Poseł PiS: W referendum przegrała demokracja. Pogwałcono wiele zasad

- Jako PiS zrobiliśmy wszystko, by do urn poszło jak najwięcej zwolenników naszej partii. Myślę, że nawet uratowaliśmy to referendum - mówił w Poranku Radia TOK FM Mariusz Antoni Kamiński, poseł PiS. Przyznał jednak, że nie jest zadowolony z przebiegu kampanii. - Tu przegrała demokracja i to, w jakich warunkach odbywało się to referendum. Pogwałcono wiele zasad demokratycznych - podkreślił.
W zakończonym wczoraj referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz frekwencja najpewniej nie przekroczyła wymaganego progu. Oznacza to, że referendum nie jest wiążące, a prezydent Warszawy zachowa stanowisko.

"Zwycięstwo o włos", "Tu nie ma wygranych", "Bardzo dobry wynik PiS" [KOMENTARZE PO REFERENDUM] >>>

Gościem Dominiki Wielowieyskiej w Poranku Radia TOK FM był Mariusz Antoni Kamiński, poseł PiS. - Porażka w Warszawie? - pytała dziennikarka. - Nie, zdecydowanie nie. Nie uważam, że można tu mówić o porażce jakiejkolwiek partii politycznej czy stowarzyszenia, bo uczestniczyło ich zbyt dużo. Na pewno też nie jest to zwycięstwo Platformy Obywatelskiej ani Hanny Gronkiewicz-Waltz. Frekwencja była bardzo bliska, żeby ją odwołać - wskazywał parlamentarzysta.

"Uratowaliśmy to referendum"

- Mam poczucie dobrze wykonanej pracy - dodał Kamiński. - Jako PiS zrobiliśmy wszystko, by do urn poszło jak najwięcej zwolenników naszej partii. Myślę, że nawet uratowaliśmy to referendum. W pewnym momencie brakowało podpisów, pan Guział poprosił wszystkie partie o pomoc - mówił poseł, przypominając, że jego partia zebrała 50 tys. podpisów. - Zaraz po zebraniu podpisów zupełnie nie mówiło się o referendum. Kiedy PiS włączył się w kampanię, temat wrócił. A gdyby każda partia zrobiła tyle w kampanii co PiS, frekwencja byłaby dużo, dużo wyższa - zaznaczył Kamiński.

"Wielu urzędników zostało sterroryzowanych"

Poseł mówił o wielu patologiach podczas referendum. - Wielu urzędników zostało sterroryzowanych. Mówiło się, że jest jawny nacisk z góry, by nie iść na referendum - mówił Kamiński. Jego zdaniem urzędnicy bali się zwolnień w odwecie za uczestnictwo w wyborach. - Tak wygląda lokalna scena polityczna w Polsce - wskazywał.

Na pytanie Wielowieyskiej, czy ma dowody na swoje twierdzenia, odparł: - Nie chcemy szkodzić ludziom, nie chcemy podawać konkretnych ludzi, metod zastraszania. Obiecuję, że jeśli będzie jeden przykład, że ktokolwiek z urzędników poszedł na te wybory i został zwolniony, nie tylko to nagłośnimy, ale zgłosimy to do prokuratury - zapowiedział parlamentarzysta.

"Pogwałcono wiele zasad demokratycznych"

Za błąd Kamiński uznał taktykę SLD. - Zapłacą za sojusz z PO - podkreślił gość Poranka Radia TOK FM. - Przynajmniej są w obozie tych, którzy nie przegrali - przyznała Wielowieyska.

- Nie ma takiego obozu. Tu przegrała demokracja i to, w jakich warunkach odbywało się to referendum. Mówię to z przykrością jako polityk i konstytucjonalista, ale wiele zasad demokratycznych pogwałcono. Władze najwyższe nie powinny angażować się w referenda lokalne, tym razem prezydent powiedział: "Nie idźcie na referendum, zostańcie w domu". Uczyniono z tego referendum jawne - mówił Kamiński.

"Kaczyński przeprosił za swoje słowa, uderzył się w pierś"

Wielowieyska przypomniała jednak, że jeszcze w 2010 roku Jarosław Kaczyński apelował, by nie iść na referendum w Łodzi, gdzie ostatecznie odwołano prezydenta Jerzego Kropiwnickiego. - Nie można teraz atakować za łamanie standardów demokracji, skoro robiło się to trzy lata temu - mówiła Wielowieyska.

- Tych dwóch rzeczy nie można porównać. Jest olbrzymia różnica między liderem partii opozycyjnej a prezydentem Rzeczypospolitej - przekonywał Kamiński. - Kaczyński przeprosił za swoje słowa, uderzył się w pierś. Wątpię, czy na takie coś byłoby stać Donalda Tuska czy prezydenta Komorowskiego - mówił poseł.