Związkowcy zwinęli transparenty i... nic. "Zerowy sens polityczny". "Naczytali się prawicowych pisemek"

- Sens polityczny tych protestów jest zerowy - mówił w Poranku Radia TOK FM Adam Szostkiewicz z "Polityki" o niedawnych demonstracjach związkowych w stolicy. Janina Paradowska dziwiła się zachwytami nad tym, że nie zdemolowano miasta. - Dobrze, że nie było burd, ale źle, że nie było sensownej kontynuacji - przyznał prof. Radosław Markowski z PAN. Wątpliwe, by protesty zaowocowały choćby rozmowami z rządem.
- Po ubiegłotygodniowych protestach związkowców wzruszyła mnie naiwność komentatorów, że odbędą się rozmowy. Wzruszył mnie też zachwyt nad sprawnością manifestacji - mówiła w Poranku Radia TOK FM Janina Paradowska. - Fakt, że nie wyrwano kamieni, nikogo nie pobito, nie zdemolowano sklepów, nagle okazał się gigantycznym sukcesem. Czy w ubiegłą sobotę stał się cud? - pytała publicystów.

- Żadnych rozmów nie będzie - przyznał Adam Szostkiewicz z "Polityki". - Zachwycanie się demonstracją, bo miała spokojny przebieg, jest surrealistyczne - dodał publicysta, choć jego zdaniem brak burd należy jednak uznać za dobry znak. - Oni nie usiądą do negocjacji, bo usiłują skanalizować protest - zaznaczył Paweł Wroński z "Gazety Wyborczej". - Te demonstracje wynikają z tego, że liderzy związkowi czytają zbyt dużo prawicowych gazetek, z których wynika, że rząd jest na granicy upadku. Postanowili go lekko pchnąć, myśląc, że zaraz się przewróci - tłumaczył dziennikarz.

"Sens polityczny zerowy"

- Sens polityczny tych protestów jest zerowy - ocenił Szostkiewicz. - Nic się nie wydarzyło, nic się nie zmieniło. Robienie z przedstawicieli związków zawodowych wielkiej, znaczącej i reprezentatywnej części opinii publicznej jest nieporozumieniem. Często zapominamy, że to reprezentanci grupy interesów - mówił publicysta "Polityki".

Tłumaczył, że polska gospodarka jest w większości w rękach prywatnych. Tymczasem demonstranci reprezentują przede wszystkim sektor publiczny. - Wszędzie z mocy prawa są delegaci załóg pracowniczych, także w firmach niepaństwowych. Oni są demokratycznie wybierani przez środowisko pracownicze. To są prawdziwi reprezentanci, z nimi nikt nie rozmawia - zauważył.

Zdaniem prof. Radosława Markowskiego, politologa z PAN i SWPS, związkowcy reprezentują tę część gospodarki, która jest podtrzymywana za pośrednictwem budżetu przez sektory, w których obowiązuje elastyczny czas pracy, a "ludzie tyrają 16 godz. dziennie".

"Dobrze, że nie było burd, ale źle, że nie było sensownej kontynuacji"

- Nie lekceważyłbym tego, że ludzie wyszli na ulice. Ale zastanawiające jest, że nie chcą mieć sensownej kontynuacji - mówił prof. Markowski. - Dla niej nie ma innego miejsca niż konstytucyjnie zapisana Komisja Trójstronna - dodał politolog. - Ja nie mam awersji do związków zawodowych. Mam awersję do takich związków zawodowych, które nie są skłonne opracowywać dalekosiężnych planów, mieć pewnej wizji, brać odpowiedzialności za pewne uzgodnienia - zaznaczył prof. Markowski. - Dobrze, że nie było burd, ale źle, że nie było sensownej kontynuacji - podsumował.

Protesty obnażyły słabość związków zawodowych [BLOG] >>>

Paradowska wskazywała jeszcze na zaskakująco ciepłe przyjęcie protestów przez polityków. Jej zdaniem jedynie Jan Krzysztof Bielecki odważył się skrytykować związkowców. Bo nie będzie już startował w żadnych wyborach. - Poziom lizusostwa polityków, obrzydliwej hipokryzji przekroczył wszelkie granice. - To zachwyt polityków nad umiejętnością mobilizacji - zauważył Wroński. Jego zdaniem żadna polska partia polityczna bez wsparcia innych środowisk nie jest w stanie zmobilizować 100 tys. demonstrantów.

"Trudno ganić termometr za pokazywanie temperatury"

- Ta masa wzbudziła zdziwienie i uznanie - podkreślił Wroński. - Być może w polskim społeczeństwie jest odruch frustracji wyrażającej się w tym proteście. Trudno ganić termometr za to, że pokazuje pewną temperaturę - zakończył dziennikarz "Gazety Wyborczej".



Więcej o: