Strzelczyk o Halloween: "Jestem katolikiem, więc nie". Czyli szantaż "na wiarę"

Bezpowrotnie odeszły czasy, w których zwiastunem zbliżających się świąt były zmiany wystroju witryn sklepowych. Wystarczy mieć na Facebooku grupę "zatroskanych" katolickich znajomych, by dowiedzieć się, że nadchodzące z pierwszym dniem listopada święto już dawno przestało dotyczyć zmarłych.
Cyfrowe wydanie ''Tygodnika Powszechnego'' można kupić tutaj >>>

"Jestem katolikiem, nie obchodzę Halloween" - do takich stron i wydarzeń na Facebooku jestem zapraszany od dobrych kilku tygodni. Podobne strony mnożą się w ciągu roku tak często, jak często w głowach części katolików rodzi się potrzeba protestu. Pierwsze trzy słowa zawsze pozostają bez zmian. Dalszą część łatwo dorobić w zależności od obiektu protestu.

I tak możemy w ciągu roku spodziewać się zaproszenia na stronę "Jestem katolikiem, nie daję na WOŚP", "Jestem katolikiem, nie obchodzę amerykańskich walentynek". Po decyzji biskupów o możliwości zabawy w piątek jak grzyby po deszczu wyrastały strony "Jestem katolikiem, nie tańczę w piątek". Znalazłem nawet w internecie stronę "Jestem katolikiem, nie kupuję w IKEA".

Historia umacniania swojej wiary na podstawie doszukiwania się konfrontacji z otaczającym światem jest chyba tak długa, jak długa jest historia Kościoła. Był kiedyś na portalu Fronda.pl tekst, w którym autorka z uporem upominała "prawdziwych katolików", że nie powinni robić zakupów w sieci sklepów "Lewiatan", bo już sama nazwa może sugerować paktowanie z duchem nieczystym.

Sprawa, o której piszę, ma dwa wątki. Pierwszy dotyczy powszechnego dostrzegania wszędzie szatana. To skądinąd zaskakujące, że katolicy wolą szukać wokół siebie zła, a nie Boga.

Da się więc szatana wytropić w książkach i filmach. O złych gazetach, mediach i dziennikarzach już nie wspominam. Diabeł siedzi w jodze i ćwiczeniach gimnastycznych. Szatańską dla wielu praktyką jest medytacja chrześcijańska - bo bardziej buddyjska niż katolicka. Nie mogę oprzeć się przekonaniu, że te obawy wynikają z przekonania, że to, co katolickie, jest jedynie słuszne. Skąd się to bierze?

Mijają kolejne lata od wypowiedzi pewnego biskupa, który przekonywał, że katolik może głosować tylko na katolika. Strach pomyśleć, czy katolik może kibicować tylko katolickim drużynom piłkarskim i słuchać wyłącznie katolickiej muzyki.

Bałwan jako relikt pogański?

O popularności tematyki związanej z egzorcyzmem pisało już wielu i trudno wymyślić coś rewolucyjnego do dodania. Ksiądz Andrzej Draguła pisał kiedyś na swoim blogu, że wrażliwość na wszechogarniające zło może nawet doprowadzić do powszechnego protestu przeciwko budowie bałwanów śnieżnych. "Dopełnieniem sezonu będzie - niech tylko spadnie śnieg - lepienie bałwana. Jak podają słowniki, polski bałwan to inaczej bożek, a więc odpowiednik idola. Czy to tylko zbieżność nazw, czy może jakaś głębsza zależność semantyczna? Ja w tym widzę relikty dawnych kultów pogańskich, których przecież nie było bez lepienia bożków z czego się dało, a zimą dało się ze śniegu".

I dodaje ksiądz Draguła, którego o brak wiedzy posądzać nie można, że "doszukiwanie się satanistycznych intencji czy inklinacji u dzieci biegających z wydrążoną dynią to chyba jednak przesada. Komercyjny, przywieziony z Ameryki Halloween ma się tak do celtyckiego święta zmarłych (a nie złych duchów), jak tzw. mikołaj do św. Mikołaja, Gwiazdka do Bożego Narodzenia, a bałwan do pogańskiego bożka. Wszystkie te święta, zwyczaje czy obrzędy tracą swoją - jeśli można tak powiedzieć - moc wraz z utratą znaczenia. Wszystko bowiem zależy od tego, z jaką co robimy intencją".

Po drugie natomiast, rzecz dotyczy tej niczym nieskrywanej troski katolików, którzy bardziej od przekazywania wiary wolą ją porządkować.

Gdy tylko widzę zaproszenie do strony "Jeśli jesteś katolikiem, to...", od razu nabieram czerwonych kolorów. Kiedyś na przystanku Woodstock jadłem - przepyszne skądinąd, bo wegetariańskie - danie przygotowywane przez wyznawców Hare Kryszna. Kto był na Woodstocku, ten wie, że to najtańszy i najsmaczniejszy przystanek na kulinarnej mapie pola namiotowego. Maszerując z jedzeniem, natrafiłem na swoich katolickich przyjaciół w sutannach, którzy w ostentacyjny sposób dali mi do zrozumienia, że jestem już po drugiej stronie chrześcijańskiej mocy.

- Nie wiesz, że oni do tego jedzenia dodają jakieś specjalne specyfiki, żeby przeciągać i nawracać na swoją wiarę!? Wyrzuć to! - krzyczeli w duchu ewangelicznego upomnienia. Nic więc nie widać w tych zatroskanych działaniach, jak tylko wysublimowaną wersję szantażu.

"Zamiast zastanowić się nad istotą śmierci, wolimy mówić: dynia to zło"

"Jeśli jesteś katolikiem to..." stawia mnie pod ścianą. Nie widzę w wydrążonej dyni szatana, a jestem katolikiem. Nie bawię się w nią raczej z przyczyn estetycznych niż religijnych. Kiedy jednak ktoś szantażuje "na katolika", zaczynam nosić się z zamiarem podjęcia rękawic i pokochania Halloween. Może trochę na przekór.

Szkoda jeszcze jednej ważnej rzeczy. W tym porządkowaniu wiary innych chyba ucieka nam istota katolickiego święta. To nie otaczający nas świat widzi problem w dyni. To my - wielu katolików - zamiast przekonywać, że warto zastanowić się nad istotą śmierci, wolimi przekonywać, że dynia to zło. Pewnie przeszłoby bez echa robienie ze Wszystkich Świętych popkulturowej papki, gdyby nie stojący na straży katolicy, którym w końcu "nie jest wszystko jedno".

Śródtytuły pochodzą od redakcji.

Tekst pochodzi z bloga #FollowJezus. Autor jest dziennikarzem "Tygodnika Powszechnego" >>>

Więcej o: