To będzie najbardziej eurosceptyczny Parlament Europejski w historii. Skrajne ugrupowania trzecią siłą Brukseli? "Ludzie się boją"

Około 100 z 766 mandatów w eurowyborach zdobyły eurosceptyczne partie z całej Europy - Front Narodowy, Jobbik, Nowa Prawica... To dużo, skrajnie prawicowe ugrupowania mają szansę stać się trzecią siłą w europarlamencie. O tym, dlaczego te partie wybiły się na pierwszy plan tych wyborów, rozmawiamy z prof. Markiem Bankowiczem, politologiem i ekspertem ds. systemów politycznych i wyborczych z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
W całej Europie prawicowe ugrupowania - nacjonalistyczne, ksenofobiczne, skrajnie eurosceptyczne lub otwarcie antyeuropejskie - uzyskały bezprecedensowo dobry wynik w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Wybory we Francji w cuglach wygrał Front Narodowy, by jego szefowa Marine Le Pen natychmiast po ogłoszeniu wyników wezwała do rozwiązania krajowego parlamentu. W Wielkiej Brytanii zwycięstwo z kolei po raz pierwszy odniosła ultraprawicowa Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, której podstawowym celem jest wyprowadzenie Wysp z Unii Europejskiej.

W Holandii prawie 13 proc. głosów dostała Partia Wolności, która sprzeciwia się rozszerzaniu UE, a jej głównym postulatem jest zatrzymanie imigracji, zwłaszcza z krajów islamskich. Na Węgrzech nacjonalistyczny, a często określany nawet jako neofaszystowski, Jobbik dostał ponad 14 proc. głosów. Natomiast niemieccy wyborcy wprowadzili do europarlamentu neonazistę Udo Voigta, który nazwał Adolfa Hitlera "wielkim niemieckim mężem stanu".

Kongres Nowej Prawicy Janusza Korwin-Mikkego wprawdzie osiągnął w Polsce wynik nieco niższy - ok. 7 proc. - ale jego pierwszy od ok. 20 lat sukces wyborczy niewątpliwie wpisuje się w tendencje europejskiego skrętu w prawo.

Wiktoria Beczek, Gazeta.pl: Partie nacjonalistyczne zdobyły około 100 mandatów, są więc trzecią siłą w Parlamencie Europejskim...

Prof. Marek Bankowicz: - Znacznej części wyborców europejskich nie odpowiada model integracji lansowany przez Brukselę. Uważa się, że te procesy integracyjne idą za daleko, że Bruksela zawłaszcza dla siebie zbyt dużo kompetencji i zajmuje się nie tylko sprawami gospodarczymi, ale też uzurpuje sobie prawo do zastępowania państw narodowych w sprawach politycznych. Wielu wyborcom się to nie podoba. Ten proces idzie według nich za szybko, odgórnie. Jest pewna reakcja alergiczna na to, co się dzieję. Lęk przed słabnięciem państwa narodowego wzmacnia te ugrupowania.

Poza tym Unia Europejska jest mocno zbiurokratyzowana, wydaje wiele rozporządzeń, dyrektyw - ludzie się w tym gubią. Nie ma poczucia tożsamości między społeczeństwami a strukturami decyzyjnymi w Brukseli i Strasburgu.

A kryzys gospodarczy?

- Apogeum kryzysu mamy wprawdzie za sobą, ale jego przyczyny nie zostały usunięte. Mamy ogromne bezrobocie, część społeczeństw europejskich żyje dość biednie. Deklaracje o tym, że Unia Europejska jest gwarantem dobrobytu, mają się nijak do rzeczywistości.

To napędza te partie, które chcą "przepędzić Unię". Starsi wyborcy pamiętają, że lata 1960-1980 to był czas prosperity w Europie i stopa życiowa była wyższa. Natomiast młodzi widzą, że kończą różne uczelnie i nie są potrzebni, nie ma dla nich pracy.

W związku z tym pojawiają się nastroje protestu i kontestowania tej rzeczywistości. Na tym podglebiu rosną partie nacjonalistyczne, skrajnie prawicowe. Ich siłę obniża jednak to, że są wewnętrznie bardzo zróżnicowane i wiadomo, że nie w każdej sprawie będą ze sobą współpracowały. Ale 100 mandatów robi wrażenie.

Holenderska Partia Równości nie kryje się ze swoim przekazem antyimigracyjnym. Prowadzili nawet portal, na którym można było zgłaszać wszelkie przewinienia imigrantów z naszej części Europy. Może to trafia do wyborców?

- To wszystko wiąże się z renesansem nacjonalizmu. Ludzie myślą, że jest źle, dlatego że są otwarte granice i przemieszcza się, kto chce. Przyjeżdżają emigranci, którzy nie szanują się i podejmują pracę poniżej kwalifikacji. To zabiera obywatelom tego państwa pracę. Prosta zasada - jest źle, bo są obcy, zabierają naszą pracę i psują państwo.

Jest jeszcze spektakularna porażka ugrupowania Janusza Palikota. Czy to możliwe, że młodzi wyborcy, a tych było najwięcej wśród elektoratu Nowej Prawicy, rozczarowani Twoim Ruchem przeszli na prawo?

- Nie wykluczałbym tego, że młody elektorat, który bardzo eksperymentuje, a nie lubi tradycyjnego nurtu politycznego, przesunął swoje sympatie z ugrupowania Palikota na ugrupowanie Korwin-Mikkego.

Nie mamy badań statystycznych, ale niewykluczone, że ten młody elektorat jest kapryśny. Nie jest zadowolony z polskiej sceny politycznej i poszukuje nowych rozwiązań. Był Palikot, ale się opatrzył, okazało się, że niewiele wynika z jego aktywności, więc postawili na kogoś innego, kto też zapewni powiew świeżego powietrza. I może akurat ten okaże się lepszy.

Szukają ostrego przekazu?

- Szukają mocnego przekazu i kogoś, kto kwestionuje dotychczasowy ład polityczny. A jeżeli niewiele z tego wynika, to zarzucają dotychczasową opcję i szukają innej.

Możemy spodziewać się w Polsce dalszej eskalacji nacjonalizmu i tego, że partie nacjonalistyczne będą rosnąć w siłę?

- Polskie społeczeństwo jest konserwatywne, także jeśli chodzi o wybory polityczne. Musiałoby dojść do zupełnie niewyobrażalnych rzeczy, do całkowitego załamania gospodarczego, aby to się zmieniło. A jeżeli takiego trzęsienia ziemi nie będzie - a nie można się go spodziewać - to ludzie pewnie dalej będą narzekać na polityków głównego nurtu, ale są do nich zbyt przywiązani, aby odwrócić się od nich zupełnie. Od co najmniej dekady układ polityczny zmienia się tylko w bardzo niewielkim zakresie.

Czyli fascynacja Korwin-Mikkem szybko minie?

- Nie, jeżeli okaże się, że Janusz Korwin-Mikke zachowuje się w Parlamencie Europejskim niezwykle spektakularnie, budzi sensację w skali całej Europy i że może nie jest lepiej, ale jest zabawniej. To podobałoby się pewnej części wyborców i może uzyskałby pewien przyrost głosów.

Jak duży?

- Wydaje mi się, że 10 proc. to absolutne maksimum. Na pewno nie ma szans na przebudowę polskiej sceny politycznej i przełamanie dominacji PO i PiS.

W Szwecji wygrali socjaldemokraci, na drugiej pozycji Zieloni. Dostała się nawet Partia Feministyczna. W Grecji zwyciężyła Radykalna Lewica. Skąd biorą się te różnice wewnątrz jednej wspólnoty?

- Wspólnota jest daleko i nie ma poczucia tożsamości z nią. Każdy żyje swoimi problemami i nadal państwo narodowe jest podstawowym punktem odniesienia. Ludzie dokonują wyborów politycznych poprzez pryzmat tego, co dzieje się w ich państwie, a nie przez pryzmat tego, co dzieje się w całej wspólnocie. Nie ma jednolitej sceny politycznej europejskiej i jeszcze długo nie będzie. Scen jest tyle, ile państw członkowskich i na każdej z nich rozgrywają się zupełnie inne procesy. To, co dzieje się w Szwecji, nie ma żadnego odniesienia do tego, co dzieje się we Francji.



Chcesz na bieżąco dowiadywać się o najnowszych wydarzeniach? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE na Androida | Windows Phone | iOS 

Więcej o: