Taśmy "Wprost". Prof. Chmaj: Jeśli to był targ polityczny, to można uznać, że doszło do przekroczenia prawa [WYWIAD]

Czy materiały ujawnione przez "Wprost" dowodzą, że politycy złamali prawo? - Na tym etapie trudno powiedzieć. Politycy ciągle rozmawiają. Ale jeśli to był targ polityczny, można uznać, że doszło do złamania prawa - ocenia w rozmowie z Gazeta.pl profesor Marek Chmaj, specjalista w zakresie prawa konstytucyjnego.
W poniedziałkowym numerze "Wprost" ukaże się publikacja o "kompromitujących" - jak je określa tygodnik - rozmowach polityków związanych z PO. Na razie tygodnik opublikował pierwszą z rozmów, do których nagrań dotarł. Bartłomiej Sienkiewicz, szef MSW, i Marek Belka, prezes NBP, rozmawiają w jednej z warszawskich restauracji o wsparciu przez bank budżetu państwa przed wyborami. W rozmowie pojawiają się wątki dymisji Jacka Rostowskiego.

Anna Pawłowska, Gazeta.pl: Czy na podstawie tego, co zostało ujawnione, możemy mówić o złamaniu prawa?

Prof. Marek Chmaj: Trudno powiedzieć. Na razie nasze dywagacje byłyby spekulacjami. Wiemy tyle: spotkało się kilka osób w restauracji, rozmawiały o polityce, rozmawiały o zamierzeniach. Wiemy, że była wskazana dymisja ministra finansów. Ale czy doszło do naruszenia prawa? Politycy rozmawiają bez przerwy, także w restauracjach.

Czy sytuacja, w której szef NBP omawia z szefem MSW dymisję ministra finansów, pozostaje w sferze dopuszczalnej?

- Można tak uznać, to zależy od kontekstu. Sam brałem udział w bardzo wielu rozmowach, kiedy rozważano dymisje rozmaitych polityków. Politycy ciągle rozmawiają o powołaniu nowych i dymisjonowaniu byłych. Jeżeli to była swobodna rozmowa, to wszystko w porządku. Jeśli natomiast to był targ polityczny, na podstawie którego prezes NBP deklarował konkretne decyzje, o ile zostanie zdymisjonowany konkretny minister, to można uznać to za przekroczenie prawa.

Na czym konkretnie polega w tej sytuacji złamanie prawa?

- To nie jest naruszenie konkretnego paragrafu czy artykułu. Natomiast jest to wbrew logice, wbrew przepisom konstytucji. To przeczy zasadzie odseparowania konkretnych organów od siebie. NBP jest bankiem, który ma bardzo specyficzną pozycję. Prezes NBP powinien realizować te zadania, które są określone w konstytucji i w ustawie o NBP. Jeżeli natomiast pomimo tych przepisów angażuje się w bieżące zadania polityczne, to można uznać, że stanowi to przekroczenie kompetencji. Ale czy doszło do złamania konkretnych przepisów? Na tym etapie trudno powiedzieć.

W ujawnionych materiałach padają takie zdania: "moim warunkiem jest dymisja ministra finansów", "na razie nie muszę podawać nazwisk" - to w kontekście następcy dymisjonowanego ministra. Czy sytuacja, w której szef NBP wskazuje personalia nowego ministra finansów, jest dopuszczalna?

- Jeśli prezes NBP chce się w ten sposób angażować w politykę, że wywiera silny nacisk na prezesa rady ministrów, to już jest coś nie tak. Jeśli to się potwierdzi, to jest to coś, z czym nie można się pogodzić. Oczywiście targi polityczne są na co dzień. W tych targach politycznych biorą udział posłowie, senatorowie, ministrowie, dziennikarze, ale prezes NBP powinien zajmować się zadaniami, do których został powołany. Nie jest członkiem rządu. Jeżeli nie mieści się w tych granicach, nie powinien być prezesem NBP.

Wspieranie partii rządzącej w wygraniu wyborów raczej się w tych graniach nie mieści.

- To kolejna kwestia, która wymaga zbadania. Na podstawie ujawnionych fragmentów nie do końca wiem, na czym ma polegać wspieranie partii rządzącej. Zawsze jest tak, że zyski NBP stanowią część budżetu państwa. Jak rozumiem, część rezerw NBP miałaby być przesunięta na jakiś czas do budżetu państwa, a później miało być to rekompensowane z budżetu. Czy to działanie właściwe? Zawsze NBP wspiera budżet państwa, bo to bank należący do skarbu państwa. Ale wykorzystywanie NBP do bieżących działań politycznych, a zwłaszcza do finansowania przed wyborami, jest niewłaściwe. To trzeba powiedzieć jasno.

Jeśli jednak tak trudno jest wskazać konkretne paragrafy, które naruszono, jakie mogą być konsekwencje dla osób, które brały udział w tych rozmowach?

- Zacznijmy od tego, że pojawiły się nagrania rozmów polityków prowadzone w miejscach prywatnych i po pracy, a taka sytuacja nie powinna mieć miejsca. Jeśli nagrywali to dziennikarze, to mogę to zrozumieć - osoby publiczne są pod szczególną kontrolą z ich strony. Jeśli jednak robiły to służby, to jest to kwestia naganna. Szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę, że nasze służby powinny zapewnić politykom kontrolę kontrwywiadowczą.

Trzeba też zapytać, czy rozmowy przy stoliku, czasem przy alkoholu, mają jakikolwiek realny wpływ na politykę personalną. Pamiętajmy, że politycy po to zostają politykami, by rozmawiać na tematy polityczne. Rozmawiają o personaliach, rozmawiają o zamierzeniach politycznych, bo taki wybrali zawód. I to rozumiem. Ale nie rozumiem jednego: że prezes NBP angażuje się w bieżącą politykę personalną w sprawach, które do niego nie należą. Marek Belka chyba żyje jeszcze czasami, kiedy sam był premierem.



Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE na Androida | Windows Phone | iOS

Więcej o: