Ma 47 lat i z Andrzeja staje się Edytą. Mama: Po co na stare lata wszystko wywracać?

Jak to jest nagle odkryć, że nie chce się żyć ze swoją płcią? Że w ciele mężczyzny drzemią emocje kobiety? O tym rozmawiamy z Edytą Baker, która właśnie koryguje swoją płeć.
Przyszła na świat jako Andrzej, 47 lat temu. Ale od dziecka coś ją uwierało i dopiero po długim czasie uświadomiła sobie co. To była płeć. Zupełnie nie przystająca do jej uczuć. I nóg, bo te - wyjątkowo kobiece i zgrabne - mają nawet swój fanpage na Facebooku. Edyta Baker postanowiła wreszcie żyć tak, jak chce. Koryguje płeć. A swoją transformację opisuje na blogu. Czuje ulgę. - Wreszcie zaczynam robić to, co chcę. Idę swoją drogą - mówi.

Angelika Swoboda, Gazeta.pl: Kiedy poczułaś, że coś jest nie tak?

Edyta Baker: Pierwszy uświadomiony przebłysk miałam w wieku pięciu lat. Na wakacjach rozmawialiśmy z rówieśnikami o tym, co dziewczynki i chłopcy mają w majtkach. Nic wtedy o tym nie wiedziałam. Wydawało mi się, że to, co mam ja, ma każdy człowiek. Ale jednak w mojej głowie już wtedy kiełkowała myśl, że nie chcę funkcjonować jako chłopiec. I że to, kiedy zmienię się w dziewczynkę, jest tylko kwestią czasu. Gdzieś w swojej dziecięcej fantazji uznałam, że to, iż jestem wychowywana jako chłopiec, to tylko pomysł moich rodziców, bo oni chcieli mieć synka. Ale ja im powiem któregoś dnia, że wcale nie chcę być synkiem. Że chcę być ich córeczką i w związku z tym mają mnie od dzisiaj traktować jak córeczkę.

Jednak podczas tej rozmowy jeden ze starszych kolegów wyjaśnił nam, że chłopcy mają ptaszka, a dziewczynki dziurkę. I tym sposobem dotarło do mnie, że skoro dziewczynki różnią się od chłopców, to ja nie będę mogła tak po prostu przyjść do rodziców i powiedzieć, że chcę być córeczką. Bo to nie jest zależne od ich pomysłu, tylko od jakichś czynników zewnętrznych. Że to nie jest kwestia wyboru, ale zaprogramowania gdzieś wyżej, na wcześniejszych etapach rozwoju. Że klamka zapadła i nie będę mogła być dziewczynką.

Płakałaś?

- Poczułam się taka przybita i zdołowana. Trudno mi dzisiaj dokładnie przypomnieć sobie te emocje, ale na pewno było to ogromne rozczarowanie i rozżalenie. I postanowiłam nic rodzicom nie mówić, bo pomyślałam, że jeśli ja chcę być dziewczynką, ale nie mogę nią być, to coś jest ze mną nie tak. Cały czas się nad tym zastanawiałam, bo pragnienie bycia dziewczynką było we mnie bardzo silne. A rola chłopca mi się w ogóle nie podobała. Młodzieńca i mężczyzny też nie...

To wszystko nie było to...

- Nie jestem freudowskim przykładem, nie bawiłam się lalkami. Po prostu to wydarzenie mnie zgasiło i spowodowało, że uznałam, iż coś jest ze mną nie tak. Ale myślałam: skoro jestem zbudowana jak chłopiec, muszę odpowiadać tym wyobrażeniom o mnie, jakie ma społeczeństwo, i żyć tak, jak chce społeczeństwo, bo przecież jestem chłopcem. A to, że mi coś się roi w głowie... Uznałam, że to jest mój mały intymny świat. Że mogę zachować marzenie o byciu dziewczynką, ale nie mogę o tym mówić, bo inni pomyślą, że jestem niespełna rozumu albo coś...

Co jeszcze pamiętasz z dzieciństwa?

- Jak mój młodszy brat miał przyjść na świat, cała rodzina czekała na dziewczynkę. Ale urodził się chłopiec. On był traktowany trochę inaczej niż ja. Dużo delikatniej. A ja dodatkowo dostałam rolę starszego brata. To było paskudne. Musiałam ustępować i być przewodnikiem. Źle się czułam, ale nie ujawniałam się z tym.

Do czasu.

- Kolejne moje przyznanie się przed sobą samą, że coś jest nie tak, przyszło w chwili, gdy zaczęłam się rozwijać seksualnie. Wtedy po raz kolejny naszła mnie głębsza refleksja. Owszem, fajnie, miałam dziewczynę, ale... najchętniej poczułabym się moją własną dziewczyną. Część moich partnerek - te, które nie wiedziały, o co chodzi - nie mogła zrozumieć, dlaczego ja się tak przyglądam innym dziewczynom. Myślały: "Facet, to się ogląda za babami". A mnie tak naprawdę interesowało to, jak ta kobieta jest ubrana, jak jest zbudowana. Marzyłam, że jestem taka właśnie, że noszę takie ubrania, że tak wyglądam. I to mnie fascynowało, a nie, żeby jej się przyglądać, jaka z niej laska. To był podziw dla płci pozbawiony erotyzmu. Moja żona często robiła mi sceny, że się oglądam za innymi kobietami.

Miałaś żonę?

- Nadal mam. Chciałam złożyć moją kobiecość na ołtarzu oczekiwań społecznych i żyć tak, jak mnie widzi społeczeństwo. Stąd rozpaczliwe próby znalezienia partnerki i założenia rodziny, czego konsekwencje ponoszę do dzisiaj. Nie powiem, że tego żałuję, bo to, co przeżyłam z moją żoną, też było piękne i mam wiele dobrych wspomnień z tamtych czasów. Natomiast gdybym dziś znalazła się w tamtej sytuacji i miała decydować jeszcze raz, to powiedziałabym "nie". Presja społeczna pchnęła mnie do tego, żeby dopełnić męskiej roli.

Twoja żona wiedziała?

- Dowiedziała się po pięciu latach małżeństwa. Na początku przyjęła to bardzo źle. Potem starała się to zaakceptować, ale w naszym małżeństwie działo się źle, także z innych powodów, a ja nie próbowałam tego ratować. Nie miałam motywacji i nie mogłam zrezygnować ze swoich pragnień. Rozstaliśmy się, ale rozwodu nie mamy.

Nie mogłam też jej nie powiedzieć, bo nasze środowisko osób transseksualnych właśnie budziło się do życia, zaczynała się jakaś działalność, spotkania, imprezy. A ja, mimo wtłoczenia w rolę męża, nie mogłam zapomnieć, że czuję się kobietą. To była tylko ucieczka. Wszystkie moje zdjęcia z tamtego czasu poszły na śmietnik, czego bardzo żałuję. Ciągła walka.

Zabijanie siebie?

- Tak. Po kolejnych dwóch latach okazało się, że... że to wciąż puka od spodu i nie daje o sobie zapomnieć. Poza tym ja nie potrafię się realizować jako facet. To nie wynika z tego, że mam wybór. Mój umysł jest umysłem kobiety. Mnie potrzeba czegoś innego niż facetowi. Jak mogę tworzyć związek z heteroseksualną kobietą, która potrzebuje obok siebie mężczyzny, jeśli ja się nim kompletnie nie czuję? Mogę spełniać seksualną rolę faceta, ale też mi ona do końca nie odpowiada.

Jak sobie uświadomiłaś, w czym jest problem?

- Dopiero po liceum zaczęłam o tym czytać, dociekać. I dowiedziałam się, że nie jestem sama. Że niektórzy ludzie tak mają. To były jednak inne czasy. Trzeba było pójść do biblioteki i szukać w książkach, a szukanie w książkach wiąże się z tym, że trzeba wiedzieć, czego się szuka. W końcu w jakiejś książce znalazłam informacje, ale one nie były zgodne z obecną wiedzą o transpłciowości. To, co podawała ówczesna medycyna - a była to druga połowa lat 80. - było raczej wyobrażeniem lekarzy o tym problemie niż jego rzeczywistą definicją. Nawet do dzisiaj lekarze medykalizują problem, a to nie jest problem tylko medyczny. To, co wtedy wyczytałam, pozwoliło mi nabrać przekonania, że powinnam coś z tym zrobić.

I?

- Trzeba było znowu pójść lekarza. Poszłam. Ale ten też problem zbagatelizował, w ogóle w niego nie wszedł. Sprowadził mnie do roli transwestyty. Stwierdził: Eee, tylu facetów się przebiera i są szczęśliwi, że nie masz powodu do niepokoju. Idź, żyj, bądź szczęśliwy...

Przebierałaś się?

- Próbowałam się w ten sposób częściowo realizować jako kobieta. Po prostu żyłam jak transwestyta, co tu dużo mówić. Co jakiś czas i na jakiś czas. Aż zaczęłam mieszkać z partnerką, która zresztą o tym wiedziała, akceptowała to i bardzo mnie wspierała. To był złoty czas. Żyłyśmy jak dwie baby. Odcięłam się od rodziców i co jakiś czas przechodziłam transformację. Ona odbywała się płynnie, nie wiem nawet, czy w sposób zauważalny dla sąsiadów. Mam wrażenie, że traktowali moje dwa różne wcielenia jak siostrę i brata. Byłam wtedy młoda, więc wystarczyło zrobić lekki makijaż i już śmigałam po mieście jako dziewczyna.

Czyli było w porządku?

- Właściwie cały czas chciałam w sobie tę kobiecość zabić, a z drugiej strony po prostu nie czułam się dobrze ze swoją społeczną rolą mężczyzny, ze swoją męską osobowością. Wiedziałam, jaki tu jest zgrzyt i rozdźwięk. Realizowałam się w tym, bo po prostu nie miałam innego wyjścia. Zresztą każdy w tym wieku jest pod presją otoczenia, które nakazuje nam cały czas spełniać określone role. Kiedy się próbujemy z nich wyłamać, społeczeństwo mówi nam: "Nie, wracaj na miejsce!". I to się odbywa od poziomu rodziny do poziomu Sejmu, gdzie tacy krzykacze jak Krystyna Pawłowicz opowiadają te swoje farmazony.

Zaczęłaś żyć tak, jak chcesz, dopiero jako 42-latka.

- Zaczęłam się stopniowo ujawniać. Najpierw wiedziało kilka koleżanek z pracy, potem zaczęłam się pojawiać na wydarzeniach związanych z Euro Pride już jako Edyta. Moi koledzy ze środowiska dziennikarskiego od razu załapali, że to ja. Bardzo pomogło mi to, że Ania Grodzka dostała się do parlamentu. Zaczęto mnie postrzegać jako kogoś takiego samego, ale w innej fazie transformacji. Zresztą dostanie się Ani do Sejmu było dla nas niesamowitym kopem. Właśnie wtedy zdecydowałam się ujawnić przed własną matką.

Jak to wyglądało?

- Nie było to proste. W weekend po wyborach odbywały się imieniny mamy. Były ciotki, wujkowie, znajomi. Oczywiście, jak to w polskich domach, gadało się o polityce. I to gadało bardzo głupio. Jakaś pani wyraziła swoje oburzenie, że teraz są pedały i transwestyci w Sejmie. Że "drodzy państwo, do czego to doszło". Nie wytrzymałam. "Po pierwsze: dlaczego pedały, po drugie: dlaczego transwestyci" - zapytałam. Cała impreza zamieniła się w mój wykład o tym, czym jest transpłciowość. I była takim niejakim ujawnieniem się, bo okazało się, że ja podejrzanie dużo o tym wiem. Gdy goście poszli, powiedziałam mamie, że ja mam ten sam problem. Że w zasadzie jestem taką Anią Grodzką, tylko ona jest po, a ja jestem przed.

I jak zareagowała?

- Akceptuje to, a właściwie nie przeszkadza, ale sytuacja jest napięta. Co prawda ze strony rodziców nie ma żadnych szykan, ale nie ma też zbytniej pomocy. Ojciec ma swoje sprawy i nie wtrąca się w moje. Mama miała poczucie winy, że może zależało to od jej wyrzutów hormonalnych..., że ją obwiniam o to, kim jestem, skoro jest to determinowane w okresie życia płodowego. Musiałam wiele razy tłumaczyć, że to niczyja wina, że po prostu tak jest. Mimo to co jakiś czas mama pyta: "Czemu ci to nagle na stare lata przeszkadza?".

No właśnie - czemu?

- To nie jest tak, że nagle i na stare lata. To mi przeszkadza od wielu lat. Moje życie w męskiej roli to jedna wielka rozpacz. Wszystko się wali.

Najgorszych rzeczy spodziewałam się po bracie, byłam pewna, że zareaguje bardzo źle. Tymczasem było wręcz odwrotnie i to właśnie od niego mam największe wsparcie. Rodzice nigdy nie powiedzieli mi przed zabiegiem: "Trzymaj się". A brat, który mieszka poza Polską, pisze mi maile: "Myślę o tobie, jestem przy tobie".

A rodzice? No cóż. Jednemu się rodzi dziecko niewidome, drugiemu garbate, a trzeciemu transpłciowe. Trudno. Ja się urodziłam z czymś, czego nie widać. Co nie znaczy, że nie jest to problemem.

I musiałaś coś z nim zrobić?

- Już w 2008 r. wiedziałam, że się nie cofnę. Może jeszcze gdybyśmy mieli z żoną dzieci... Jednak nie widziałam już żadnego sensu, a żona żądała ode mnie rezygnacji z siebie. Oczywiście, tacy jak ja, wstępując w związek małżeński, dopuszczają się pewnego rodzaju oszustwa. Nie jest to najlepsze wyjście. Dlatego uważam, że o tych rzeczach należy uczyć w szkole. Żeby każde dziecko wiedziało, że taka osoba może się zdarzyć w klasie.

Co to znaczy, że czujesz się jak kobieta?

- Mój organizm jest biologicznie napędzany testosteronem, więc pewne zachowania męskie w sobie mam, nie ma co ściemniać. Gesty, sposób zachowania. Ale jak się porównam z facetem, to moje zachowanie staje się bardzo kobiece. Mój sposób poruszania się jest tak mało męski... Mój sposób myślenia też. Zresztą teraz, kiedy zaczęłam transformację, okazało się, że mam wiele cech kobiecych, także tych biologicznych.

Jakich?

- Kiedy przygotowywałam się do zrobienia piersi, lekarz musiał je najpierw rozepchać. Robił to solą fizjologiczną. Gdy władował mi ją pierwszy raz, okazało się, że mam kieszenie przystosowane do tego, żeby te piersi tu były. Lekarz był zszokowany. Powiedział, że pierwszy raz się z tym spotkał. To ma sens. Jeśli w okresie prenatalnym doszło u mnie do jakichś błędów, to one pociągają za sobą konsekwencje. W sensie biologii seksualnej jestem mężczyzną, ale nie znaczy to, że całe moje ciało jest ciałem mężczyzny. Uproszczone badanie komputerowe wykazało, że mam męskie chromosomy X i Y, ale oba popsute. Więc coś jest nie tak. Zresztą reaguję na ból jak kobieta - mam bardziej wrażliwą na ból lewą stronę ciała. Mam kobiece dłonie, stopy, nogi...

Twoje nogi mają nawet fanpage na Facebooku.

- Mają wielu fanów. Zresztą miały już w liceum. Moja dziewczyna mówiła mi, że wszystkie jej koleżanki zachwycały się moimi nogami. Bo są długie i zgrabne.

Jak się nauczyłaś malować?

- Samo przyszło (śmiech). Nie jestem drag queen, żeby wykonywać jakiś skomplikowany makijaż. Robię taki na własny użytek, uczyłam się go przez lata. Znam swoją twarz na tyle, że wiem, czego lepiej nie robić, i znam triki, których nie znają czasem zawodowe makijażystki. Na przykład akcentuję tuszem dolne rzęsy tylko na środkowym odcinku pod źrenicą i lekko podkreślam w tym miejscu dolną powiekę ciemniejszym cieniem. To optycznie otwiera oko, daje wrażenie, jakby miało ono więcej blasku.

A włosy?

- Włosy zżarł mi testosteron. No, każdy facet łysieje... Oczywiście bardzo żałuję, że łysieję, bo moja kobiecość, którą przyjdzie mi kiedyś okazać, po prostu na tym ucierpi. Ale włosy zaczęły mi lecieć, już jak skończyłam 20 lat. Już wtedy czasem nosiłam peruki, teraz bez nich się nie obejdę. No chyba że się szarpnę na jakiś przeszczep, jeszcze nie wiem.

Piersi już sobie robisz.

- Kuracja hormonalna okazała się kompletnym fiaskiem. Ze względów zdrowotnych. Co prawda jest pewna grupa osób transpłciowych, która twierdzi, że bez hormonów oraz bez ucięcia sobie jaj nie można skorygować płci, ale to jest równie faszystowska postawa jak ta, według której płci w ogóle nie można skorygować. Ja do takich osób nie należę, nie będę nic robić na siłę. Uważam, że każdy powinien sam sobie wyznaczyć granice. A przez to, że kuracja hormonalna okazała się nie dla mnie, zaczęłam szukać innych dróg sfeminizowania siebie.

I trafiłam do doktora Roberta Chmielewskiego. Przechodzę zabiegi pod znieczuleniem, ale to nie są operacje plastyczne, tylko medycyna estetyczna. To, co zrobiliśmy z moim biustem, to na pewno jest pierwszy zabieg w Polsce, a wszystko wskazuje też na to, że i na świecie! Nie ma chyba przypadku, że ktoś ma od podstaw budowany biust z własnego tłuszczu. Biorą mi go z brzucha - o, jeszcze mam na sobie pas uciskowy. Niewygodny jak cholera! Spać się w nim nie da, męczące to potwornie... Pewnie trzeba będzie zrobić jeszcze jeden taki zabieg, bo około 30 proc. tłuszczu organizm może wchłonąć. Mam nadzieję, że uda mi się zachować ten rozmiar, to jest prawie B. Mam jeszcze siniaki, wszystko jest obolałe, ale czuję się dobrze. No i mam niezłą dietę - jem wszystko, co się da, w dużych ilościach, żeby tkankę tłuszczową na brzuchu odbudować przed kolejnym zabiegiem.

Co jeszcze?

- Cała seria zabiegów medycyny estetycznej. Przeszłam zabieg Ulthery, czyli "zgrzewania" skóry ultradźwiękami, który podnosi wiszącą skórę twarzy. Wstrzykiwano mi hialuron, żeby wygładzić rysy, powiększono usta. Przechodzę też depilację laserową - miałam już kilka zabiegów. No i wszczepienie nici polidioksanonowych - cztery z lewej i cztery z prawej strony twarzy. Paskudne uczucie, czuć każdy ruch. Jak się rozpuszczą, w ich miejscu pojawi się włókno kolagenowe. Miałam też uzupełniane wory pod oczami oraz botoks w okolicach oczu, ust i na żuchwie. Muszę doktora zapytać gdzie, bo po serii zabiegów byłam cała obolała...

Dużo w tobie determinacji.

- Tak, to nie jest fanaberia. Nie jestem bogatym facetem, który zmienia sobie nos czy uszy, bo coś mu zgrzyta. Zresztą, jeśli ktoś ma taką potrzebę, nikomu nie robi krzywdy, to jego sprawa.

Facetom jest łatwiej. Czemu więc chcesz być kobietą?

- Facetom jest łatwiej przez te zatęchłe role społeczne, które ciągle funkcjonują. To dla mnie wyzwanie. Bycie kobietą nie jest czymś gorszym. Życie faceta może i jest łatwiejsze, ale jest też nudniejsze. Nigdy mi się nie podobał męski sposób podchodzenia do życia, męskie reakcje. Nigdy tego nie rozumiałam. Jestem w stanie zrozumieć facetów, dlaczego pewne rzeczy robią, ale... mężczyźni nie mają tego bogactwa emocji, które mają kobiety. Oczywiście, mężczyźni też mają swoje emocje, żeby nie było, ale to są emocje innego rodzaju.

Swoją transformację opisujesz na blogu. Nie boisz się?

- Przestałam się czymkolwiek przejmować. Jeśli ktoś nie jest w stanie zrozumieć najprostszych rzeczy, to jest jego problem, nie mój. Nie będę się tym przejmować. A hejty? One mają na celu tylko jedno - chcą mnie sprowadzić do parteru, chcą mnie zmusić, żebym była taka, jak oni chcą. Ale sorry, moje życie nie zależy od opinii innych. Zbyt długo żyłam, kierując się opinią innych, żeby to robić dalej. Przejmując się hejtami, zgadzam się, by moje życie zależało od innych.

Czujesz ulgę?

- Mam 47 lat. Dla wielu osób to powód, by powiedzieć, że to już za późno. Że po co w tym wieku. Tak na przykład mówi moja mama. "Tyle lat przeżyłeś i było ci dobrze, to po co na stare lata wszystko wywracać?" Ale ja wreszcie zaczynam robić to, co chcę, idę swoją drogą. Na to poświęcę swoje życie. Na walkę o nasze prawa. O to, żebyśmy mogli o sobie decydować.

Więcej o: