Zaginiony boeing na dnie oceanu? Nie tylko "ryczące czterdziestki" utrudniają poszukiwania

- Odnajdziemy go - przekonuje prof. Charitha Pattiarachati, australijski oceanograf biorący udział w akcji poszukiwawczej. Naukowiec ma teorię, że wrak samolotu linii Malaysia Airlanes nie dryfuje, lecz spoczywa na dnie Oceanu Indyjskiego. Bardziej ostrożny jest jego polski kolega prof. Adam Krężel. - Lepiej znamy powierzchnię Marsa niż dna oceanu. Jeśli będą mieli szczęście, to może trafią - ocenia.
Niemal co dnia światowe agencje informacyjne obiegają zdjęcia satelitarne i doniesienia o kolejnych, idących w setki szczątkach, które mogą należeć do malezyjskiego samolotu. Niestety, złe warunki atmosferyczne w rejonie poszukiwań co rusz krzyżują plany kolejnych ekspedycji. Wiatr jest tam tak mocny, a fale tak wysokie, że nie radzą sobie z nimi nawet takie okręty jak chiński lodołamacz Snow Dragon, który został stworzony z myślą o jeszcze bardziej ekstremalnych warunkach.

- Między 40. a 50. stopniem szerokości południowej mamy do czynienia z tak zwanymi "ryczącymi czterdziestkami" - tłumaczy nam prof. Adam Krężel z Zakładu Oceanografii Fizycznej Uniwersytetu Gdańskiego. - Tam wieje bardzo silnie albo nieco lżej, ale wieje stale - opowiada o warunkach, w jakich trwa akcja poszukiwawcza. Problemem są też fale, które osiągają nawet 5-6 metrów. - To może się wydawać niedużo, ale pamiętajmy, że to jest pełny ocean i one nie mają się gdzie spiętrzać, nie spotykają żadnych przeszkód na drodze - wyjaśnia profesor.

Naukowiec zapewnia: znajdziemy wrak

W akcji poszukiwawczej bierze udział jego kolega po fachu - prof. Charitha Pattiarachati z University of Western Australia w Perth. Ten oceanograf w rozmowie z CNN przedstawił teorię dotyczącą miejsca spoczynku wraku boeinga. - Wszystko wskazuje na to, że samolot zostanie prawdopodobnie odnaleziony na dnie oceanu - przekonywał. Na pytanie dziennikarki, czy jest możliwe, że szczątki jednak nigdy nie zostaną zlokalizowane, odparł z całą stanowczością: - Nie, znajdziemy go.

Zaznaczył wprawdzie, że raczej to nie kwestia dni, ale znacznie dłuższego czasu.

Mniej optymistyczne podejście co do szans powodzenia misji poszukiwawczej ma prof. Krężel. - To jest jedno z najbardziej oddalonych od siedzib ludzkich miejsc na świecie - zauważa. - Jeśli chodzi o technikę cywilną, to nawet nie bardzo jest czym tego wraku szukać, choć może wojskowi mają o wiele większe możliwości - tłumaczy.

Cała nadzieja w dronach?

Światełka nadziei na sukces poszukiwań prof. Krężel upatruje m.in. w wodnych dronach, z których pomocy ma korzystać też zespół prof. Pattiarachatiego. - Drony mają sprzęt do wykrywania sygnałów dźwiękowych, a te powinny być emitowane przez czarne skrzynki. Teoretycznie jest szansa na odebranie takiego sygnału nawet z odległości kilkuset kilometrów - mówi polski naukowiec. Cały czas jednak podkreśla, że szanse są niewielkie. - Jak będą mieli szczęście to może trafią - podsumowuje.

Chcesz na bieżąco dowiadywać się o najnowszych wydarzeniach? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE na Androida | Windows Phone | iOS