Krzysztof Miller: Nie stoję po żadnej z walczących stron, tylko za cywilami. Podnoszę aparat... Tylko tyle... [WYWIAD]

Wojny w Czeczenii, Abchazji, Afganistanie i Bośni, umierający z głodu uchodźcy w Afryce - wiele z tych zjawisk utkwiło w pamięci w taki sposób, w jaki na swoich kadrach pokazał Krzysztof Miller. Nam opowiada o tym, dlaczego nigdy nie rezygnuje z naciśnięcia migawki, i o odpowiedzialności zawodowca. A także o tych momentach, gdy mówił sobie: ?Miller, nigdy więcej!?.
Obejrzyj galerię zdjęć Krzysztofa Millera

Czy bycie fotoreporterem ma jeszcze sens? Jak być zawodowcem w świecie amatorów wyposażonych w smartfony, którzy zdjęcia z ważnych wydarzeń błyskawicznie publikują w internecie? Czy w fotografii są jeszcze tabu? Jaka jest jej przyszłość? O tym wszystkim będziemy rozmawiać w naszym nowym cyklu wywiadów z fotografami i fotoreporterami.

Dziś o swojej pracy, zawodowej etyce i rzeczywistości fotoreportera wojennego opowiada Krzysztof Miller.

Anna Pawłowska, Gazeta.pl: Pamiętasz śmierć Waldemara Milewicza i zdjęcie jego ciała na okładce Super Expressu?

Krzysztof Miller*:- Nie trzeba było pokazywać jego ciała wrzuconego na pakę i odwożonego do kostnicy. Nie trzeba było wzbudzać bólu rodziny, znajomych i kolegów, pokazując je na okładce. Poza tym to nie była dobra fotografia. Te zdjęcia były po prostu słabe. I, o ile pamiętam, większość gazet zbojkotowała tę publikację i tylko SE zdecydował się ją puścić.

Wtedy te zdjęcia wzbudziły ogromne kontrowersje, ale to było prawie 10 lat temu. Od tego czasu granice tego, co można pokazywać, znacznie się przesunęły.

- Granice pozostały właściwie tylko w prasie drukowanej. W internecie przesunęły się bardzo radykalnie. Ale chodzi też o życie codzienne, o obnażanie się zwykłych ludzi. W ludziach przesunęła się granica tego, co można pokazywać, i tego, co chcą oglądać. My, zawodowcy, mamy jakieś poczucie obowiązku, odpowiedzialności za obraz, który będzie później podpisany naszym nazwiskiem. Każdy z nas ma chyba takie zdjęcia, które zrobił, a teraz leżą w jego archiwum i niekoniecznie chce je publikować.

Dlatego, że nie są dobre, czy z innego powodu?

- Dlatego, że są słabe, albo dlatego, że uważasz, że ten temat nie powinien być pokazany... Są tysiące różnych przyczyn.

To forma autocenzury?

- Autocenzura byłaby, gdybym nie nacisnął migawki. A jednak ją nacisnąłem. Po prostu mam ten luksus, że mogę pozwolić sobie na nieopublikowanie jakiegoś zdjęcia, a pokazanie innego.

A są sytuacje, w których jednak nie nacisnąłbyś migawki?

- Nie. Fotografować powinno się wszystko, nawet bez pytania o zgodę. Dopiero później przy wyborze zdjęć do publikacji można zastanawiać się, czy warto było podnieść aparat do oka, czy nie. Poza tym fotoreporter ma być przede wszystkim świadkiem. Jego rolą jest opisywanie świata. Nie ma sensu udawać, że rzeczy trudne czy drastyczne nie mają miejsca. Naszym obowiązkiem jest je pokazać.

Jedno z najbardziej znanych Twoich zdjęć pokazuje grupę fotoreporterów stojących z aparatami nad ciałem mężczyzny. To kwintesencja tego, co często wam się zarzuca: pogoni za trupem, krwią, drastycznością i sensacją.

- Wiem, że to zdjęcie jest postrzegane ambiwalentnie. Z jednej strony - ludzie uważają, że pokazuje, jak fotoreporterzy potrafią być sępami. Moim zdaniem pokazuje fotoreportera w jego pracy zawodowej. Na jednym ujęciu widać tam każde stadium naszej pracy. Jest temat, jest ofiara, jest - nie bójmy się tego słowa - trup i jest czołówka światowych reporterów. Jeden robi zdjęcie, jeden już je zrobił i odchodzi, kolejny zmienia film, inny dopiero przykłada aparat do oka. Jeszcze inny przegania mnie ręką, bo mu się źle komponuję z trupem. To ważne dla mnie zdjęcie.

Zgadzasz się z zarzutem o pogoni za trupem?

- To nie jest pogoń za trupem. Ten człowiek stał się trupem w wyniku bratobójczych walk na przedmieściach Johannesburga tuż przed pierwszymi wolnymi wyborami. Gdyby tam nie było fotoreporterów, jego historia by się nie zmieniła. Jesteśmy od tego, żeby pokazywać konflikty, bo w nich kształtuje się najnowsza historia. Zdjęcia ofiar ataku chemicznego w Syrii były wstrząsające. Dają do myślenia ludziom, którzy nie przeżywają tej wojny na własnej skórze, są gdzieś z boku. A poprzez oglądanie czy - jak wolę mówić - czytanie tych zdjęć mogą ustosunkować się do tej wojny. To wywiera też, pewnie niewielki, ale zawsze jakiś wpływ na polityków i ich zachowania. Nie twierdzę, że fotografia zmienia radykalnie świat. Ale dzięki niej można ujawnić wiele faktów, a opinia publiczna wyrabia sobie zdanie na temat danej historii. Tak było z wojną w Wietnamie, gdzie relacje reporterów przyspieszy jej zakończenie.

Niektóre z tych wojennych zdjęć, na przykład z Wietnamu, stają się później ikonami. Wiele konfliktów zbrojnych w świadomości przeciętnego człowieka ma postać właśnie tych ikonicznych kadrów.

- To zjawisko nie jest bezpośrednio powiązane z fotografią. Przecież bitwę pod Grunwaldem też postrzegamy za pośrednictwem obrazu Matejki. Wiele słynnych bitew wyobrażamy sobie tak, jak pokazali je malarze. A dzisiaj mamy fotografie ikony. Tak było w Wietnamie ze zdjęciem rozstrzelania żołnierza Wietkongu czy dziewczynki poparzonej napalmem. I każdy kolejny konflikt będzie miał tych kilka kadrów, które będą go najlepiej opisywały. Często lepiej niż artykuły prasowe. Szczególnie że artykułów nie czyta się zwykle po raz drugi, a zdjęcia często w różnej formie pojawiają się wiele razy.

Jednak często na tych ikonicznych ujęciach pokazana jest tylko jedna strona konfliktu. Jak wygląda obiektywizm w pracy fotoreportera?

- Jest się między młotem a kowadłem. Każdy chce zrobić materiał jak najbardziej obiektywny, ale nie zawsze ma taką możliwość. Jeśli na przykład wojska rosyjskie czy abchaskie nie wpuszczają reporterów, żeby rejestrowali konflikt od ich strony, to pojawiają się relacje jednostronne. To samo z talibami. To nie jest tak, że nie chcemy ich pokazywać. To oni nie wpuszczają reporterów. Na palcach jednej ręki można policzyć tych, którzy mieli szansę do nich dotrzeć i pokazać konflikt w Afganistanie od strony bojowników. Natomiast są setki relacji pokazujące punkt widzenia USA.

Jadąc na wojnę, jesteś mentalnie bliżej jednej strony konfliktu? Popierasz ich racje?

- Nigdy się nie nastawiałem, żeby sympatyzować z jedną czy drugą stroną konfliktu. Zawsze sympatyzuję z ludźmi, którzy nie ze swojej winy zostali wplątani w zawieruchę wojenną. Jestem po stronie cywilów i nigdy nie zakładałem opaski jednej z walczących stron. Na tym polega zawodowstwo. Trzeba obserwować, co się dzieje, podnosić aparat i robić zdjęcia. Nie oczerniać, ale i nie wybielać. Tylko tyle.

Poza tym pamiętajmy, że zdjęcia występują zwykle w prasie jako ilustracja do artykułu dziennikarza. Z jego tekstu powinno wynikać, jaki jest obraz sytuacji, o co chodzi w konflikcie. A ja pracowałem ze świetnymi dziennikarzami - Pawłem Smoleńskim, Waldkiem Milewiczem, Marysią Wernikowską, Wojtkiem Jagielskim, którzy nigdy nie relacjonowali z drugiej czy trzeciej linii, nie ograniczali się do bezpiecznego siedzenia w hotelu. To zawsze było zanurzenie, pogrążenie się w temacie, namacalne dotykanie tego, o czym się pisało. To też jest świetne w tym zawodzie, że można poznać znakomitych dziennikarzy, na których możesz liczyć i którzy mogą liczyć na ciebie.

W podchodzeniu blisko jest jakaś granica? Gdzie jest różnica między odwagą i zaangażowaniem w temat a brawurą?

- Nie ma takiej granicy. Każda sytuacja jest inna, każda jest dynamiczna. Trzeba reagować na bieżąco i słuchać swojej intuicji. Tu nie ma żadnego schematu, żadnego podręcznika ani instrukcji obsługi. Trzeba kierować się rozsądkiem, intuicją i polegać na swojej rutynie zawodowej. Wystarczy przypomnieć Waldka Milewicza. To jest typowa historia. Przecież on niczego takiego nie zrobił, jechał na temat samochodem i akurat tam go dopadło. Kula trafiła go zza węgła, to było nieprzewidywalne. Kto mógł się spodziewać, że to jest właśnie ten jeden krok za daleko? Nikt! To jest nie do przewidzenia. To jest przypadek i los.

Były takie sytuacje, że myślałeś: koniec z tym, wystarczy, więcej nie pojadę?

- Pewnie, że były. Zawsze pod wpływem emocji, stresu, adrenaliny masz różne myśli. Miałem kilka takich historii, ale potem wraca się do domu, do redakcji. Zaczynałem przeglądać negatywy, stykówki, robić odbitki... Teraz przegląda się to na komputerze. I jak się na to wszystko patrzy, to wie się, że było warto, bo przecież wróciłem i mam takie materiały.

I dlatego wracasz na wojnę? Żołnierze często mówią, że wojna wciąga...

- Nie tylko dlatego. Może żołnierzy wojna po prostu wciąga, ale ja jestem fotoreporterem. Jeśli coś się dzieje na świecie, to w redakcji oczekują, że pojedziesz i to sfotografujesz. Niektóre organizmy nie wytrzymują takiej presji, że trzeba jechać w miejsce, gdzie jest niebezpiecznie, gdzie jest ogromny stres. Nie każdy umie się zmierzyć z tym strachem i mówi po prostu: nie nadaję się do takiej fotografii. Ja akurat jeździłem zawsze, jak redakcja tego ode mnie wymagała.

Fotografowałeś największe konflikty ostatnich 20 lat. Praca tu, na miejscu, daje ci jeszcze satysfakcję?

- To jest ogromna satysfakcja! Pamiętaj, że poza fotografią wojenną robiłem wiele innych rzeczy. "Gazeta Wyborcza" wysyłała mnie na wszystkie duże festiwale rockowe. Dla mnie są one odrobinę podobne do wojny - są tam ogromne emocje, huśtawka nastrojów, ludzie się niesamowicie otwierają...

Przez fotografowanie konfliktów zbrojnych straciłem bardzo dużo niesamowitej fotografii socjologicznej. Przemiany po 1989 roku dawały fotoreporterom ogromne możliwości. Zazdroszczę kolegom, którzy zrobili zdjęcia doskonale ilustrujące transformację, rewelacyjne fotoreportaże z tamtego czasu. Bo rzeczywistość przynosi dziesiątki tysięcy tematów. Uwielbiam fotografować proste rzeczy, np. mój mikrokosmos mokotowski. Zobaczymy, czy jak przeniosę się poza Warszawę, to tam też znajdę taki mikrokosmos.

Nie masz poczucia, że niedługo Twój zawód może już być niepotrzebny? Teraz każdy robi zdjęcia i coraz częściej w mediach publikowane są fotografie zrobione przez amatorów.

- Fotografowie zawodowi są przede wszystkim po to, żeby weryfikować tematy robione przez amatorów. Zawodowiec nie może bezkarnie nakłamać, nie może zmanipulować zdjęcia, ponieważ czeka go wyrzucenie z redakcji czy ostracyzm kolegów, co już parę razy się zdarzyło przy modnych ostatnio manipulacjach komputerowych. Natomiast nad amatorami nic nie wisi. Nie mają poczucia, że obowiązuje ich rzetelność.

Najprostszy przykład to sfotografowanie śmierci studentki podczas rewolucji w Iranie. Okazało się, że wcale nie umarła i ma się dobrze, ale zdjęcia poszły w świat. I co się stało z amatorem, który to puścił? No, nic się nie stało, dalej sobie funkcjonuje w swoim środowisku. Natomiast zawodowy fotograf po czymś takim traci wiarygodność, a to oznacza, że nie znajdzie już sensownej pracy w tym zawodzie i będzie musiał szukać sobie nowego zajęcia. Poza tym często jest tak, że amatorzy opisują ten świat powierzchownie, nie robią dużych, pogłębionych tematów.

Cały czas warto być fotografem?

- Ja nie widzę innego zawodu. Oczywiście gdybym musiał, pewnie bym się za czymś rozejrzał, ale chciałbym do końca życia być fotografem i żyć fotografią. To jest z jednej strony zawód, a z drugiej pasja. To jest wspaniałe, że można tak łączyć pożyteczne z przyjemnością. Kocham fotografię i nie wyobrażam sobie życia bez niej.

Warto było jeździć na te wszystkie wojny mimo całego obciążenia, jakie to przyniosło?

- Nie mam żadnych obciążeń. Miałem raczej depresję niż syndrom stresu bojowego. A nawet jeśli, to był to PTSD - tak jak w dzieciństwie przechodzi się świnkę czy szkarlatynę, tak przechodzi się i to. Potem się leczy. I teraz jest to już poza mną.

Czyli pojechałbyś jeszcze robić reportaż wojenny?

- Mam nadzieję, że nie będzie żadnej wojny. Ale wiem, że to nierealne. Więc jeśli będzie zadanie, to na pewno je wykonam.

Obejrzyj galerię zdjęć Krzysztofa Millera

*Krzysztof Miller - fotoreporter Agencji Gazeta, fotografował konflikty zbrojne m.in. w Czeczenii, Bośni i Afganistanie. Autor książki 13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE na Androida | Windows Phone | iOS

Więcej o: