Kilka ścieżek edukacji seksualnej? "To tak, jakbyśmy odmawiali wiedzy o teorii ewolucji"

- Edukacja seksualna to wiedza. Dzielenie jej na kilka ścieżek to tak, jakbyśmy uczyli różnych wersji wydarzeń historycznych lub odmawiali dzieciom wiedzy na temat teorii ewolucji - tak pomysł MEN komentuje dla TOK FM edukatorka seksualna Małgorzata Kot. - Edukacja seksualna często jest traktowana jako problem, który przerzuca się z rodziców na szkołę i na odwrót, a młodzież zostaje sama z tym i ponosi tego konsekwencje - podkreśla.
Zamiast jednego przedmiotu dla wszystkich będzie kilka ścieżek do wyboru - podobnie, jak np. z nauką religii i etyki. Jednym uczniom szkoła zaproponuje "konserwatywne" zajęcia o życiu w rodzinie, możliwe, że na nich prezerwatywy nie zobaczą, a z antykoncepcji poznają wyłącznie naturalne metody regulowania poczęcia. Na równoległych zajęciach ich koledzy z tej samej klasy dowiedzą się o różnych sposobach antykoncepcji, w tym: jak nakładać prezerwatywę. Jeszcze inni będą dodatkowo rozmawiać o homoseksualizmie lub o prawach kobiet. O sprawie pisze dzisiejsza "Gazeta Wyborcza".

Karolina Głowacka, TOK FM: Co pani na pomysł dwóch ścieżek edukacji seksualnej?

Małgorzata Kot, Grupa Edukatorów Seksualnych "Ponton": W tym pomyśle nie bierze się pod uwagę tego, że edukacja seksualna to wiedza. Dzielenie wiedzy na kilka ścieżek jest trochę bezsensowne, bo tak samo moglibyśmy uczyć różnych wersji wydarzeń historycznych lub odmawiać dzieciom wiedzy na temat teorii ewolucji. To nie o to chodzi.

Prowadzona całościowo edukacja seksualna przekazuje wiedzę w zakresie zdrowia reprodukcyjnego, dojrzewania, metod antykoncepcyjnych, seksualności i tożsamości młodego człowieka. Uczy nawiązywania odpowiedzialnych, zdrowych relacji, asertywności, tego, jak zapobiegać przemocy, w tym zagrożeniom ze strony nowych technologii takich jak cyberprzemoc, seksting. Dzielenie programu na dwie ścieżki pewnie doprowadziłoby do tego, że na tej ścieżce tzw. konserwatywnej dziecko dostawałoby wiedzę, która jest teraz na wychowaniu do życia w rodzinie, czyli mocno zideologizowaną i zawierającą stereotypy płciowe. Druga ścieżka, jak rozumiem, byłaby uzupełniona o wiedzę o antykoncepcji oraz istnieniu różnych orientacji seksualnych i praw kobiet. Wiedza przekazywana młodzieży powinna być zawarta w jednym, całościowym programie obowiązkowej edukacji seksualnej.

Inni powiedzą, że w edukacji seksualnej seks przedstawia się nie jako element uczucia, ale sprawę czysto mechaniczną.

- To nieprawda. Przekazywanie wiedzy o sprawach tzw. technicznych, czyli chociażby o tym, jak się zabezpieczać, to też jest element nauki o odpowiedzialnym podejmowaniu decyzji za siebie i partnera/partnerkę.

Wiele osób w ogóle nie przyjrzało się dokładniej sprawie edukacji seksualnej, która obejmuje wiedzę zarówno z zakresu biologii, jak i psychologii, a skupiło się na jednej kwestii - mówieniu o różnych metodach antykoncepcji. Nie zapominajmy, że seksualność jest po prostu elementem ludzkiego życia, o który trzeba dbać jak o każdy inny.

Różne ścieżki to różne grupy. Nie spowoduje to podziału wśród gimnazjalistów?

- Na pewno spowoduje problemy i podziały. Młodzież potrzebuje tej wiedzy, a nie ma skąd jej czerpać. Z naszych badań o stanie edukacji seksualnej w polskich domach i polskich szkołach, z pytań na telefonie zaufania grupy Ponton czy na forum wynika, że młodzież tej wiedzy nie dostaje niemal w ogóle. A jej potrzebuje i poszukuje. Najczęściej, niestety, oglądając pornografię.

Wprowadzanie takich dwóch ścieżek spowoduje, że część młodzieży nadal nie będzie dostawała niemal żadnej wiedzy czy informacje sprzeczne ze stanem wiedzy naukowej.

Nie pochwali pani chociaż trochę pani minister? Mówi, że chce ruszyć temat, który od lat jest w impasie.

- Oczywiście, że mówienie wprost o edukacji seksualnej to jest krok naprzód i wspieramy panią minister w działaniach na rzecz jej wprowadzenia w Polsce.

Ale mówienie o tym, że edukacja seksualna ma zależeć od woli rodziców, niestety, stoi w sprzeczności z naszymi doświadczeniami i tym, co młodzież mówi. Z badania Pontonu o edukacji w domach wynika, że w prawie połowie polskich domów o seksualności się nie rozmawia. Rodzice nie wiedzą, jak poruszyć ten temat, ponieważ jest trudny. A jeśli już rozmawiają, to najczęściej grożą, straszą i powielają stereotypy płciowe.

Edukacja seksualna jest traktowana często jako problem, który przerzuca się z rodziców na szkołę i na odwrót - tymczasem młodzież zostaje sama z tym, że nie przekazuje się jej wiedzy, i ponosi tego konsekwencje. Nie zapominajmy o tym, że dzieci i młodzież również posiadają prawa, w tym prawo do informacji, wiedzy o własnej seksualności, które to prawo obecnie się ogranicza.