Nie mogłam podejść do Adama i powiedzieć: "Chcę ci pomóc?. Ani podejść do jego ojca, uderzyć i zapytać go, czy ból jest fajny [LIST]

60 proc. Polaków akceptuje klapsy jako "wychowanie?. 37 proc. uważa, że poważniejsze "lanie? dziecku nie szkodzi - tak wynika z nowego raportu rzecznika praw dziecka. Dzisiaj publikujemy list, który napisała do nas czytelniczka Edyta*. Jest wstrząsający. I bardzo smutny. - Latami NIKT nie reagował. Potrzebna była osoba taka jak ja, kompletny laik, żeby ktokolwiek się zainteresował losem Adama - pisze Edyta*.
Kwestia przemocy domowej jest ignorowana przez osoby, które powinny się tym zajmować "z urzędu". Przekonałam się, że nawet jeżeli dziecko ma kontakt z osobami, które powinny być wyczulone na przemoc w domu, i zachowuje się jak typowa ofiara takiej przemocy, wcale nie oznacza to, że ktoś takiemu dziecku pomoże.

Sama jestem matką, mam 16-letnią córkę. Staram się wychowywać ją z poszanowaniem jej godności, choć nie będę udawać, że nigdy nie dostała ani jednego klapsa. Parę pojedynczych się zdarzyło, ale każdy uważam za mój błąd i za dowód mojej bezsilności wychowawczej, bo nie mam wątpliwości, że to nie jest metoda. Może dlatego reaguję właśnie tak, jak reaguję, i boli mnie, że są dzieci, których krzywdy nikt nie zauważa, choć one całymi sobą wołają o pomoc.

Zupełnym przypadkiem zetknęłam się z kolegą córki

Pewien czas temu, gdy córka jeszcze chodziła do poprzedniej szkoły, zupełnie przypadkiem zetknęłam się w szkole z jej kolegą. Krótkie spotkanie wystarczyło, by zasiać we mnie podejrzenie - chłopiec, nazwijmy go Adam, zachowywał się tak, jakby działa mu się krzywda. Wyglądem i zachowaniem odstawał od reszty kolegów, jego mowa ciała była jednoznaczna. Nie chodziło nawet o to, że był ubrany biednie i sprawiał wrażenie zaniedbanego. Najbardziej przeraziłam się, kiedy zobaczyłam go w towarzystwie rodziców. Był skulony, bał się odezwać słowem.

Do tego doszły inne sygnały, które pojedynczo mogłyby nic nie znaczyć. Na przykład częste urazy: a to przychodził do szkoły z zabandażowaną ręką, a to miał spuchnięty nos. Wiadomo, mógł się regularnie wdawać w bójki, ale wszystko razem wskazywało, że jednak przyczyna jest inna.

Zawiadamiałam i niewiele się działo

Instytucje, które próbowałam zainteresować jego sytuacją, pierwotnie nie działały zbyt zdecydowanie. Anonimowo zawiadomiłam MOPS. Podobno coś zaczęli robić, ale nie znam szczegółów. Szkoła ograniczyła się do zapytania rodziców Adama. Oczywiście, oni zdecydowanie zaprzeczyli, że w domu są jakiekolwiek problemy. Nie zgadzali się też na jakąkolwiek konsultację psychologiczną.

Wreszcie, gdy Adam po kłótni z moją córką popchnął ją tak mocno, że upadła i mocno się poobijała, udało mi się wymusić na szkole zorganizowanie spotkania z pedagogiem z poradni. Co się okazało? Adam przyznał się, że nie tylko on regularnie jest bity w domu i siniaki to dla niego właściwie codzienność. Rodzice, a przede wszystkim ojciec, pasem karzą też jego dwóch braci. Jeden z nich miał niespełna pięć lat. Wyszło też na jaw, że w rodzinie był poważny problem alkoholowy.

Nie mogłam uderzyć jego ojca i zapytać, czy ból jest fajny

Sprawa okazała się na tyle poważna, że została w nią zaangażowana prokuratura. Ujawnienie dramatu nie dało gwarancji na jego skuteczne rozwiązanie, ale stało się nadzieją dla tych dzieci, że jeszcze nie wszystko dla nich stracone, że jeszcze da się uratować je przed konsekwencjami przemocy w domu. Jeżeli nie jest już za późno.

Dzięki toczącemu się postępowaniu wiedziałam, czego doświadczają owe dzieci, ale jako osoba z zewnątrz udawałam, że o niczym nie wiem. Nie mogłam podejść do Adama i powiedzieć mu "Chcę ci pomóc", choć wiedziałam, że czuje się bardzo osamotniony - w domu i w szkole. Nie mogłam podejść do jego ojca pod szkołą, uderzyć go i zapytać, czy ból jest fajny - choć miałam na to ogromną ochotę. Nie mogłam zapomnieć o tym, że bił nawet bezbronnego kilkulatka.

NIKT nie zareagował

W tej sprawie wkurza mnie jeszcze jedno. Adam kłopoty miał od początku podstawówki. W tym czasie widziało go wielu pedagogów. NIKT nie zareagował. Potrzebna była osoba taka jak ja, kompletny laik, żeby ktokolwiek się zainteresował losem tego chłopca.

Widziałam go dwa razy i choć nie mam doświadczenia, uznałam, że coś jest nie tak. To, co wydarzyło się, jest efektem mojego osobistego zaangażowania i determinacji, bo osoby, które wydawać by się mogło, powinny być czujne i pomagać dzieciom w takiej sytuacji, mają to, proszę wybaczyć słownictwo, w dupie. System nawala, ale tylko dlatego, że nawalają ludzie. Jaki z tego wniosek? Skoro niewrażliwi są ludzie postawieni na takich stanowiskach, uwrażliwić powinniśmy się my - zwykli ludzie, sąsiedzi, rodzice kolegów ze szkoły.

*Imię zmienione, dane do wiadomości redakcji

Tutaj przeczytasz raport rzecznika praw dziecka >>

Chcesz podzielić się swoimi przeżyciami lub refleksjami? Napisz na adres anna.pawlowska@agora.pl

Więcej o: