Sipowicz: Jestem zmęczony... boli mnie dusza. I mam jedno marzenie. Żeby chemia u mojej żony zadziałała

Wczoraj Kamil Sipowicz zamieścił na Facebooku oświadczenie, w którym przyznał, że Kora - jego żona - ma nowotwór. Później je usunął. Rozmawiamy o tym, dlaczego to zrobił, jak radzi sobie z sytuacją, czy wścieka się na paparazzi, którzy wdzierają się na onkologię.
"Czuły Barbarzyńca" na warszawskim Powiślu. Kamil Sipowicz przychodzi na spotkanie punktualnie. Ubrany cały na czarno, wydaje się dużo szczuplejszy niż jeszcze przed paroma miesiącami. - Nie mam wiele czasu, zaraz muszę lecieć - zastrzega krótko. Ma mocny uścisk dłoni, ale unika spojrzenia. Podpiera głowę obiema dłońmi, milczy, na chwilę zdejmuje okulary i przeciera oczy. Jakby chciał zebrać siły przed tą rozmową.

Angelika Swoboda: Przypomniała mi się "Paranoja jest goła" Maanamu. Pamięta pan? "Jestem taka zmęczona, boli mnie serce, boli mnie cała głowa"... Pan jest zmęczony?

Kamil Sipowicz: Jestem. Boli mnie serce, boli mnie dusza, wszystko mnie boli. Byłem właśnie u dentysty i to był nieprzyjemny zabieg. Ale daleki jestem od tego, żeby biadolić. Takie jest życie.

Jakie jest teraz pana życie? Telefony z kolorowych pism, paparazzi, maile ze wsparciem?

- Wszystko naraz. Dużo wyrazów wsparcia, listy, maile. Nawet, wie pani, nawet dzisiaj, parę minut temu, zaczepił mnie na ulicy obcy człowiek, mówiąc, że życzy mojej żonie powrotu do zdrowia. To bardzo miłe. Hejterzy też są, ale niewielu. Oczywiście ciągle dzwonią dziennikarze, łażą za nami paparazzi, wdzierają się nawet na onkologię, żeby zrobić zdjęcia. Zresztą niektórzy pielęgniarze nawet wydawali mi się z tego powodu zadowoleni. Cieszyli się, że na oddziale wreszcie się coś dzieje.

Próbował pan z tym walczyć?

- To bez sensu. Przecież nie zamkniemy oddziału. Co prawda napisaliśmy z prawnikiem pismo do "Faktu", ale zdaję sobie sprawę, że walka z paparazzi z gruntu jest skazana na niepowodzenie. Wielu jest wolnymi strzelcami. Zresztą, szkoda mi na to czasu.

Nie miał pan ochoty wyjechać, schować się?

- I to jaką. Chciałbym wyjechać gdzieś, gdzie jest ciepło, gdzie jest słońce. Ale teraz to niemożliwe, może na początku przyszłego roku? W tym, jak tylko Kora wyzdrowieje, wyjedziemy odpocząć do naszego domku na Mazurach. Tyle tylko, że i tam paparazzi już dotarli.

A upić się?

- Nie mogę, mam sporo na głowie. Wożę żonie obiady, jeździmy do szpitala. Poza tym cały czas tworzę. Jestem poetą, artystą. Jutro jadę do Krakowa, gdzie otwieram wystawę "Transmandale" w Małopolskim Ogrodzie Sztuki.

My w pewnym stopniu jesteśmy zahartowani, przyzwyczajeni, bo od lat towarzyszy nam zainteresowanie mediów. Nauczyliśmy się z tym żyć. Teraz jednak sytuacja jest wyjątkowo przykra i ciężka...

Wkurza pana to wszystko?

- Wkurza mnie to, że zamiast zajmować się żoną czy chwilę odpocząć w spokoju, muszę spotykać się z prawnikami, pisać pisma. Ale jak już mówiłem, nie biadolę. Mam świadomość, że takie są cienie bycia znanym. Przyjmuję spokojnie je z dobrodziejstwem inwentarza.

Ale w przypadku zespołu Złoty Maanam stracił pan cierpliwość. Nazwał pan zachowanie byłych członków zespołu założonego przez Korę i Marka Jackowskiego haniebnym.

- W 2008 roku zespół Maanam został zawieszony przez Korę i Marka. Potem Marek za pośrednictwem ich wspólnego syna, Mateusza Jackowskiego, proponował reaktywowanie zespołu. I były takie próby, ale Marek zmarł. Ci ludzie, którzy teraz chcą założyć zespół Złoty Maanam, nigdy nie byli do tego przez Marka uprawnieni. Dotarłem do zapisu rozmów, jakie toczyli. To zwyczajna hucpa na pieniądze!

Nie dość, że chcą zawłaszczyć znak towarowy zespołu Maanam, to jeszcze wzięli logo graficzne zespołu i małymi literkami dopisali "złoty". Oni mają swojego prawnika, my mamy kancelarię adwokacką Jarzynka i Wspólnicy oraz przedstawiciela Sony Publishing, który popiera nasze stanowisko. Znaleźli dziewczynę, która ma u nich śpiewać. Nie rozumiem, jak ona w tak podejrzanej prawnie i etycznie sytuacji może chcieć zaczynać karierę. I ona, i oni mogą śpiewać piosenki Maanamu, ale nie jako Maanam. Maanam, bez Kory i bez Marka, nie istnieje!

I to ta sprawa przelała czarę goryczy i sprowokowała pana do zamieszczenia na Facebooku oświadczenia? Po trzech godzinach pan je usunął...

- Napisałem je, bo prawnik tak mi doradził, ale szybko pożałowałem, że go posłuchałem. Zaczął się ogromny szum, więc usunąłem, żeby uspokoić to zamieszanie. Kora jest umówiona w niedzielę na nagrania do "Must Be The Music". Raz czuje się lepiej, raz gorzej, ale mam nadzieję, że wróci do pracy.

A może warto było takie oświadczenie wydać wcześniej? Na przykład w listopadzie, kiedy przed programem "Must Be The Music" Kora poprosiła fotografów, by nie robili jej zdjęć, bo jest chora. Może to by ucięło spekulacje, uspokoiło sytuację?

- Wtedy jednak nie przyszło nam to w ogóle do głowy, i to z bardzo prostego powodu. Kora sama nie wiedziała, co jej jest. Myślała, że to zwykłe problemy żołądkowe...

Potem okazało się, że to nowotwór...

- Tak. W tej chwili mam jedno marzenie. Żeby chemia u mojej żony zadziałała. To inwazyjne leczenie, człowiek się źle czuje. Oby przyniosła oczekiwane efekty.