Radziecki macho i ostatni dyktator Europy. Aleksander Łukaszenka rządzi Białorusią od 20 lat [FRAGMENTY KSIĄŻKI]

Właśnie mija 20 lat od dnia, gdy Aleksander Łukaszenka został prezydentem Białorusi. Żaden inny prezydent nie rządził tym krajem tak długo, gwarantując sobie ciągłość władzy zastraszaniem opozycji, fałszowaniem wyborów, a nawet morderstwami przeciwników politycznych. Wydaje się, że wręcz z dumą przyjmuje określenie ?ostatni dyktator Europy?.
Początki kariery Aleksandra Łukaszenki i 20 lat jego rządów opisali w wydanej przez Wydawnictwo Znak książce "Łukaszenka. Niedoszły car Rosji" Andrzej Brzezicki i Małgorzata Nocuń - dziennikarze od lat zajmujący się tematyką białoruską i autorzy książek o białoruskim prezydencie. Wszystkie cytowane fragmenty pochodzą z tej książki.

Trudne dzieciństwo przyszłego prezydenta

Aleksander Łukaszenka urodził się 30 sierpnia 1954 roku w obwodzie mohylewskim jako nieślubne dziecko Jekateriny Trafimauny. Nie wiadomo, kto jest jego ojcem, krążą różne wersje: żonaty kowal, który nie przyznał się do dziecka z kochanką, Żyd czy Cygan. Nie wiadomo też, czy otczestwo Grigoriewicz, jakim posługuje się Łukaszenka, rzeczywiście pochodzi od imienia ojca.

Wiadomo natomiast, że przyszły prezydent nie miał łatwego dzieciństwa. Mieszkał z matką i jej rodziną w Aleksandrii. "Jekaterina Trafimauna była dojarką w aleksandrowskim sowchozie, otrzymywała jakieś 15-20 rubli miesięcznie. Była to pensja głodowa, bochenek chleba kosztował wówczas rubla, a kilogram mięsa 15 rubli" - piszą Brzezicki i Nocuń.

Łukaszenka codziennie musiał też przejść 5 kilometrów, żeby dotrzeć do szkoły. Ze wspomnień, do jakich dotarli dziennikarze, wynika, że Sasza uczył się przeciętnie. On w jednym z wywiadów cytowanych w książce przedstawił to zupełnie inaczej: "Skończyłem szkołę muzyczną w klasie harmonii. Potrafiłem śpiewać, pisałem wiersze. Jednym słowem, byłem pierwszym chłopakiem we wsi. Żadna impreza czy wesele nie mogło się beze mnie odbyć".

Od dyrektora sowchozu do prezydenta

"Mianowanie dyrektorem sowchozu Gorodiec w marcu 1987 roku było dla Łukaszenki jak podmuch wiatru w żagle. Został panem na gospodarstwie. Był pierwszy i najważniejszy, a pracownicy sowchozu niebawem mieli się na własnej skórze przekonać, kto tu rządzi. Dyrektor zabrał się za wprowadzanie nowych porządków: zarządził abstynencję i dyscyplinę pracy. Dyscyplinę przyjąć było trudno, bo wcześniej żyło się według zasady: praca nie zając, nie ucieknie i czy się stoi, czy się leży, tysiąc pięćset się należy. A Łukaszenka chciał dobrych wyników. I to szybko" - tak wyglądały początki jego kariery.

W 1990 roku dyrektor sowchozu został deputowanym Rady Najwyższej, zdobywając w pierwszej turze 45,5 procent głosów i 68 procent w drugiej turze. Z prowincji wyjechał do stolicy. Szybko stał się jednym z bardziej znanych deputowanych: wypowiadał się chętnie i na każdy temat. Najczęściej mówił o konieczności walki z korupcją - to właśnie zapewniło mu przychylność obywateli i wygraną w wyborach prezydenckich 4 lata później.

A tak opisują ówczesnego Łukaszenkę Andrzej Brzezicki i Małgorzata Nocuń: "Powierzchowność Łukaszenki u jednych budziła uśmiech, u drugich sympatię. Wielki, wąsaty chłop, ratujący się przed łysiną czesaniem włosów "na pożyczkę", był najwyraźniej nieokrzesany, nie miał dobrych manier, ale często myślano, że może ma on dobrą wolę i szlachetne intencje".

Traktowali go jak świętego

Wchodząc do świata polityki, Łukaszenka nie zapomniał o swoim sowchozie. "Jedną z metod pozyskiwania przyjaciół było obdarowywanie ich płodami natury przywiezionymi ze Szkłowa. Deputowanemu Szuszkiewiczowi Łukaszenka ofiarował kiedyś cały bagażnik ogórków". Swojskiego wizerunku nie porzucił też podczas kampanii prezydenckiej w 1994 roku. Przemawiał w fabrykach i kołchozach, zwykle ubrany w pożyczoną marynarkę i mało gustowny krawat. Był typowym "kandydatem z ludu". I to się Białorusinom podobało.

"Ludzie wyciągali jakieś papierki, banknoty, książki - żeby tylko się na nich podpisał. Ktoś wyciągnął paszport, ktoś inny - w biednej Białorusi! - studolarowy banknot. Pchali się do niego nie jak do idola, ale świętego..." - opisuje jedno ze spotkań z wyborcami pracownik jego sztabu.

Tak, fałszowałem wybory. Wynik był za dobry

Zwycięstwo w wyborach w 1994 roku było przytłaczające. W drugiej turze Łukaszenka dostał 80,34 procent głosów. Jednak nieprzerwane od dwudziestu lat rządzenie zagwarantowały mu późniejsze fałszerstwa wyborcze i uniemożliwianie startu w wyborach przedstawicielom opozycji. Autorzy książki przytaczają anegdotę, która - podobno - samego Łukaszenkę rozbawiła do łez: Ocean: w szalupie ratunkowej siedzą Barack Obama, Angela Merkel i Aleksander Łukaszenka. Trwa spór, kto ma wiosłować. Ostatecznie decydują, że przeprowadzą głosowanie - kto dostanie najwięcej głosów, będzie odpoczywał. Chwilę później wiosłują już Merkel i Obama. - Angelo, jak on to właściwie zrobił, że dostał siedem głosów - pyta Obama.

Sam Łukaszenka raz tylko przyznał, że sfałszował wybory... na swoją niekorzyść. "Na mnie głosowało w poprzednich wyborach 93 procent. I przyznałem potem, gdy mnie naciskano, że myśmy sfałszowali te wybory. Wprost powiedziałem: tak, sfałszowaliśmy. Dałem rozkaz, żeby nie było 93 procent, a jakoś tak koło 80, nie pamiętam już ile. Dlatego, że powyżej 90 procent to już trudno psychologicznie znieść. Ale to była prawda" - mówił w jednym z wywiadów.

Macho w radzieckim stylu

"Wybaczam lesbijkom, ale nie gejom, tych zamykałbym w sowchozach" - tak miał się wyrazić Łukaszenka jesienią 2010 roku podczas spotkania z szefami dyplomacji Polski i Niemiec. Ten drugi, jako homoseksualista, poczuł się tą wypowiedzią osobiście obrażony. Gdy dwa lata później Guido Westerwelle nazwał Łukaszenkę dyktatorem, prezydent odciął się: "Lepiej być dyktatorem, niż pedałem". Tego typu wypowiedzi umacniają starannie kreowany przez Łukaszenkę wizerunek macho wzorowany na radzieckich przywódcach.

"Dla Łukaszenki wzorem męskości są radzieccy gensekowie. W większości byli to poważni, silni mężczyźni, przemawiający tubalnym głosem. W mundurze - jak Stalin czy jak Leonid Breżniew obwieszeni medalami. Łukaszenka jest samcem alfa - musi rządzić, w dodatku niewybredne żarty i zmieniane jak skarpety kochanki dowodzą, że ma sporą energię seksualną". Wzorując się na radzieckich przywódcach Łukaszenka zdecydował też, że jego żona nie wejdzie do życia publicznego. Galina Rodionowna od lat żyje w tej samej wsi - starannie pilnowana przez służby i odcięta od kontaktów ze światem zewnętrznym.

Dziadek Mróz poślubia Śnieżynkę

"Grali razem w przedstawieniu, on, Sasza Łukaszenka, był Dziadkiem Mrozem, ona, Gala Żelnierowicz - śnieżynką. W ten sposób Łukaszenka poznał swoją przyszłą żonę, dziś Galinę Rodionownę Łukaszenkę. Podobno zakochał się w o rok młodszej koleżance, córce nauczycielki, od pierwszego wejrzenia" - piszą autorzy książki. Wiadomo, że starał się o swoją wybrankę długo - przynosił kwiaty, pożyczał jej książki. Romantyczne początki znajomości nie zapowiadały, że małżeństwo nie będzie szczęśliwe. Gala zapewne nie przypuszczała, że mąż zamknie ją w areszcie domowym, a sam będzie publicznie pokazywał się z dzieckiem swojej kochanki.

Galina Rodionowna początkowo bardzo chętnie rozmawiała z dziennikarzami, pozowała też do zdjęć przy dojeniu krów i pracach w polu. Później takie fotografie pierwszej damy były wyśmiewane w mediach. Dlatego mąż odciął ją od kontaktów z dziennikarzami, a wieś Ryżkowicze jest jednym z najpilniej strzeżonych miejsc na Białorusi. Do Mińska przyjeżdża tylko w czasie większych świąt - wtedy może spotkać się z synami i wnukami.

Syn, którego nie było

Z Galiną Rodionowną Aleksander Łukaszenka ma dwóch dorosłych synów: Wiktara i Dymitra. Jednak od kilku lat u jego boku zawsze występuje Kola. To dziecko, jakie urodziła kochanka prezydenta i jego osobista lekarka Irina Abelska. Burzliwy romans prezydenta (kilkukrotnie rozstawali się i schodzili na nowo) był tajemnicą poliszynela, jednak pojawienie się dziecka początkowo starannie ukrywano. Nie wolno było nawet zasugerować, że jego ojcem może być Łukaszenka.

Nagle w 2008 roku czterolatek pojawił się publicznie z ojcem. Od tej pory towarzyszy mu na wszystkich oficjalnych uroczystościach. "Łukaszenka mówi o nim: To mój ogon, ponieważ Kola jest podobno tak przywiązany do ojca, że ten nie może go ani na chwile spuścić z oka, musi go osobiście karmić, usypiać, zabierać w podróże zagraniczne". A co z matką Koli? Łukaszenka po rozstaniu z kochanką odizolował ją od syna i wydał za mąż za swojego ochroniarza.

Jej miejsce w życiu prezydenta zajęła piosenkarka Iryna Darafiejewa. "Piosenkarka tak go zauroczyła, że nadał jej tytuł "Twarzy Białorusi". Wizerunek dziewczyny pojawił się na billboardach w Mińsku i na młodzieżowych podkoszulkach. Darafiejewa towarzyszy Łukaszence podczas służbowych podróży do rosyjskiego kurortu Soczi i mieszka z nim w rezydencji w Witebsku w czasie "Słowiańskiego Bazaru". Niczym Marilyn Monroe dla Kennedy'ego Darafiejewa zaśpiewała dla Łukaszenki urodzinową piosenkę. Utwór nosił tytuł "Mój niezrównany anioł, nieziemski i nierealny".

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE na Androida | Windows Phone | iOS