"Solidarność" płaci za udział w pikietach? "Chciałabym wiedzieć, jaki jest koszt jednego manifestanta"

"Gazeta Wyborcza" ujawnia, że pieniądze ze zbiórki na ratowanie Stoczni Gdańskiej przeznaczono na bezzwrotne pożyczki dla członków "Solidarności". Ich wypłatę uzależniano od udziału w związkowych pikietach. - Ludzie jeżdżą na manifestacje dlatego, że dostają pieniądze. To pokazuje, w jaki sposób "Solidarność" organizuje protesty społeczne - komentowała w Poranku Radia TOK FM Dominika Wielowieyska.
W 1997 roku, kiedy upadała Stocznia Gdańska, "Solidarność" zorganizowała zbiórkę na jej ratowanie. Uzbierało się 5,3 mln zł i kiedy stoczni nie udało się uratować, pieniądze wróciły do związkowców. Przez lata nie wiadomo było, co się z nimi działo. "Gazeta Wyborcza" ujawnia, że finansowano z nich zapomogi, umarzane pożyczki, zasiłki i świąteczne paczki dla członków związku. Płacono również za samo wstąpienie do "Solidarności". - Chciałeś chwilówkę? Trzeba było pokazać się na wiecu, a najlepiej pojechać na manifestację - mówi "Gazecie Wyborczej" jeden ze stoczniowców. Okazuje się, że gdańska "Solidarność" niezwykle aktywnie uczestniczyła w akcjach strajkowych w całym kraju.

"Chciałabym wiedzieć, jaki jest koszt jednego manifestanta"

- Możemy się przyjrzeć, jak są organizowane pikiety "Solidarności" - komentowała w Poranku Radia TOK FM Dominika Wielowieyska. - Wynika z tego, że ludzie w dużej mierze jeżdżą na te manifestacje, palenie opon i inne atrakcje w stolicy właśnie dlatego, że dostają pieniądze. To pokazuje, w jaki sposób "Solidarność" organizuje protesty społeczne. Czy one są motywowane rzeczywiście niezadowoleniem pracowników i głęboką frustracją, czy może jednak tym, że za wyjazd na manifestację dostaje się pieniądze - mówiła dziennikarka "Gazety Wyborczej".

- Przewodniczący Piotr Duda powinien ujawnić, ile pieniędzy manifestanci dostaną za protesty zapowiadane na jesień - stwierdziła Wielowieyska. - Chciałabym wiedzieć, jaki jest koszt jednego manifestanta. Wtedy będziemy mieć jasny obraz sytuacji - mówiła.

- Myślę, że jak się okaże, że za udział w manifestacji można dostać pieniądze, zgłoszą się tłumy chętnych. Bo kto by nie chciał zarobić na takiej wycieczce do Warszawy? - zastanawiała się Wielowieyska.

Więcej o finansach gdańskiej "Solidarności" przeczytasz w "Gazecie Wyborczej".