"Rodzice sześciolatków chcą chyba perskich dywaników w szkołach! Wcześniej nie stawialiśmy takich warunków"[WYWIAD]

- Dziwi mnie, że niektórzy rodzice piszą do państwa Elbanowskich, a później dyrektorzy szkół odpowiadają w mediach, że problemy już rozwiązano. Przecież dużo prościej byłoby zażądać tych zmian bezpośrednio w szkole. Rodzice nie powinni czekać z założonymi rękami, aż ktoś usunie niedociągnięcia - mówi profesor pedagogiki Krzysztof Konarzewski w wywiadzie dla Gazeta.pl.
Anna Pawłowska, Gazeta.pl: Część rodziców podjęła walkę, by wycofać reformę obejmującą sześciolatki obowiązkiem szkolnym. Czego się obawiają i na ile te obawy są uzasadnione?

Krzysztof Konarzewski*: - Moje dziecko już dawno skończyło szkołę, więc trudno mi zrozumieć wszystkie obawy rodziców sześciolatków. Mam wrażenie, że niektórzy rodzice mówią: Poślemy dziecko do szkoły tylko wtedy, jeśli szkoła spełni bardzo wygórowane wymagania. Niektórzy chcieliby chyba pozłacanych klamek i perskich dywaników! W przeszłości nie stawialiśmy takich warunków. Edukacja jest dobrem dla wszystkich, więc także dla dziecka i jego rodziców. Nie rozumiem, skąd wziął się pomysł, że szkoła musi spełnić wyśrubowane wymagania, bo inaczej rodzice nie pozwolą swojemu dziecku korzystać z dobrodziejstwa nauki.

Rodzice mówią o przepełnionych świetlicach, braku miejsca w klasach, lekcjach odbywających się na korytarzu. To raczej problem braku spełnienia standardów, które miały być zagwarantowane, a nie wygórowanych wymagań.

- To prawda, czy to jednak znaczy, że rodzice powinni czekać z założonymi rękami, aż ktoś usunie niedociągnięcia? Jeżeli zależy mi na wykształceniu mojego dziecka, to sam rozglądam się po szkole i sprawdzam, czy wszystko jest jak należy. Jeśli stwierdzam, że tu jest brudno, tam ciemno, a gdzieś brakuje czegoś, co powinno być, to wraz z innymi rodzicami na zebraniu, które przecież musi być zorganizowane, żądam usunięcia tych niedociągnięć. Dlatego dziwi mnie, że niektórzy rodzice piszą do Legionowa do państwa Elbanowskich, oni przedstawiają w Sejmie swój raport, a później dyrektorzy szkół, na przykład ze Śląska, odpowiadają w mediach, że były pewne problemy, ale zostały już rozwiązane. Przecież dużo prościej byłoby zażądać tych zmian bezpośrednio w szkole.

Jeśli w szkole jest brudno i nie ma odpowiednich warunków do nauki, to jednak to, czy trafi do niej sześcio-, czy siedmioletnie dziecko, nie stanowi raczej dużej różnicy. Rodzice bardziej obawiają się jednak tego, czy sześciolatek w ogóle poradzi sobie w szkole. Czy rzeczywiście między 6. a 7. rokiem życia mamy do czynienia z jakimś przełomem w rozwoju dziecka?

- Dzieci intensywnie rozwijają się umysłowo, poczynając od piątego, a kończąc - mniej więcej - na ósmym roku życia. To rzeczywiście okres wielkich przeobrażeń. Nie ma jednak fundamentalnej różnicy między dzieckiem 6- a 7-letnim. To dzieci na bardzo podobnym etapie rozwoju, mają podobne potrzeby i możliwości umysłowe.

Które z wymagań wobec 7-latków rozpoczynających naukę w szkole mogą być problemem dla dzieci o rok młodszych?

- Oczywiście nie można dzieci w różnym wieku traktować dokładnie tak samo. Siedmiolatki są bardziej "odporne na dorosłych". Łatwiej im wytrzymać nudę, potrafią dłużej skoncentrować uwagę na zadaniu, które nie jest specjalnie porywające. Lepiej tolerują różne nieprzyjemne aspekty naszego świata. Sześciolatki chcą, by wszystko było bardzo ciekawe, niechętnie akceptują konieczność siedzenia w bezruchu i zajmowania się czymś, co ich nie interesuje. To są różnice ilościowe, a nie jakościowe. Dla nauczyciela jest bardzo ważne, żeby uświadomił sobie, że pracuje z dziećmi i młodszymi o rok od tych, do jakich jest przyzwyczajony. Nie wolno dać tym dzieciom serii nudnych ćwiczeń i zostawić nad książką. Ale to oczywiście nie oznacza, że sześciolatek nie może uczyć się w szkole. Tylko ta szkoła musi uwzględniać jego potrzeby.

A uwzględnia?

- Posłanie sześciolatków do szkoły jest okazją, żeby przypomnieć nauczycielom edukacji początkowej, jaka jest ich misja. A jest to przede wszystkim rozwijanie umysłu dziecka, a nie realizowanie jakiegoś programu i wypełnianie biurokratycznych norm. Więc jeśli nauczyciel widzi, że jego przekaz nie dociera do dziecka, to musi ten przekaz natychmiast zmienić - np. dać inne zadanie, podnieść dzieci z krzeseł, pozwolić dziecku położyć się, jeśli ma ochotę. I wtedy ta misja rozwijania umysłu dziecka ma szansę powodzenia.

Nauczyciele rzeczywiście są do tych zmian przygotowani?

- Myślę, że tak. Wiele elementów ich pracy się nie zmienia. Intelektualnie nauczyciele są przygotowani. Muszą się jeszcze przygotować mentalnie. Trzeba pamiętać, że panie nauczycielki, bo na tym etapie edukacji prawie nie ma mężczyzn, to często osoby w dość zaawansowanym wieku, które mają długi okres doświadczeń z siedmiolatkami. Chcą dobrze uczyć i nie chcą przecież skrzywdzić naszych dzieci. Trzeba im tylko uświadomić, że sześciolatki potrzebują trochę więcej cierpliwości, tolerancji i troski. I tyle. Poza tym szkoły się kurczą, dzieci jest mniej. To dobra okazja, żeby podziękować tym nauczycielom, którzy się nie sprawdzają.

Nauczyciele pracują na bazie podstawy programowej. Na ile to, czego uczy się w pierwszej klasie sześciolatek różni się od programu dla siedmiolatka?

- Akurat w tej sprawie MEN dobrze odrobiło lekcję. Podstawa dla pierwszej klasy została napisana na nowo. Jej założeniem jest, żeby wymagania programowe mogło bez trudu spełnić 80 procent sześciolatków. Dlatego nie ma ryzyka, że szkoła będzie krzywdzić sześciolatki, stawiając im wymagania, jakim nie mogą sprostać. Te 20 proc., którym materiał będzie sprawiał trudność, musi otrzymać pomoc. I szkoła jest na to przygotowana. Wiem, że ta podstawa programowa bywa krytykowana za to, że jest uproszczona i zredukowana i że od dzieci wymaga zbyt mało. Dla nauczyciela to jednak tylko punkt wyjścia, program minimum. Nauczyciel zawsze może go rozszerzyć, rozbudowując wybrane elementy, jeśli widzi, że dzieci tego potrzebują i że dobrze opanowały materiał podstawowy.

A dlaczego w ogóle dzieci miałyby zaczynać naukę szkolną akurat w wieku 6 lat? Co przemawia za wybraniem takiego właśnie momentu?

- Uczciwa odpowiedź brzmi: nie ma żadnych obiektywnych powodów, żeby to był akurat 6., 7. czy 8. rok życia. To zawsze dość arbitralnie wyznaczana granica. To, że w większości krajów dzieci zaczynają naukę mniej więcej w wieku 5-7 lat, wynika z doświadczenia, choć w konkretnych przypadkach przyczyny mogą być inne. Na przykład w Wielkiej Brytanii do szkoły idą pięciolatki. To pozostałość po czasach, gdy szkoła miała chronić dzieci przed drapieżnym, dziewiętnastowiecznym kapitalizmem i wykorzystywaniem ich do pracy. Ogólnie doświadczenia ponad stu lat, bo tyle ma edukacja w obecnym kształcie, pokazały, że mniej więcej taki okres życia jest dobry na rozpoczęcie nauki szkolnej.

Jeśli wiek 6 czy 7 lat wyznaczany jest arbitralnie, to dlaczego mielibyśmy go obniżać? Jak objęcie obowiązkiem szkolnym sześciolatków wpłynie na naszą szkołę?

- Przede wszystkim sporo dzieci nudzi się już w przedszkolu, są gotowe na to, by uczyć się czegoś nowego, mają bardzo chłonne umysły. Mam wrażenie, że szkoły boją się przede wszystkim rodzice, a nie same dzieci. One często są zaciekawione tym, co je czeka, i nie ma sensu trzymać ich rok dłużej w przedszkolu. Tak samo jak nie ma sensu za długo trzymać dzieci w szkole. To dobrze, że 18-latkowie będą zdawali maturę i przechodzili do następnego etapu. Są wystarczająco dojrzali.

Pojawienie się w szkołach sześciolatków rozwiązuje jeszcze jeden problem edukacji - gimnazjów. Teraz trafiają do nich trzynastolatki, a więc dzieci, które znajdują się w środku okresu dojrzewania. To najtrudniejszy wiek, są wtedy najbardziej zbuntowane i najtrudniej im się przystosować do zmian. W nowym systemie gimnazjum będą zaczynały 12-latki, a więc dzieci, u których okres dojrzewania dopiero się rozpoczyna. Są znacznie grzeczniejsze, łatwiej przystosowują się i chętniej uczą. Dzięki temu gimnazja zmienią się na lepsze.

*Krzysztof Konarzewski - profesor nauk humanistycznych w zakresie pedagogiki, nauczyciel akademicki