"Ostatnia Belka ratunku", czyli człowiek, który kopał się z koniem [SYLWETKA MARKA BELKI]

- Każda decyzja ekonomiczna jest decyzją polityczną - mawiał Marek Belka w nieoficjalnych rozmowach. Jego słowa potwierdziły się w nagraniach opublikowanych właśnie przez "Wprost", gdzie z ministrem spraw wewnętrznych dyskutuje o zmianach w ustawie o NBP, chce dymisji Jacka Rostowskiego, ministra finansów.
Jednym z głównych bohaterów opublikowanych przez "Wprost" taśm jest Marek Belka, obecnie prezes Narodowego Banku Polskiego. Z Bartłomiejem Sienkiewiczem, szefem MSW, rozmawia o zmianach w ustawie o banku centralnym i dymisji ministra finansów.

Balcerowicz: Belka naruszył niezależność NBP >>>

- Nie ma mowy o jakimkolwiek dealu, kontrakcie. Była to rozmowa - jak sądzę - dwóch ludzi, którzy są zatroskani różnymi przejawami życia w Polsce, i tyle. Myślę, że ci, którzy odczytali tę rozmowę, paskudna sprawa, chyba jej nie zrozumieli. Rozmawia się tam o sytuacjach ekstremalnych, o takich sytuacjach, na które państwo powinno być przygotowane - tłumaczył się później Belka.

Kim jest człowiek, który tak twardo negocjuje z konstytucyjnym ministrem?

Działacz PZPR, legitymacji nie rzucił

Belka długo nazywany był człowiekiem lewicy. W PRL działał w socjalistycznych organizacjach młodzieżowych, był sekretarzem uczelnianego komitetu PZPR na Uniwersytecie Łódzkim. Niektórzy twierdzili jednak, że równie dobrze mógł stać na czele zakładowej komisji "Solidarności". W stanie wojennym nie rzucił jednak partyjnej legitymacji. - Wiele nie brakowało. Zanosiło się też na to, że zostanę z partii wyrzucony. Ale nie zostałem i zapewne to przesądziło, że potem związałem się z SLD. Gdybym w 1981 r. wystąpił z partii, dziś pewnie byłbym zbankrutowanym politykiem pozaparlamentarnej Unii Wolności - mówił Belka 10 lat temu.

Wówczas jednak, w latach 70. i 80., Belka zajmował się swoją karierą naukową, która toczyła się błyskawicznie. W 1972 r. -, mając niewiele ponad 20 lat - ukończył studia. Sześć lat później obronił doktorat, a tytuł profesora otrzymał w wieku 42 lat. Pracę na Uniwersytecie Łódzkim łączył ze stypendium Fulbrighta na Columbia University i pobytami na uniwersytecie w Chicago oraz London School of Economics.

Liberał? Keynesista? "Te porównania można o kant stołu potłuc"

W Chicago Belka chodził na wykłady prof. Miltona Friedmana, guru monetarystów i jednego z symboli neoliberalizu. Belka wydał nawet książkę będącą streszczeniem poglądów Friedmana.

Pytany jednak o swoje poglądy gospodarcze, Belka określa je mianem "eklektycznych". - Jestem lewicowym ekstremistą pośród prawdziwych liberałów - mawiał. Przyznawał, że rynek się myli, a dowodem na to są bańki spekulacyjne, kryzysy i bezrobocie. Jednak w długiej perspektywie to rynki mają rację. - Mówiono już o mnie liberał, socjalista (byłem i liberałem, i socjalistą w jednej osobie), monetarysta, keynesista, ale wszystkie te porównania można o kant stołu potłuc - wskazywał.

W 1990 roku Belka został doradcą w Ministerstwie Finansów, później pracował w kilku innych urzędach centralnych. - Gdy Kwaśniewski został prezydentem, pomyślałem: właściwie mógłbym zostać jego doradcą ekonomicznym - wspominał. - A kilka tygodni później otrzymałem propozycję z Pałacu Prezydenckiego. Chyba zadziałała jakaś telepatia - mówił. Wcześniej Belka doradzał rządowi, był już także konsultantem Banku Światowego.

"Ostatnia Belka ratunku"

Na początku 1997 roku Belka wszedł do rządu Włodzimierza Cimoszewicza jako wicepremier i minister finansów. Zastąpił Grzegorza Kołodkę, którego premier i opinia publiczna miały dość. Podczas nominacji otrzymał nawet od Aleksandra Kwaśniewskiego belkę z napisem "Ostatnia Belka ratunku".

Nowy minister natychmiast ocieplił stosunki między własnym resortem a Narodowym Bankiem Polskim, z Hanną Gronkiewicz-Waltz odbywał wspólne konferencje prasowe. - Co jest bazą tak kulturalnej współpracy państwa? - spytał pewnego razu dziennikarz. - Wzajemna sympatia i konieczność - odpowiedział Belka.

Rządowa misja Belki skończyła się jednak szybko, kiedy w październiku 1997 roku SLD przegrało wybory parlamentarne.

"Nie będę się kopał z koniem"

Mniej udany był drugi rządowy epizod Belki. Już przed wyborami we wrześniu 2001 był typowany na przyszłego ministra finansów. SLD szykował się do objęcia rządów po AWS i Belka miał się zmagać z "dziurą Bauca", czyli rekordowym deficytem budżetowym. Przestraszony perspektywą finansowej zapaści państwa Belka tuż przed wyborami zapowiedział, że naprawianie budżetowych wpadek poprzedników będzie bolesne. Zdaniem wielu tymi słowami odebrał SLD co najmniej kilka punktów procentowych w wyborach i szansę na samodzielne rządy.

W październiku wrócił jednak na fotel wicepremiera i ministra finansów w gabinecie Leszka Millera. Bardzo ostro grał z NBP i Radą Polityki Pieniężnej, walcząc o fiskalną dyscyplinę. Wprowadził też słynny "podatek Belki", czyli podatek od dochodów kapitałowych. W czerwcu 2002 niespodziewanie podał się do dymisji. Uzasadniał to względami osobistymi, ale komentatorzy wskazywali na zmęczenie nieustannymi sporami z Millerem i jego prosocjalnymi ministrami. - Nie będę się kopał z koniem - wypalił w chwili szczerości.

"Teraz to ja jestem koniem"

Po odejściu z rządu rozpoczął karierę międzynarodową. Doradzał prywatnym bankom, między innymi JP Morgan. Był członkiem międzynarodowych władz Iraku, gdzie zajmował się stworzeniem systemu bankowego i kontrolą nad gospodarką. W 2004 dostał telefon od Kwaśniewskiego. Spętany łańcuchem kolejnych, wyniszczających SLD afer, Miller podał się do dymisji. Reputację lewicy miał uratować Belka jako techniczny premier. - Teraz to ja jestem koniem - stwierdził z satysfakcją.

Rząd Belki był kruchy, bo Sojusz rozsypywał się po aferze Rywina. Sam premier działał niekonwencjonalnie. Do rządu zapraszał ludzi apolitycznych lub bliskich opozycji. Dystansował się od własnej partii, by wreszcie wstąpić do Partii Demokratycznej (znajdującej się poza parlamentem). - Jesteście paczką gwoździ - mówił posłom SLD. - Wy żyjecie chyba na Księżycu, do roboty! - krzyczał na opozycję. I choć Belka dość sprawnie przeprowadził Polskę przez pełne mielizn pierwsze miesiące w Unii Europejskiej, jego rząd nie miał na swoim koncie specjalnych osiągnięć. A kolejne afronty wobec własnego politycznego zaplecza sprawiły, że stracił poparcie SLD. Dotrwał jednak do końca kadencji w październiku 2005 roku.

Miękkie lądowanie zapewniły mu wypracowane wcześniej międzynarodowe kontakty. Starał się o szefostwo Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), miał podobno szanse na szefowanie Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu. Od 2006 pracował w komisji gospodarczej ONZ, trzy lata później objął wpływowe stanowisko dyrektora departamentu europejskiego w MFW, współtworząc pakiety pomocowe dla państw strefy euro.

Rostowski chwali nowego szefa NBP

Po śmierci Sławomira Skrzypka, szefa NBP, w katastrofie smoleńskiej Bronisław Komorowski postanowił zgłosić kandydaturę Belki na to stanowisko. Komentatorzy wskazywali, że fotel prezesa NBP był wymarzony dla byłego premiera, który miał ku temu wszelkie predyspozycje. - To ekonomista o autentycznej renomie. Kandydatura najlepsza z możliwych, wysoce merytoryczna, pozwala na pełne zapewnienie apolityczności bankowi centralnemu. Będzie pozwalała na ściślejszą współpracę między NBP a Ministerstwem Finansów - chwalił Belkę minister Jacek Rostowski.

I faktycznie, współpraca resortu finansów z NBP układała się modelowo, a sam Belka w niedawnym zestawieniu szefów banków centralnych dostał wysoką notę "B" (w skali ocen od najwyższej A do F), wyprzedzając choćby Bena Bernankego, szefa amerykańskiej Fed.

Czy opublikowane przez "Wprost" taśmy zachwieją mocą pozycją prezesa NBP? - Nie rozważam podania się do dymisji - zapewnił. Na razie Belka trzyma się mocno.

Więcej o: