Za kilka dni czarne skrzynki malezyjskiego boeinga przestaną wysyłać impulsy. Rusza nowa misja. "Desperacka"

Boeing 777 Malaysian Airlines zaginął 8 marca. Jest 4 kwietnia. A to oznacza, że czarne skrzynki samolotu będą emitować pozwalające je namierzyć impulsy (tzw. ping) jeszcze dosłownie przez kilka dni - ich czas działania obliczony jest na około miesiąc. Poszukujące boeinga kraje uruchomiły operację ostatniej szansy.
Nowa faza poszukiwań wraku opiera się na sygnałach emitowanych przez czarne skrzynki samolotu. Emitują one impulsy, które mogą zostać wykryte przez odpowiedni sprzęt zainstalowany na pokładzie statków poszukiwawczych. Marynarki amerykańska, australijska i brytyjska połączyły wysiłki w próbie, którą i eksperci, i media nazywają desperacką - pisze "Sky News".

Rusza kolejna faza poszukiwań. "Desperacka"

Bo zlokalizowanie wraku i czarnych skrzynek dzięki namierzeniu impulsów jest możliwe, ale niezwykle trudne. Obszar, który statki mają do przeszukania, został wyznaczony na podstawie innych impulsów - odebranych przez satelity. Informacje satelitarne w połączeniu z szacunkową prędkością samolotu i jego charakterystyką umożliwiły wyznaczenie obszaru prawdopodobnego miejsca, gdzie maszyna mogła spaść do oceanu.

Informację o rozpoczęciu poszukiwań w oparciu o namierzanie impulsów czarnych skrzynek podał emerytowany szef australijskich sił powietrznych, a obecnie kierownik powołanej przez rząd w Canberrze grupy pracującej przy poszukiwaniach malezyjskiego samolotu, Angus Houston.

Wykorzystując holowany lokalizator amerykańskiej marynarki na australijskim okręcie "Ocean Shield" i podobny na HMS "Echo", będziemy mogli badać tor o szerokości 149 mil morskich (249 km), uzupełniając się nawzajem - powiedział Houston. Przyznał równocześnie, że ekipy mają świadomość, iż zostało im bardzo mało czasu.

Niemożliwa misja?

Skala trudności, jakie stoją przed ekipami poszukiwawczymi, jest olbrzymia. Ekspert od ratownictwa morskiego John Noble nazwał akcję US Navy i australijskiej Royal Navy "desperacką". Liczby mówią same za siebie: Obszar, jaki statki mają do przeszukania, to 87 tys. mil kwadratowych oceanu. W rozmowie ze Sky News prof. David Stupples, specjalista od radarów, powiedział, że lokalizatory impulsów mogą przeszukiwać obszar tylko do 150 mil kwadratowych dziennie.

Dlaczego tak mało? Bo choć amerykański lokalizator może usłyszeć impuls z czarnej skrzynki nawet, jeśli będzie ona leżała na głębokości 6,1 km pod wodą, to jego specyfika wymusza wolne tempo pracy - wiozący lokalizator statek musi poruszać się z prędkością nie większą niż pięć węzłów (5 mil na godzinę). I jeszcze trafić w obszar objęty zasięgiem wysyłanych przez czarne skrzynki impulsów. A Angus Houston przyznaje, że raczej nie ma szans na to, by do grupy poszukiwawczej zdołały w najbliższym czasie dołączyć jednostki wyposażone w podobny sprzęt.

Chcesz na bieżąco śledzić sytuację za granicą? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE na Androida | Windows Phone | iOS

Więcej o: