"Wzorcowa reakcja papieża na możliwą pedofilię w Kościele"

W ostatnich tygodniach cały świat obiegła wiadomość: papież odwołał ze stanowiska nuncjusza apostolskiego w Dominikanie. Uzasadnienie było mocne: poważne oskarżenia o pedofilię. Czy oznacza to, że arcybiskupowi Józefowi Wesołowskiemu już udowodniono popełnienie przestępstwa? Otóż nie, dochodzenie dopiero trwa. Mimo to Franciszek i tak w trybie natychmiastowym watykańskiego dyplomatę usunął ze stanowiska.
W czwartek 12 września z Watykanu przyszło wyjaśnienie w tej sprawie, które pozwala zrekonstruować kolejność zdarzeń. Najpierw pojawiły się doniesienia medialne. Lokalna telewizja wyemitowała reportaż, w którym pokazała watykańskiego dyplomatę, gdy odwiedzał miejsca w stolicy kraju znane z prostytucji nieletnich.

Co się wydarzyło?

W lipcu tego roku medialnymi oskarżeniami zainteresował się kard. Nicolás de Jes s López Rodriguez, arcybiskup stolicy kraju Santo Domingo. Po krótkim rozeznaniu uznał on, że oskarżenia są prawdopodobne i wymagają wyjaśnienia. Zdecydował osobiście wybrać się do Watykanu, by kwestię przekazać papieżowi. - Zebrałem pewne poufne informacje, ale poza tym nie mam żadnych dowodów. Osąd należy do Stolicy Apostolskiej - zaznaczył hierarcha. Jego spotkanie z Franciszkiem miało miejsce pod koniec lipca, tuż przed podróżą papieską do Brazylii.

- W rezultacie Sekretariat Stanu [który odpowiada za dyplomację Watykanu - przyp. KS] podjął szybką interwencję na początku sierpnia, tuż po powrocie papieża z podróży do Brazylii, wzywając nuncjusza, odwołując go ze stanowiska i wszczynając dochodzenie powierzone Kongregacji Nauki Wiary - wyjaśnił rzecznik prasowy Stolicy Apostolskiej ks. Federico Lombardi.

Oficjalne odwołanie abp. Wesołowskiego nastąpiło 21 sierpnia. Również w sierpniu Sekretariat Stanu powiadomił władze Republiki Dominikańskiej, że Watykan będzie z nią w pełni współpracował. - Odwołanie nuncjusza nie oznacza więc w żadnym wypadku zamiaru pomocy w uniknięciu przez niego odpowiedzialności za to, co zostanie ewentualnie stwierdzone - powiedział ks. Lombardi. Na początku września swoje niezależne postępowanie wszczęła prokuratura Dominikany.

Znamienne działanie papieża

W skrócie rzecz ujmując, najprawdopodobniej kolejność zdarzeń była następująca: medialne doniesienia, rozeznanie sprawy przez arcybiskupa ordynariusza miejsca, doniesienie do papieża, przekazanie przez papieża sprawy Sekretariatowi Stanu, który natychmiast odwołuje nuncjusza, Kongregacja Nauki Wiary wszczyna dochodzenie, lokalna prokuratura rozpoczyna swoje postępowanie. Pomiędzy poinformowaniem papieża a odwołaniem dyplomaty mija mniej niż miesiąc.

Warto wspomnieć, że kard. López Rodriguez z Santo Domingo wykazał się tak godnym pochwały działaniem nie dlatego, że sam wpadł na taki pomysł, ale zwyczajnie zastosował się do obowiązującego w Kościele od 2001 roku nakazu: "Za każdym razem, gdy ordynariusz lub hierarcha otrzymuje wiadomość, przynajmniej prawdopodobną, o najcięższym przestępstwie, po przeprowadzeniu wstępnego dochodzenia powiadamia o tym Kongregację Nauki Wiary" (Normae de gravioribus delictis). Natomiast fakt, że papież zdecydował się na odwołanie abp. Wesołowskiego ze stanowiska przed zakończeniem dochodzenia (albo wręcz przed rozpoczęciem faktycznego śledztwa), czyli zanim winę hierarchy udowodniono, jest działaniem niezwykle znamiennym.

Wzór postępowania?

Naturalnie w tym konkretnym przypadku czy może w jakimś innym natychmiastowe usunięcie duchownego ze stanowiska może wydawać się zbyt pochopne. Przecież pewności co do winy na tym etapie nie ma. Możliwa jest sytuacja, w której następuje odwołanie, a po jakimś czasie okazuje się, że zarzuty były bezpodstawne. Takie ryzyko zawsze istnieje. Pojawia się dylemat: czy odwoływać oskarżonego, ryzykując, że okaże się niewinnym, a jego godność naruszona, czy też czekać, aż postępowanie dowodowe pokaże bezdyskusyjną winę lub niewinność, ryzykując, że oskarżony nadal może dopuszczać się czynów niegodnych, krzywdząc dzieci i szkodząc Kościołowi. Obecny papież zdecydował się na podjęcie ryzyka wobec podległego mu arcybiskupa.

Opisana sytuacja - choć niezwykle bolesna - ma szansę stać się wzorem postępowania w przypadkach oskarżeń o pedofilię kierowanych wobec duchownych. Oby z tego wzoru nie trzeba było korzystać u nas w Polsce. Ale jeśli podobne zarzuty by się w przyszłości pojawiły - nieważne, czy po adresem zwykłego księdza, proboszcza, czy biskupa - trzeba patrzeć na małą Dominikanę i wielkiego Franciszka.

*Konrad Sawicki - publicysta, teolog, redaktor kwartalnika "Więź"; śródtytuły pochodzą od redakcji

Tekst pochodzi ze strony Laboratorium WIĘZI

Więcej o: