Ameryka jest oligarchią? Zaskakujące wyniki badania. "Nie lamentujmy nad demokracją. Nigdy nie działała tak, jak powinna"

Czy Ameryka to demokracja? Raczej oligarchia - to zaskakujący wynik badania politologów z Uniwersytetów Princeton i Northwestern. Ich zdaniem rządy chodzą na postronku elit ekonomicznych i wielkiego biznesu. - Pieniądze psują demokrację - przyznaje w rozmowie z Tokfm.pl Łukasz Pawłowski z "Kultury Liberalnej". - Te pieniądze również się ze sobą kłócą - uspokaja prof. Bohdan Szklarski z UW. - Nie lamentujmy nad amerykańską demokracją - dodaje.
Opublikowany w kwietniu artykuł dwóch amerykańskich politologów poruszył Amerykę. Kto w rzeczywistości rządzi? - pytają Martin Gilens z Princeton University i Benjamin Page z Northwestern University. Odpowiedź (dla niektórych) może być zaskakująca. W USA rządzą nie obywatele, a ekonomiczne elity.

"Polityka jest zdominowana przez niewielką liczbę majętnych Amerykanów"

"Nasza analiza wskazuje, że większość amerykańskiego społeczeństwa ma niewielki wpływ na politykę, jaką prowadzi rząd" - piszą autorzy. "Amerykanie cieszą się wieloma przywilejami demokratycznej władzy, jak regularne wybory, wolność słowa i zrzeszania się czy powszechne prawo wyborcze. Sądzimy jednak, że polityka jest zdominowana przez wpływowe organizacje biznesowe i niewielką liczbę majętnych Amerykanów, przez co twierdzenie, jakoby Ameryka była demokratycznym społeczeństwem, jest poważnie zagrożone".

Jak politolodzy doszli do tego wniosku? Zebrali niemal 1800 przypadków różnych decyzji politycznych z lat 1981-2002. Prześledzili, jak w sondażach ustosunkowała się do nich opinia publiczna oraz różne grupy interesu (np. związki zawodowe, organizacje branżowe czy biznesowe). Wzięli też pod uwagę majętność respondentów, dzieląc ich na osoby o niskich, średnich i wysokich dochodach. Te opinie za pomocą modeli statystycznych skonfrontowali z decyzjami polityków, sprawdzając kogo "słuchali się" rządzący.

Jeśli obywatel wygrywa, to przez przypadek

Konkluzje są ponure. Zdaniem Gilensa i Page'a w Ameryce nie rządzi większość. Kiedy opinia publiczna ma preferencje odmienne od tych reprezentowanych przez elity ekonomiczne, stoi na straconej pozycji. Zwykli Amerykanie nie mogą szukać pomocy nawet w różnych grupach interesu, które wedle niektórych teorii politycznych powinny ich reprezentować. Faktycznie, związki zawodowe czy inne organizacje niekiedy wspierają głos obywateli. "Nie działają jednak jako pas transmisyjny dla pragnień całej populacji" - podkreślają Gilens i Page.

"Nie oznacza to, że przeciętny obywatel zawsze przegrywa" - zastrzegają autorzy. Preferencje społeczeństwa są często zbieżne z preferencjami elit ekonomicznych, dzięki czemu zazwyczaj dochodzi do oczekiwanych przez nie zmian. Obywatele występują tu jednak nie jako sprawcy, ale "przypadkowi beneficjenci". I jeśli nagle będzie im z elitami nie po drodze, nie będą mieli nic do powiedzenia.

Pluralizm? "Te badania pokazały, że jest inaczej"

"Naukowcy nareszcie udowodnili to, o czym wiedzieliśmy od lat" - zgryźliwie komentowano za oceanem. Choć niektórzy byli wyraźnie zbici z tropu. Larry Bartels zauważył w "Washington Post", że studentów politologii uczy się przecież, że Ameryka jest liberalną demokracją przedstawicielską.

- W dominującej w naukach politycznych przez lata narracji, amerykański system polityczny był przedstawiany jako system pluralistyczny. Uważano, że każda grupa społeczna, jesli tylko jest dostatecznie zdeterminowana, ma szansę zgłosić swoje postulaty i wywrzeć presję na władzę, aby je zrealizować - wyjaśnia Łukasz Pawłowski, publicysta "Kultury Liberalnej". - Wciąż dość powszechne jest przekonanie, że system generalnie jest otwarty. Choć te badania, jak i wiele wcześniejszych analiz, pokazały, że jest inaczej - dodaje.

Jednak prof. Bohdan Szklarski, szef Ośrodka Studiów Amerykańskich UW, ma do tego większy dystans. Przytacza trzy teorie dotyczące podziału władzy. Pierwsza to pluralizm, zakładający rywalizację równych graczy. Druga to elitaryzm, która przyznaje istnienie grupy, której interesy są realizowane przez państwo. Zdaniem prof. Szklarskiego najbliższa prawdzie jest jednak trzecia teoria, poliarchia. - To pluralizm oligarchii. One ze sobą rywalizują. To ratunkowa teoria dla demokracji - wyjaśnia amerykanista. Pozwala ona być większym optymistą, nawet po lekturze badań Gilensa i Page'a. - Zakładamy, że jest jedna, spójna elita rządząca. A interesy elity nie są spójne. Podobnie obywateli - zaznacza prof. Szklarski. Dzięki temu obywatele mogą wygrywać na konfliktach wewnątrz elit, o czym wspominają autorzy badania.

Skoro faszyści maszerują ulicami, dlaczego nie wspierać polityków?

Wpływ pieniędzy, dużych pieniędzy na politykę, może jednak niepokoić. Pawłowski sugeruje, że to właśnie one zepsuły amerykańską demokrację. Na początku kwietnia w USA głośno było o kontrowersyjnej decyzji Sądu Najwyższego, która zniosła niektóre limity ograniczające finansowanie kampanii wyborczych. Jest to jednak tylko jedna z serii decyzji faworyzujących ekonomiczne elity, biznes i korporacje, bo to one mają pieniądze dla amerykańskich polityków, którzy nie są dofinansowywani z budżetu.

- W uzasadnieniu do ostatniego wyroku pojawia się zdanie: skoro pozwalamy na to, by organizacje faszystowskie maszerowały na ulicach, a mają do tego prawo ze względu na wolność słowa, dlaczego nie pozwalamy ludziom wyrażać swoich poglądów poprzez finansowe wspieranie kandydatów, którzy im odpowiadają? Oczywiście dlatego, że brak limitów na finansowanie partii godzi w inną wartość fundamentalną dla demokracji, czyli polityczną równość, odpowiadają przeciwnicy decyzji sądu. Powstaje jednak pytanie, gdzie należy postawić granicę, jakie sumy i jakie działania są, a jakie nie są dopuszczalne - mówi Pawłowski.

"Pieniądze również się ze sobą kłócą"

Dziś ta granica położona jest daleko poza możliwościami przeciętnego człowieka. Jak punktuje Pawłowski, dostrzegają to dziennikarze za oceanem. Jacob Hacker i Paul Pierson w głośnej książce "Winner-Take-All Politics" pisali m.in., że Barack Obama na wygraną kampanię prezydencką wydał miliard dolarów. Natomiast w 2009 lobbyści w Waszyngtonie operowali kwotą 4 miliardów dolarów - jak pisze Mark Leibovich w "This Town". A mowa tylko o tych zarejestrowanych.

Prof. Szklarski wraca jednak do koncepcji poliarchii. - Czy z samego założenia, że w polityce jest więcej pieniędzy, można wyciągnąć konkluzję, że dominują jakieś grupy interesu? Te pieniądze również się ze sobą kłócą - dodaje, wskazując że zazwyczaj obie strony politycznych konfliktów dysponują niemałymi funduszami.

"Demokracja nie jest dana raz na zawsze"

Czy tak duża rola elit i ich kapitału świadczy o upadku demokracji w jej nowożytnej kolebce, bo tak się czasem określa Amerykę? - Gdyby stan demokracji mierzyć liczbą zapowiedzi wieszczących jej totalny kryzys, to demokracja jest martwa już od lat - mówi Pawłowski. Przyznaje jednak, że może i my zbyt naiwnie podchodzimy do tego systemu, niekiedy wymagając od niego zbyt wiele. A demokracja stała się pojęciem tak wyświechtanym, że nawet najgorsi dyktatorzy próbują legitymizować swoje rządy poprzez odwołanie do różnie rozumianej woli ludu.

Przed idealizowaniem demokracji przestrzega też prof. Szklarski. - Nie lamentujmy, że amerykańska demokracja się kończy. Bo nie jest ona głównym czynnikiem rozwoju tamtejszego społeczeństwa - wskazuje. Przypomina, że świat zmieni raczej kolejny Mark Zuckerberg, uczący się właśnie na którejś z amerykańskich uczelni, niż jeden z kongresmenów.

- Warto też powiedzieć, że demokracja nie jest dana raz na zawsze. Są różne odmiany tego systemu. I nie jest to system skończony - mówi Pawłowski. - Gdyby demokracja była budynkiem, nigdy nie należałoby usuwać z niego tablicy z napisem "w budowie" - dodaje.

"Nie lamentujmy, że amerykańska demokracja się kończy"

- Amerykanie kochają rzeczy takie jak ten artykuł, które im mówią, że coś z ich demokracją jest nie tak - mówi prof. Szklarski. Jego zdaniem amerykańskie realia nieco łagodzą wydźwięk badania. Nie można bowiem zapomnieć, że za oceanem proces legislacyjny jest niezwykle skomplikowany, a od pieniędzy do decyzji wcale nie biegnie tak łatwa droga. Podatnych na wpływy polityków dyscyplinują też wyborcy i nieustanna kampania wyborcza (choć, jak zauważa Pawłowski, jednomandatowe okręgi sprawiają, że w niektórych miejscach politycy nie mają konkurentów i nie muszą przejmować się wynikiem wyborczym).

Zdaniem prof. Szklarskiego bez znajomości niuansów amerykańskiej polityki naturalnym jest wrażenie, że demokracja głęboko niedomaga. - Ale ona nigdy nie działała tak dobrze, jak powinna działać. Bo to czyste, ideologiczne wyobrażenie - dodaje amerykanista.

Wydaje się więc, że jesteśmy skazani na niedoskonałości demokracji. W XIX wieku Alexis de Tocqueville, opisując amerykański system polityczny, przestrzegał przed dyktaturą większości. Dziś politolodzy przestrzegają przed dyktaturą elit. Nie zmieniło się jedno: demokrację bez wad znajdziemy tylko w podręcznikach. Ta rzeczywista nigdy nie będzie idealna. Choć zawsze mogłaby być nieco lepsza.

Więcej o: