"Ukończyłem prywatną podstawówkę. Chodziły tam dzieci ministrów, gangsterów, czołowych biznesmenów..." [LIST CZYTELNIKA]

Nie jestem jeszcze nawet ojcem. Wiem jednak, że kiedy nim zostanę, moje dziecko nie trafi do niepublicznej szkoły wcześniej niż na poziomie liceum. Szkoła to coś więcej niż edukacja, a złote klatki po piętnastu uczniów nikogo jeszcze nie nauczyły życia - napisał do nas czytelnik Aleksander, zabierając głos na temat dyskusji dotyczącej szkół w Polsce.
Po lekturze Pani tekstu postanowiłem napisać kilka słów o swoich przygodach z prywatną edukacją. Ukończyłem prywatną szkołę podstawową, do której uczęszczali znani i lubiani, dzieci ministrów, gangsterów i czołowych biznesmenów w ówczesnych czasach. Mieszanka iście śmietankowa z dużą domieszką polskich złotych imprez w basenach, urodzin w restauracjach wynajmowanych w całości i różnych innych głupot, które wpadały do głowy dzieciom i ich rodzicom.

Pomimo znaczących różnic w majętności poszczególnych uczniów, w klasie praktycznie nie było konfliktów. Bardzo aktywnie przyczyniła się do tego nasza wychowawczyni, która prześladowała nas tak mocno, że dosłownie scementowała wszystkich przeciwko sobie. W sumie, biorąc pod uwagę wszystkie czynniki, była z nas banda zupełnie normalnych dzieciaków.

Dzieci były w porządku, gorzej z rodzicami

Trudno byłoby powiedzieć to samo o ich rodzicach. Wywiadówki były z reguły pokazem różnych wynaturzeń w zależności od tego, co akurat rodzicom przyszło do głowy. Czasem szkołę trzepali borowcy, a czasem turecki oddział szturmowy z bronią automatyczną. Raz jedna z matek (persona w jakiejś korporacji medycznej, nie pamiętam już której) zrobiła awanturę, że poprzedniej wywiadówki nie przełożono o tydzień, bo była w delegacji i groziła, że doprowadzi do zamknięcia szkoły, jeśli wychowawczyni nie zostanie wyrzucona ze szkoły.

Znów innym razem żona ówczesnego ministra kultury przeforsowała przemalowanie klasy (a byliśmy wtedy już bodaj w szóstej albo siódmej klasie) w jakieś szlaczki i stópki, żeby podnieść nas na duchu w codziennych zmaganiach z edukacją. W szkole cyrk zaczynał się dopiero po 17, kiedy teren opuszczały dzieci i za biurkami zasiadali rodzice.

Wielu poległo na egzaminach

Na koniec ośmioletniego jeszcze wtedy procesu wtłaczania wiedzy rozpoczął się etap egzaminów do liceum. Wbrew oczekiwaniom moich rodziców, którzy ponieśli wiele wyrzeczeń, żeby utrzymać mnie w tej szkole, pierwsze koty za płoty wypadły marnie. Pomimo czerwonych pasków, wyróżnień i mnóstwa czasu spędzonego w szkole nie dostałem się do żadnego z wtedy najbardziej renomowanych liceów prywatnych (m.in. Nowowiejskiej i Bednarskiej), i to wcale nie o włos.

Powiedziałbym, że w przypadku Bednarskiej poniosłem klęskę tak spektakularną, że do dziś pieką mnie uszy na samą myśl. Z testu ogólnego, testu z polskiego i testu z matematyki uzyskałem sumę ocen na poziomie osiem, przy czym test ogólny odpowiadał za sześć ósmych oceny. Straszne.

"W pana edukacji zieje dziura wielkości roku szkolnego"

Wtedy do akcji wkroczyli moi rodzice. Komputer został na wszelki wypadek wyniesiony z domu i zaczęły się mordercze korepetycje. Praktycznie codziennie od świtu do nocy siedziałem z nosem w książkach, a korepetytorzy załamywali ręce, twierdząc, że w mojej edukacji zieje dziura wielkości roku szkolnego. Ten los spotkał nie tylko mnie. Pozostali młodzi, zdolni i ambitni również nie oświecili swoimi wynikami warszawskich liceów.

Większość z nich miała problem ze zdaniem nawet do liceum w tej samej szkole. Część wyjechała do zagranicznych, prywatnych szkół, a część przeniosła się do szkół publicznych, z reguły gdzieś w swoich rejonach.

Dwie szkoły niepubliczne, dwa różne światy

Na szczęście mnie udało się dostać, tym razem śpiewająco, do bardzo renomowanego katolickiego liceum, w którym spędziłem kolejne cztery lata. Szkoła była również niepubliczna, płatna i stosunkowo droga, ale pod względem edukacji różniła się od podstawówki całkowicie. Poziom nauczania był szalenie wysoki, nauczyciele wymagający, a rodzice raczej spokojni, chociaż po pierwszym i drugim roku doprowadzili do zmiany wychowawców.

Z dzisiejszej perspektywy oceniam, że słusznie. Szkoła nie pozwalała na żadne wybryki, uczniowie byli usuwani za pierwszy wyskok (na szczęście dla mnie uczyniono wyjątek po bójce w sali gimnastycznej), nie było mowy o jakichkolwiek używkach, szaleństwach czy choćby widocznej biżuterii jak kolczyki w nosie. Panowała powszechna atmosfera szacunku, zasady znali wszyscy i były przestrzegane bezwzględnie, również na korzyść uczniów. Gdy mój rocznik ukończył liceum, trzydziestu dziewięciu z czterdziestu uczniów dostało się na studia, w tym niemal wszyscy na studia dzienne, a szkoła wylądowała na pierwszym miejscu rankingu polskich szkół niepublicznych.

Niepubliczność o niczym nie świadczy

Wniosek z tego taki, że "niepubliczność" nie oznacza nic ponad to, że szkoła jest płatna. Nie przekłada się ani na poziom nauczania ani na liczbę zajęć dodatkowych. Faktem jest, że klasy są z reguły mniejsze, co pozwala nauczycielom lepiej pracować z poszczególnymi uczniami, ale nie zawsze chce im się to robić, co dobitnie pokazał przykład mojej podstawówki.

Z reguły takie szkoły inwestują w nazwiska, np. moją nauczycielką matematyki w podstawówce była autorka podręczników do matematyki, z których uczyła się polska młodzież, a w liceum zajęcia z matematyki i informatyki prowadzili wykładowcy z Uniwersytetu Warszawskiego. Nie oznacza to jednakowoż, że poziom nauczania będzie zasadniczo wyższy, ani tym bardziej tego, że takie znane nazwisko przełoży się na lepszy kontakt z uczniami. Matematyk w liceum został przez rodziców odstrzelony w pierwszej kolejności...

"Złote klatki nikogo jeszcze nie nauczyli..."

Chciałoby się powiedzieć na koniec, że dziś sam jestem dziadkiem, ale nie jestem jeszcze nawet ojcem. Wiem jednak, że kiedy nim zostanę, moje dziecko w żadnym wypadku nie trafi do niepublicznej szkoły prędzej niż do liceum. Szkoła to coś więcej niż edukacja, a złote klatki po piętnastu uczniów nikogo jeszcze nie nauczyły życia. Ja bardzo boleśnie uczyłem się go w przyspieszonym trybie w liceum i nie życzę tego nikomu.

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Masz telefon z Androidem? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE! Najważniejsze informacje codziennie, na żywo w Twoim telefonie!

Więcej o: