Krym jak Kaukaz? O co naprawdę chce walczyć Władimir Putin [KOMENTARZ]

Usunięcie sprzyjającego Rosji prezydenta Janukowycza i zastąpienie ekipy rządzącej politykami o prozachodniej i proukraińskiej orientacji stanowiło wystarczający pretekst, by Rosja uznała swoje interesy za zagrożone. Włączenie się Kremla w rozwiązanie kryzysowej sytuacji na Ukrainie było tylko kwestią czasu. Pozostaje natomiast pytanie, na jak daleko idącą interwencję zdecyduje się Władimir Putin. I czy to rzeczywiście Krym jest w tym momencie najwyższą stawką w tej grze.
Od początku ukraińskiego kryzysu zapoczątkowanego przez masowe wystąpienia po rezygnacji z podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE było oczywiste, że Rosja bacznie obserwuje rozwój wydarzeń i przygotowuje możliwe scenariusze działań. Nie tylko dlatego, że dla Federacji Rosyjskiej Ukraina to nadal "bliska zagranica", a więc państwo pozostające w bezpośredniej strefie wpływów.

Połowa Ukrainy chce do Rosji?

W ukraińskiej polityce tradycyjny podział na lewicę i prawicę praktycznie nie istnieje. Osią sporu jest stosunek do wschodniego sąsiada, a główna linia podziału przebiega między prorosyjskim wschodem i południem oraz zachodem, który odwołuje się do tradycji ukraińskich. Te podziały, wsparte dodatkowo różnicami językowymi, znakomicie wygrywa Rosja, skutecznie strasząc rosyjskojęzycznych obywateli widmem "banderowców" i "nacjonalistów" z Zachodu.

Trzeba przy tym przyznać, że nowa władza na Ukrainie dała Rosji znakomity argument, gdy na początku swoich rządów zlikwidowała kontrowersyjną ustawę o językach, zmniejszając przywileje języków mniejszości narodowych. W praktyce oznacza to przede wszystkim uderzenie w status języka rosyjskiego, który za rodzimy uważa bardzo wielu obywateli.

W połączeniu z perspektywą usuwania ze stanowisk wszystkich polityków powiązanych z Partią Regionów i wyrażających prorosyjskie sympatie wywołało to w regionach tradycyjnie sprzyjających Rosji (wschód i południe kraju) szybką reakcję zwrotną.

Na Krymie z budynków rządowych zaczęły znikać barwy ukraińskie: teraz powiewają nad nimi flagi Federacji Rosyjskiej, a Parlament zdecydował o przeprowadzeniu referendum, które ma określić przyszły status Krymu i rozszerzyć jego autonomię. O podobnych referendach zaczęło się też mówić we wschodniej Ukrainie, m.in. w Doniecku.

Rosja chce wojny?

Separatystyczne nastroje na Krymie są skutecznie podsycane przez Rosję - tak twierdzą przedstawiciele nowego ukraińskiego rządu. Atmosfera chaosu, kolejne informacje o pojawiających się na Krymie rosyjskich jednostkach wojskowych, sprzeczne doniesienia o ruchach sił specjalnych. Tak wyglądała w ostatnich dniach sytuacja na Krymie.

Z drugiej strony mieszkańcy półwyspu otrzymywali sygnały o planowanym "najeździe nacjonalistów z Majdanu" czy zbrojących się bojówkach radykalnego "Prawego Sektora". Z Rosji natomiast napływały uspokajające słowa o gwarantowanej pomocy i wsparciu oraz ochronie rosyjskich obywateli mieszkających na Ukrainie.

Co ciekawe, bardzo szybko Rosja przestała mówić o "obywatelach rosyjskich", a zaczęła używać w oficjalnej retoryce zwrotu "ludność rosyjskojęzyczna", co jest znaczącym przesunięciem akcentów i może stanowić furtkę dla ewentualnego wprowadzenia wojska dalej niż na Krym. W obliczu wczorajszej zgody Rady Federacji Rosyjskiej na użycie sił zbrojnych na terenie Ukrainy taka wizja przestała być jedynie jednym z wielu odległych scenariuszy politycznych.

Od Krymu do Kaukazu

Wszyscy zadają sobie teraz trzy pytania: czy Putin skorzysta z uzyskanej wczoraj zgody i rzeczywiście dojdzie do wojny, jaki może być jej rezultat i wreszcie - o co tak naprawdę gra teraz Rosja.

Eksperci nie mają wątpliwości, że jednym z możliwych scenariuszy jest oderwanie Krymu od terytorium Ukrainy. Mówi się nawet o "wariancie naddniestrzańskim", czyli stworzeniu bytu, który formalnie będzie pozostawał częścią Ukrainy, tak jak Naddniestrze należy do Mołdawii, ale w praktyce będzie separatystyczną republiką. Pomyślny dla Rosji rozwój wydarzeń na Krymie może też stanowić furtkę do dalszego podziału na Ukrainie, przy wykorzystaniu zdecydowanie prorosyjskich sympatii Donbasu.

Tyle, że taki podział Ukrainy może okazać się dla Rosji bardzo poważny w skutkach. To niebezpieczny precedens, jaki może zostać wykorzystany przez separatyzmy kaukaskie, które wciąż są w tym regionie bardzo silne. Najlepszym przykładem może tu być Emirat Kaukaski - nieuznawane przez nikogo islamistyczne państwo proklamowane przez Doku Umarowa, które miałoby obejmować Czeczenię, Inguszetię, Dagestan, Osetię, Kabardo-Balkarię i Karaczajo-Czerkiesję. Niezależnie od Doku Umarowa, którego nie wszyscy Czeczeni uznają, nadal silne są nastroje separatystyczne w tym właśnie państwie i dążenia do oderwania Czeczenii od FR i nadanie jej statusu niepodległego państwa.

Wariant: wojna z terroryzmem

Przekonanie, że Rosja nie bierze pod uwagę takiego scenariusza, a obecna interwencja na Krymie jest spontanicznym działaniem i wyrazem typowego "wschodniego bałaganu" trudno nazwać inaczej niż naiwnością. Wiadomo, że politykę Putina charakteryzuje staranne planowanie obejmujące zawsze kilka możliwych wariantów.

Rosja musi więc brać pod uwagę kwestie Kaukazu, szczególnie w sytuacji, gdy islamistyczne nastroje separatystyczne przybierają tam na sile, a powiązane z Al-Kaidą lokalne organizacje terrorystyczne zapowiadają kolejne ataki. Jednak nie tylko możliwe nasilenie kaukaskich separatystów powołujących się na autonomię części Ukrainy może być istotnym elementem przyszłego scenariusza.

Warto postawić pytanie, czy rzeczywiście to Krym i Ukraina są dziś najistotniejszymi punktami w polityce zagranicznej Rosji. Prawdopodobny jest scenariusz, że to tylko wstęp do dalszej destabilizacji regionu. Wątek islamistyczny jest o tyle istotny, że krymscy Tatarzy to muzułmanie. Radykalnie zorientowana część tej społeczności ma powiązania z bojownikami z Kaukazu. Pojawiły się już informacje, że w razie rosyjskiej interwencji Tatarzy mogą liczyć na wsparcie "kaukaskich braci". Przeniesienie na półwysep swoich bojowników ma planować m.in. Islamski Ruch Uzbekistanu, który angażował się też w konflikt w Afganistanie.

Jeśli rzeczywiście Krym stanie się istotnym ośrodkiem działania islamskich radykałów, Putin będzie miał doskonały pretekst, by uderzenie w integralność terytorialną i suwerenność Ukrainy określić mianem "operacji antyterrorystycznej", co daje mu znacznie większe możliwości w zakresie wykorzystania rosyjskich jednostek specjalnych poza granicami Rosji. Jednocześnie rosyjska interwencja wywoła reakcję zwrotną w postaci nasilonej aktywności islamistów.

Efekt? Może dojść do sytuacji przypominającej tę, która w 1999 r. doprowadziła do wybuchu II wojny w Czeczenii i - w konsekwencji - do objęcia fotela prezydenckiego przez Putina. Czy tym razem konsekwencją też będzie wzmocnienie pozycji Putina jako gwaranta spokoju i stabilizacji w regionie i przeciwwagi dla terroryzmu, a w dalszej perspektywie kolejna kadencja prezydencka - czas pokaże. Jedno jest pewne - Krym jest tylko jednym z elementów geopolitycznej układanki, którą obecnie konstruuje Rosja.

Chcesz na bieżąco śledzić sytuację na Ukrainie? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE na Androida | Windows Phone | iOS

Więcej o: