Kaczyński: "Niech Polska będzie jak Turcja". Na pewno to dobra droga?

Turcja rozwija się szybciej niż Polska, ma dużo większą armię niż nasza i w odróżnieniu od naszego kraju aspiruje do roli regionalnego mocarstwa. Jednak czy musimy podążać jej drogą, o co apeluje Jarosław Kaczyński? Politycznie to wątpliwe, gospodarczo - raczej nie.
"Trzeba czynić wszystko, by Polska była tym, czym jest dziś Turcja. O niej mówi się, że to poważne państwo" - to zdanie z wywiadu Jarosława Kaczyńskiego dla portalu wPolityce.pl wywołało burzę. Politycy PO i lewicy wykpili pomysł prezesa PiS. - Turcja jest krajem rozdartym między demokracją a autorytaryzmem. Premier Turcji coraz częściej odwołuje się też do elementów siłowych - mówił w "Siódmym dniu tygodnia" prof. Tomasz Nałęcz.

Bronił go za to Jacek Sasin. - Pan prezes Kaczyński wskazuje Turcję jako przykład kraju, który jest traktowany w swoim regionie i nie tylko jako kraj poważny. Ma duży potencjał gospodarczy, prowadzi niezależną politykę zagraniczną, ma silną armię - tłumaczył.

Trudne budowanie demokracji

Racja, jak to zazwyczaj bywa, leży po środku. Turcja rzeczywiście ma problem, by spełnić wszystkie standardy zachodniej demokracji, jednak takowa nigdy tam nie istniała. Od czasu obalenia monarchii w latach 20. próbowano tworzyć tam państwo na zachodnią modłę. Nigdy jednak nie było ono w pełni demokratyczne, za to wielokrotnie władzę przejmowała armia. Ostatnie 12 lat pod rządami umiarkowanie islamskiej AKP było stabilnym okresem, kiedy to Turcja znacznie poprawiła standardy ochrony praw człowieka i demokracji.

Jednak ostatnie wydarzenia w Turcji zachwiały tym wizerunkiem. Krwawe tłumienie demonstracji, ograniczenie dostępu do internetu, wreszcie bezpardonowa walka z przeciwnikami politycznymi uderzyły w wiarygodność rządu i kraju. Trzeba jednak zauważyć, że w tym czasie rządząca partia wygrała wybory lokalne, zdobywając 42 proc. głosów i poprawiając wynik sprzed 5 lat.

Regionalne mocarstwo?

Niewątpliwie Turcja próbuje grać rolę regionalnego mocarstwa. Wielu uważa, że już nim jest. Z 80 mln mieszkańców jest drugim najludniejszym państwem na Bliskim Wschodzie, pierwszym jest Egipt. Ma przy tym najsilniejszą armię w regionie - ponad 650 tys. żołnierzy i personelu cywilnego (7. wynik na świecie).

Turcja aktywnie działa również na regionalnej arenie dyplomatycznej. Ostatnio nawet wmieszała się na krótko w konflikt o Krym. Premier Turcji Recep Erdogan jest traktowany jako jeden z najważniejszych graczy na Bliskim Wschodzie, a nawet jako autorytet dla tamtejszych polityków. Chociaż wskazuje się, że Turcja więcej mówi, niż działa.

Polska ma inną sytuację geopolityczną. W odróżnieniu od Turcji jest w Unii Europejskiej, do którego należą również nasi sąsiedzi. Nasz region jest w miarę spokojny, otoczeni jesteśmy w większości przyjaznymi państwami, a działamy już raczej wspólnie - jako UE, a nie pojedyncze państwa kierujące się tylko swoim interesem. Trudno więc porównywać sytuację obu krajów.

Armię mamy siedmiokrotnie mniej liczną, ale nie musimy walczyć z separatystami kurdyjskimi czy okupować północnej części Cypru. Poza tym jest w pewnym sensie państwem frontowym: graniczy z niespokojnym Irakiem, pogrążoną w wojnie domowej Syrią oraz z nieobliczalnym Iranem. Stąd jako jeden z najważniejszych sojuszników USA w tym bogatym w ropę regionie jej pozycja jest dużo mocniejsza niż Polski w naszej części Europy.

Gospodarka Turcji a gospodarka Polski

Turcja słynie obecnie z dynamicznego wzrostu gospodarczego. Zwłaszcza ostatnie 12 lat rządów AKP jest bezprecedensowym okresem rozkwitu ekonomicznego kraju. Według Banku Światowego PKB na głowę mieszkańca liczone w dolarach w latach 2002-2012 wzrosło trzykrotnie (z 3,5 tys. do 10,6 tys.). Wzrost gospodarczy w ostatniej dekadzie wynosił średnio ponad 5 proc.

Polska po kłopotach na początku zeszłej dekady, a zwłaszcza po wejściu do UE również rozwijała się dynamicznie, choć nie tak szybko jak Turcja - średnio 4 proc. rocznie. PKB per capita wzrosło z 5,2 tys. dolarów do 12,7 tys. (dwuipółkrotnie). Podobne wyniki notujemy, gdy liczymy dochód narodowy per capita przy uwzględnieniu siły nabywczej waluty.

Trzeba jednak zauważyć, że w tym czasie ludność Turcji powiększyła się o ok. 9 mln, natomiast Polski o 300 tys. Dlatego też ich wzrost gospodarczy nie przekładał się równie dynamiczne na wzrost PKB na głowę mieszkańca.

Inna ścieżka wzrostu

- Podstawowa różnica między Polską i Turcją to zupełnie inna demografia - tłumaczy ekonomista Rafał Benecki z banku ING. U nas społeczeństwo się coraz szybciej starzeje, w Turcji młodzi ludzie wciąż dominują. To wpływa korzystne na ich gospodarkę. Kolejnym czynnikiem był ogromny napływ kapitału do tego ludnego państwa z ogromnym rynkiem wewnętrznym.

Benecki zauważa też, że statystyki dotyczące wyników gospodarki nie przekazują całej prawdy. - Turcja startowała z bardzo niskiego poziomu. Jest nadal państwem rozwijającym się. W stosunku do Polski jest w tyle, my mieliśmy na to więcej czasu - mówi. Przypomina, że tak wysoki wzrost gospodarczy jak turecki notowaliśmy już w latach 90.

Zdaniem ekonomisty Polska nie powinna podążyć drogą Turcji, bo po pierwsze, już ją przeszliśmy, a po drugie, mamy inną strukturę demograficzną. Teraz potrzeba nam coś innego: wzrostu jakościowego i inwestycji w gospodarkę opartą na wiedzy.

- W tej chwili dochodzimy do tego, by przenieść się na wyższą ścieżkę wzrostu. Trzeba rozwijać gałęzie przemysłu, gdzie jest dużo więcej wartości dodanej - twierdzi. Daje tu przykład produkcji mebli i samochodów. W pierwszej dziedzinie jesteśmy potentatami, ale to gałąź przemysłu lekkiego, w której nie potrzeba posiadana najnowocześniejszej wiedzy czy know-how. Nie angażuje ona również zbyt wielu innych podmiotów. W drugiej zaś jesteśmy bardzo słabi, nie mamy polskiej Skody, a ta część przemysłu zapewnia miejsca pracy, inwestycje i większy rozwój.

Tymczasem Turcja nadal rozwija się w oparciu o ilość, a nie jakość, co w naszym przypadku nie jest dobrym rozwiązaniem.

Chcesz na bieżąco dowiadywać się o najnowszych wydarzeniach? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE na Androida | Windows Phone | iOS