"Nasi rodzice nie mieli pampersów i słoiczków, ale dawali radę. A my robimy z ojcostwa próbę ognia" [NARODZINY OJCA]

"Ojcostwo pokazuje się jako ciężką próbę. A przecież jest tyle materiałów, wiedzy, faktów. Chyba tylko naiwny przyszły ojciec musi się narodzić tuż po porodzie swojego pierwszego dziecka" - napisał nasz czytelnik. To kolejna odsłona naszego cyklu "Narodziny ojca".
Cykl materiałów "Narodziny Ojca" rozpoczęliśmy rozmową z Grześkiem, który ojcem został jako dwudziestolatek i bardzo szybko musiał odnaleźć się w nowej roli. - Nieważne, czy ma się lat 20, czy 30. Nigdy nie jest się gotowym na bycie ojcem - napisał w liście do redakcji nasz czytelnik. Dziś publikujemy list ojca, który uważa zupełnie inaczej.

Robimy z ojcostwa ciężką próbę ognia

"Czytając ten cykl, byłem zdumiony. Zacznę od pytania: czy nasze matki miały lżej, czy były gotowe na rodzicielstwo i czy realia, w jakich żyły, wspomagały w tych pierwszych "trudnych" miesiącach?

Mam 32 lata i od półtora roku wychowuję "sam" mojego 2-letniego syna. Ustaliliśmy z żoną, iż damy naszemu dziecku pierwsze lata pod rodzicielskim skrzydłem. I tak oto po czynnych zawodowo pięciu latach wylądowałem w domu z malcem.

Odnoszę wrażenie, że cały temat ojcostwa przybrał tutaj wariant swego rodzaju ciężkiej próby ognia. A przecież wystarczy się rozejrzeć dookoła i mało kto dziś ma dzieci - świadomie i z wyboru - w wieku lat 20. A i wraz z rozwojem sieci, zasób wiedzy, plotek i twardych faktów, do których mamy dostęp, jest tak ogromny, że chyba tylko naiwny przyszły ojciec musi się narodzić tuż po porodzie swojego pierwszego dziecka.

Noc porodu, instynkt w połączeniu z wiedzą zadziałał

Owszem, jak wszystko, co nowe w życiu przeżywane pierwszy raz, ma w sobie tę piękną moc niewiadomego. I tak też całe dziewięć miesięcy upłynęły nam w swego rodzaju ekscytacji oczekiwania i studiowaniu w większym (ona) i mniejszym stopniu (ja) lektury związanej z ciążą i narodzinami. Z mojego "ojcowskiego", jak i męskiego punktu widzenia były to raczej nudnawe miesiące. Czasem zdarzył się mały kopniak wzbudzający zachwyt obojga rodziców, ale z racji braku fizycznej więzi nie zaprzątałem sobie głowy, jak i emocji rozwojem naszego małego zarodka. Założę się, że znajdą się głosy, które będą krytykować ten brak wsparcia emocjonalnego dla partnerki, ale - jak głosi powiedzenie - "czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal", trudno oczekiwać, abym mógł nawiązać więź bez fizycznego kontaktu. Nie zmienia faktu, iż o kobietę w tym stanie należy dbać i jest to instynktowna reakcja.

Po spotkaniu z położną, na którym przeszliśmy przyśpieszony kurs zapoznawczy z tym, co ma się wydarzyć - z punktu widzenia osoby odbierającej poród cała sytuacja powoli zaczęła nabierać realizmu. Nie był to już tylko koncept dziecka w brzuchu, ale twarde fakty - jak to wszystko będzie przebiegać, co może się stać z dzieckiem, kobietą i jakie są moje obowiązki oraz przywileje.

Gdy nadeszła noc porodu, instynkt połączony z nabytą wiedzą zadziałał i z przyszłego taty zmieniłem się w faktycznego ojca. Byłem cały czas przy żonie, asystowałem położnej do samego końca. Gdy po raz pierwszy ujrzałem czubek główki, ogarnął mnie zimny strach, że może coś jest nie tak, ale stał się cud porodu i nasz syn przyszedł na świat cały i zdrowy.

Może pierwszą pieluchę założyłem nieporadnie, ale byłem ojcem

Już kilka godzin później przewinąłem pieluchę po raz pierwszy, czy jest to coś strasznego, czy paraliżuje nas obawa, że coś zrobimy źle? W moim przypadku absolutnie nie, noworodki są tak małe w porównaniu do dwulatka, iż nie można się pomylić. A to przecież tylko pielucha. Gdy już udało nam się zadomowić, na moje barki spadło przycinanie paznokietków, kąpiele, a później karmienie tuż przed snem.

Nasze obowiązki dzieliliśmy po równo, a i na samym początku fascynacja nowym życiem sprawiała, że często kładłem sobie synka na piersi i leżałem tak godzinami, delektując się jego ciężarem i ciepłem.

Wszystko tak naprawdę przychodzi z doświadczeniem, zmieniając kilkadziesiąt pieluch tygodniowo, karmiąc, kąpiąc i dbając o dziecko, dochodzimy do takiej wprawy, że nie jest to nic nadzwyczajnego. Być może pierwsza pielucha była nieco nieporadna - ale szpital ma też zupełnie inny klimat niż własny dom.

Bywa trudno, ale wystarczy zaufać instynktowi

Zamiana ról nie była łatwa. Pierwszy wieczór z koleżankami, jaki żona spędziła poza domem, okazał się być bardzo stresujący. Posiadamy przecież różne poziomy cierpliwości i rozpłakany malec potrafi człowieka doprowadzić do rozpaczy, zwłaszcza gdy nie działają wszystkie plany awaryjne. Jednak jeśli zostanę postawiony przed nową sytuacją, to muszę się do niej jak najlepiej dopasować.

Nie jest to lekkie zajęcie, opieka nad dzieckiem, ale z każdym miesiącem jest lżej i powoli po początkowym okresie zaczynam mieć godzinę lub dwie dla siebie w ciągu dnia, mam czas, aby ugotować obiad, posprzątać mieszkanie i zająć się synem.

Osobiście nie miałem nigdy dobrej relacji z moim ojcem i staram się być świadomy złych wzorców, które przeszły z mojego ojca na mnie, a które mimowolnie mogę przenosić na syna. To jedyna rzecz, na którą zwracam szczególną uwagę. Całą resztę pozostawiam instynktowi i zdrowemu rozsądkowi. Jeśli ktoś jest inteligentnym, zrównoważonym i emocjonalnym człowiekiem, to nie może się pomylić, zwłaszcza jeśli chodzi o skarb, jakim jest dziecko.

Ojcostwo to nic strasznego, to tylko nowa ścieżka

Są dni lepsze i gorsze, kiedy godziny płyną powoli i człowiek ma ochotę być znów wolny jak za dawnych czasów. Przyjemnie jest też spędzić weekend bez syna, wysłać go do dziadków i zwyczajnie wyspać się. Tylko i tak jakaś cząstka nas cały czas będzie tęsknić. Każdy jest inny i być może dlatego moi przedmówcy mieli takie doświadczenia. O ile nie jest się postawionym przed jakąś ekstremalną sytuacją, to ojcostwo nie jest niczym strasznym. To tylko nowa ścieżka, którą do pewnego stopnia poznajemy wraz z każdym kolejnym krokiem.

Są rzeczy, które mnie przerażają, jak choroby lub nieszczęścia, które mogą się przytrafić naszemu dziecku, ale na to nie mamy wpływu i zamartwianie się do niczego nie prowadzi. Dlatego korzystam z każdego dnia, jaki jest mi dany przeżyć z moim synem, nie wiem, co nas czeka za kolejnym zakrętem, ale cokolwiek by to nie było, to i tak będziemy musieli temu stawić czoła.

Każde kolejne pokolenie ma łatwiej w życiu, a jednak wydaje się coraz to słabsze i nieporadne. Nasi dziadkowie pochodzili z rodzin wielodzietnych, nasze matki nie miały jednorazowych pieluch, całego rzędu produktów dla dzieci w supermarkecie. Musiały same nam szyć ubranka i zostały matkami w wieku, kiedy my byliśmy jeszcze tylko nastolatkami. A przeszły przez to wszystko, co nam się wydaje wielką tajemnicą i wielkim wyzwaniem.

Jestem ojcem, gdyż dojrzałem do tej decyzji. Pewnie wszedłem w tę rolę, choć nauka nigdy się nie skończy".

W cyklu "Narodziny ojca" pytamy, jak dziś wygląda ojcostwo. Chcemy się przekonać, czy ojcowie młodego pokolenia wypracowują nowe wzorce, czy powielają schematy swoich ojców, i sprawdzić, czemu większość z nich nie bierze urlopów ojcowskich. Czekamy też na wasze historie. Piszcie: anna.pawlowska@agora.pl

Więcej o: