Rewelacje z USA? "Na tym etapie są tylko hipotezy. Jeśli zniknął, to znaczy, że poszedł pionowo do ziemi" [ROZMOWA]

- Hipotez może być dużo, ale nie wierzę w idiotyzmy wypisywane przez niektóre amerykańskie media - ocenia najnowsze doniesienia w sprawie zaginionego samolotu Tomasz Białoszewski*, komentator wydarzeń lotniczych.
Anna Pawłowska, Gazeta.pl: - Media podały, powołując się na wysokiego rangą urzędnika Pentagonu, że zaginiony w sobotę malezyjski boeing rozbił się na Oceanie Indyjskim i tam będą prowadzone poszukiwania. Jak Pan ocenia tę hipotezę?

Tomasz Białoszewski: - Zaczynam odnosić wrażenie, że tabloidyzacja i chęć podniesienia nakładów kieruje nawet bardzo poczytnymi dziennikami amerykańskimi i wpływa na sposób, w jaki piszą o tej katastrofie. A to jest kompletna bzdura! Rzeczywiście samolot miał paliwo na 7 godzin lotu, ale nie jest możliwe, by maszyna o takiej masie tak po prostu zniknęła.

Nawet jeśli założymy, że piloci wyłączyli transponder, to pozostaje echolokacja. Są stacje cywilne i wojskowe, które śledzą loty. Ten samolot nie mógł im wszystkim zniknąć.

Jaka hipoteza jest w takim razie najbardziej prawdopodobna?

- Na tym etapie w grę wchodzą rzeczywiście tylko hipotezy. Ja coraz bardziej skłaniam się ku wersji, że być może któryś z członków załogi zrobił to z premedytacją. Skierować samolot ku ziemi. Wiem, że to brzmi sensacyjnie. W przeciwnym wypadku samolot musiałby zostać zdezintegrowany. A jeśli nie zderzył się z niczym w powietrzu i nagle zniknął z ekranów radarów, to znaczy, że poszedł niemal pionowo do ziemi.

Zakłada Pan, że chodziło o samobójstwo?

- Tak sądzę. Historia awiacji, także tej cywilnej, zna takie przypadki. Tak było w samolocie egipskich linii lotniczych, gdy pilot wysłał drugiego pilota do kabiny, a sam zamknął się w kokpicie i doprowadził do rozbicia samolotu. Znany jest też przypadek, gdy zwolniony pracownik lotniska przemycił na pokład broń i najpierw zastrzelił swojego szefa, który podróżował tym samolotem, po czym wszedł do kokpitu, zastrzelił obu pilotów, odepchnął wolant i samolot skierował do ziemi.

Ale to nie wyklucza amerykańskiej wersji. Do katastrofy mogło dojść nad oceanem.

Mógł wpaść do morza, ale na wodzie zawsze coś by wypłynęło, cudów nie ma. Prędzej czy później musieliby coś znaleźć, szczególnie że przeczesywali akwen w tych okolicach niezwykle pieczołowicie. Być może trochę dalej lub trochę wcześniej wpadł w gęsto zalesiony teren. A wtedy możemy go szukać naprawdę bardzo długo.

Na jakim obszarze powinny koncentrować się poszukiwania?

- Uważam, że powinni go szukać w obszarze godziny lotu od ostatniego punktu łączności. Powtarzam: nic nie dzieje się samo. Ostatnia rzecz, w jaką mogę uwierzyć, to to, że ten samolot wyparował w powietrzu.

Przypomnijmy, że lecący do Pekinu boeing 777 malezyjskich linii lotniczych zniknął z radarów w sobotę mniej niż godzinę po starcie z lotniska w Kuala Lumpur. Mimo zlokalizowania na morzu plam paliwa nie odnaleziono śladów maszyny. Później okazało się, że było to paliwo ze statku. Według Malaysia Airlines samolot nie wysłał sygnału SOS.

*Tomasz Białoszewski - dziennikarz telewizyjny i radiowy, komentator wydarzeń lotniczych. W przeszłości związany z redakcjami "Wiadomości" i Programów Wojskowych TVP

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE na Androida | Windows Phone | iOS

Więcej o: