskomfort, tym bardziej powinnam je nosić. Oddać dupkom, co dupkowe. Dzięki Majakowi w końcu się przełamałam, i od dzisiaj, gdy temperatura znów osiągnie 25 st. Celsjusza, biegam tak:


Fot. paciorkowska.blogspot.de"

Chcesz na bieżąco dowiadywać się o najnowszych wydarzeniach? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE na Androida | Windows Phone | iOS