Publicyści o "Resortowych dzieciach": Prześladować za grzechy rodziców? To faszystowsko-komunistyczna metoda

Dominika Wielowieyska i Wojciech Maziarski trzymają kciuki za Jacka Żakowskiego, który pozwał wydawnictwo "Fronda" za umieszczenie swojego zdjęcia na okładce książki "Resortowe dzieci". Wg dziennikarki "GW" publikacja to "głupawy atak, przygotowany przez dziennikarzy wątpliwej proweniencji zawodowej". Mocniejszych słów użył w TOK FM Maziarski. - To faszystowsko-komunistyczna metoda, by prześladować ludzi za grzechy rodziców - powiedział.
Według Dominiki Wielowieyskiej słynna już książka "Resortowe dzieci" to de facto lustracja rodzin bohaterów publikacji. - To jakiś rodzaj patologii, który opanował część naszego dziennikarstwa. Głupawy atak, przygotowany przez dziennikarzy wątpliwej proweniencji zawodowej - oceniała dziennikarka "Gazety Wyborczej" w "Poranka Radia TOK FM".

Dlatego nie zaskakuje, że Wielowieyska wspiera Jacka Żakowskiego w walce z wydawcą książki. Publicysta pozwał "Frondę". Domaga się zaklejenia swojego zdjęcia na okładce książki, przeprosin i 20 tys. zł. - Życzę Jackowi, żeby wygrał - mówiła Wielowieyska.

Faszystowsko-komunistyczne metody

Kciuki za Jacka Żakowskiego trzyma też Wojciech Maziarski. Jego zdaniem, "Resortowe dzieci" skrojono według dobrze znanych z przeszłości metod. - Powiedziałbym, że to faszystowsko-komunistyczna metoda, by tępić i prześladować ludzi za urojone lub rzeczywiste grzechy rodziców. Tak się działo np. w ZSRR, gdzie dzieci wrogów ludzi trafiały do sierocińca. Tę tradycję kontynuują autorzy tej książki - oceniał.

Ale przyznał, że publikacji Doroty Kani, Jerzego Targalskiego i Macieja Marosza nie czytał. Choć próbował. - Ale to jest tak źle napisane! Ta książka jest potwornie zła.

Maziarski nie ma wątpliwości co do intencji autorów "Resortowych dzieci". - Kiedy Jacek Żakowski postraszył prawnikami, to Dorota Kania się odsłoniła. Oświadczyła, że co prawda Żakowski nie miał rodziców w resorcie i sam nie służył, ale za to pisał takie rzeczy, że to skandal. Pokazała, że wybrała bohaterów książki według takiego klucza, czy pisali rzeczy, które jej odpowiadały, czy nie.

Zaangażowanie to błąd

Do tych, którzy słynnej książki nie przeczytali w całości, należy także Paweł Lisicki. Redaktora naczelnego tygodnika "Do Rzeczy" zaliczyć też można do grupy, która publikacją się nie zachwyca. Choć, jak mówił w TOK FM, są tam wątki warte uwagi.

Podstawowy zarzut, jaki postawił Lisicki, to zaangażowanie polityczne autorów. - Do jednego worka wrzuca się ludzi, którzy sami byli tajnymi współpracownikami, i tych, których rodzice, dziadkowie na różne sposoby dawnemu systemowi służyli. Kategoria "służyli" jest bardzo pojemna, bo mieści się w niej ten, kto po prostu był członkiem PZPR, ale też osoba, która była agentem, oficerem SB. W książce nie znajdują się osoby, którym można byłoby postawić podobne zarzuty, jeśli z punktu widzenia autorów znajdują się po właściwej stronie sporu politycznego - po stronie PiS.

Zdaniem Lisickiego przykładem intencji autorów "Resortowych dzieci" jest sposób opisania Marcina Mellera. - Znam go z czasów studiów. Był wtedy bardzo radykalnym działaczem antykomunistycznym. Bardziej radykalnym niż ja. A w tej książce pokazany jest wyłącznie przez pryzmat swojego ojca. A Stefan Meller też został przedstawiony wyłącznie z perspektywy tego, co robił jego ojciec, czyli dziadek Marcina Mellera. Moim zdaniem to przykład nadużycia - ocenił.

Nie wszystko warte potępienia

Ale Paweł Lisicki widzi też zalety. Bo, jak tłumaczył w "Poranku Radia TOK FM", książka wydana przez "Frondę" pokazuje, jak "niektóre środowiska były w dużym stopniu opanowane przez byłych agentów". - To wskazuje, niestety, na uwikłanie dużej części naszego środowiska w dawny system.

Więcej o: