Lekcje historii w szkole. "Obecnie prowadzą do prostackiego wartościowania: kto kocha ojczyznę, ten jest dobry"

- Dzisiejsze lekcje historii prowadzą do infantylizmu moralnego - uważa dr Piotr Laskowski, nauczyciel historii. Jego zdaniem to, co jest przekazywane uczniom na tych lekcjach, wykształca przekonanie, że kto kocha ojczyznę i niepodległą Polskę, ten jest dobry. Kto jej nie kocha - jest zły. Innego zdania jest ekspertka MEN, która w dyskusji w TOK FM przekonywała, że jest pole do dyskusji z uczniami.
Teraz swoich ulubionych audycji możesz słuchać dzięki nowej aplikacji na urządzenia mobilne!>>>

Co ma umieć uczeń po lekcjach historii? Według podstawy programowej - wskazać chronologię wydarzeń historycznych, potrafić analizować źródła historyczne i umieć "tworzyć narrację historyczną". Pytanie tylko, jak to się łączy z treściami, które uczeń poznaje na lekcjach historii. I to nie chronologią wydarzeń, lecz ich interpretacją. - Na pewno polityka historyczna morduje historię w wydaniu szkolnym. Ten przedmiot z trudem można nazwać historią. Historii w szkole po prostu nie ma - uważa dr Piotr Laskowski, nauczyciel historii.

Zdaniem gościa TOK FM, pojawiające się stereotypowo narzekanie, że kiedyś nauka historii wyglądała lepiej, jest niesłuszne. - Historia w szkołach jest taka sama - spełnia funkcję przede wszystkim ideologiczną. Przekazuje komunikat, że świat jest niezmienialny. W wydaniu polskim jest dodatkowo nasycona patriotycznym sosem: sens dziejów to powstanie wolnej Polski i od momentu, kiedy Polska jest wolna, nic nie może się zmienić - stwierdził historyk w audycji Hanny Zielińskiej.

W jego opinii takie przekazywanie historii, jak jest obecnie, prowadzi do "infantylizmu moralnego". - Pojawia się prostackie wartościowanie, że kto kocha ojczyznę i niepodległą Polskę, ten jest dobry. Kto jej nie kocha - jest zły. Ta historia szkolna nie daje uczniom i uczennicom żadnych narzędzi do mierzenia się ze światem. Nie niesie z sobą absolutnie fundamentalnej w myśleniu i prostej zarazem rzeczy: przekazu, że inni ludzie są... inni - stwierdził Laskowski.

Czego ma uczyć historia?

Podstawa programowa dostępna na stronach Ministerstwa Edukacji Narodowej dość sucho opisuje, co po każdym etapie kształcenia uczeń ma wiedzieć. Przeważnie są to fakty historyczne czy ich wpływ na przebieg wydarzeń - prawie zawsze wokół dużych wydarzeń historycznych. To jednak - zdaniem Laskowskiego - nie wyczerpuje tego, co uczniowie mogą wyciągnąć z lekcji historii.

- Historia daje nam dostęp do innych ludzi, i to nie tylko tych wielkich. To, co jest całkowicie nieobecne w programie historii Polski, to jest kondycja większości naszych przodków, którzy nie byli królami, hetmanami wielkimi koronnymi itd. W programie nie ma prawie w ogóle np. kobiet, nie ma też za dużo chłopów - wytykał w TOK FM nauczyciel. I podał konkretny przykład: 150-lecie zniesienia pańszczyzny.

- To było wydarzenie, które dotknęło ogromną większość ludzi w zaborze rosyjskim. Zniesienie pańszczyzny oznaczało wyjście z kondycji niewolniczej, skazania na darmową pracę na rzecz szlacheckiego pana. Na lekcji historii trzeba to powiedzieć. Problem w tym, że zostaje zamieszczone to w kluczu, gdzie ta informacja jest względnie nieważna - stwierdził gość Zielińskiej. I rzeczywiście - wg podstawy programowej, uczeń ma np.: "wyjaśniać cele i opisywać metody działań zaborców wobec mieszkańców ziem dawnej Rzeczypospolitej; charakteryzować i oceniać zróżnicowane postawy społeczeństwa wobec zaborców; porównywać warunki życia społeczeństwa w trzech zaborach w II połowie XIX w., uwzględniając możliwości prowadzenia działalności społecznej i rozwoju narodowego; przedstawiać główne nurty życia politycznego pod zaborami w końcu XIX w.".

Tylko czy nauczanie historii ma sens, jeżeli nie będzie oscylowało wokół "wielkich" wydarzeń historycznych? - Historia szkolna zatrzymała się na poziomie paradygmatu XIX-wiecznego - jest historią polityczno-militarną państwa i narodu - wytyka Laskowski i przywołuje słowa historyka Fernanda Braudela, według którego obecnie mamy do czynienia z historią zdarzeniową. - Czyli "pianą" historii. A powinniśmy zwracać uwagę chociażby na taką rzecz, jak rozwój kapitalizmu. Jak się zaczął, jak się zmienia - stwierdził nauczyciel.

"Szkoła jest potrzebna, ale do czegoś innego"

Z takim postrzeganiem nauczania historii nie zgadza się Małgorzata Szybalska z Departamentu Jakości Edukacji MEN. Jej zdaniem obowiązująca podstawa programowa wyczerpuje dużo z tego, o czym mówił Laskowski. - Porównując obecną podstawę programową nauczania historii z poprzednią, obszary, o których mówi dr Laskowski, są znacznie bardziej obecne. I to począwszy od klas 4-6, gdzie historia społeczna jest na pierwszym planie - odpowiadała Szybalska.

- W gimnazjum jest historia kultury i gospodarcza, a w liceum przedmiot historia i społeczeństwo ma właśnie charakter chronologiczno-problemowy. I można uczniów zapoznawać z powodzeniem z niepolitycznymi aspektami historii - dodała ekspertka MEN. Jednocześnie zaznaczyła, że prace nad obecną podstawą programową były związane ze spadkiem zainteresowania historią w szkołach. - W 2005 roku odsetek absolwentów, którzy przystępowali do matury z historii, wynosił 22 proc. W 2013 roku to już tylko 6 proc. - stwierdziła.

Szybalska dodała, że wraz ze zmieniającym się dostępem do wiedzy, zmieniać się musi rola nauczyciela w szkole i samej szkoły. - To, które wątki są akcentowane, które wydarzenia, które obszary - to wszystko obecnie zależy od nauczyciela. Jego rolą jest to, żeby zainteresować ucznia historią, pokazać różne perspektywy ocen wydarzeń historycznych. To rolą nauczyciela jest pomoc w zrozumieniu historii - zaznaczyła Szybalska w TOK FM.

- W mojej opinii ta podstawa programowa daje doskonałe narzędzia do tego, żeby uczyć samodzielności myślenia, tego krytycznego myślenia. Jestem tego przekonana - zadeklarowała gość Hanny Zielińskiej.