"Histeria wokół dziecka Kate i Williama jest śmieszna, ale niestraszna. I zarabiają na niej wszyscy" [KOMENTARZ]

- To histeria w najgorszym wypadku śmieszna, ale nie taka straszna. Naród potrzebuje igrzysk i należy się cieszyć, że to poczucie nie doprowadzi do katastrofy życiowej tego małego dzieciaka czy księżnej Kate - mówił dziś w TOK FM Łukasz Jasina z "Kultury Liberalnej". Prawnuk królowej Elżbiety II urodził się o 17:24.
Brytyjczycy z niecierpliwością oczekiwali narodzin pierwszego dziecka Williama i Kate - gdy rano księżna Cambridge przyjechała do Szpitala św. Marii w Londynie, który wybrała na miejsce narodzin dziecka, zebrał się pod nim tłum gapiów i reporterów. W mediach i serwisach społecznościowych trwała gorączka związana z "royal baby": zakłady dotyczące płci, imienia, domysły nt. wyglądu dziecka...

Histeria na punkcie "royal baby": śmieszna, ale nie straszna

- To histeria w najgorszym wypadku śmieszna, ale nie taka straszna. Może nas denerwować, dlaczego można zajmować się czymś głupim, zamiast analizować poważne problemy Wlk. Brytanii i innych krajów. Ale to fajne nawiązanie do tego, co się w Wlk. Brytanii dzieje regularnie co 20-30 lat, kiedy to rodzi się jakiś przyszły-pewny następca tronu. Jeśli sięgniemy dalej do historii, to już od narodzin Krwawej Marii ulica londyńska, a potem - wraz z rozwojem mediów - całe Zjednoczone Królestwo i kraje kolonialne interesowały się takim faktem. Chodzi o dziecko, które kiedyś zostanie następcą tronu - mówił w "Post Factum" w Radiu TOK FM socjolog dr Łukasz Jasina z "Kultury Liberalnej".

Jak ocenił, to nie pierwszy i ostatni raz, gdy społeczeństwo brytyjskie tak emocjonuje się życiem rodziny królewskiej: - W innych krajach też się to zdarzało, choć nie obserwujemy takiej histerii. We Francji skończyło się to wraz z Napoleonem II i jego synem, w innych monarchiach też już nie obserwujemy takiej histerii. Wlk. Brytania to - mimo wielu zmian: tego, że się rozwinęła, stała krajem multikulturowym, że City jest inne niż kiedyś - to ciągle kontynuacja tej monarchii, która istniała 300-400 lat temu. To w dalszym ciągu rodzina królewska i pewien symbol. I to ogromny problem dla tych wszystkich, którzy się profesjonalnie zajmują Wlk. Brytanią. Bo nasze analizy, które dotyczą kryzysu monarchii, problemów laburzystów i konserwatystów, konfliktu UE i Wlk. Brytanii itd., kompletnie nie pokazują, skąd się bierze ten irracjonalny stosunek do brytyjskiej monarchii i tej czysto tytularnej i dekoracyjnej rodziny królewskiej.

Kto na tym zarabia? Wszyscy: fundacja księcia, firma Middletonów, biznes...

Co z zarobkami? Narodziny królewskiego potomka mają przynieść brytyjskiej gospodarce 240 mln funtów zysku. - To kwestia nie tylko narodzin, ale wcześniej i ślubu Williama i Kate. Bardzo dużo zarabia na tym fundacja księcia Karola i prywatna firma państwa Middletonów oraz wiele instytucji związanych z państwem. Jest to generowane na zimno: przyjeżdżają turyści, emitowane są reklamy w mediach. I Wlk. Brytania na tym zarabia - przyznał Jasina.

Zbiorowe uniesienie i zysk biznesu mają jednak koszty, które poniesie rodzina królewska, zwłaszcza wystawione na widok publiczny dziecko i para książęca. Jasina uspokaja: - Tak, ale z drugiej strony to nie jest tak tragiczna sytuacja jak w przypadku Diany: tak cieszyła się ulica. To koszt, który monarchia brytyjska ponosi od kilkuset lat. Ustępuje się narodowi i pozwala na ten szał. To też sytuacja, która jest pod kontrolą: wiadomo, kiedy dojdzie do tego wybuchu radości, księżna Kate jest w szpitalu pod ochroną, nikt też nie zrobi zdjęcia - jest pewna umowa społeczna... Naród potrzebuje igrzysk. Potrzebujemy ich w telewizji, potrzebujemy też jakiegoś poczucia obecności w życiu wielkich. Należy się cieszyć, że to poczucie nie doprowadzi do katastrofy życiowej tego małego dzieciaka czy księżnej Kate, bo ich życie w gruncie rzeczy nie jest tak bardzo tym zainfekowane jak jednak pozostawiony bez kontroli proces ścigania przez dziennikarzy matki księcia Williama kilkanaście lat temu. Mały David czy też Elżbieta nie będą mieć takich problemów.

William i Kate na razie wygrywają z mediami

Socjolog zwrócił też uwagę, że wydarzenia z lat 80. i 90. dużo nauczyły brytyjską rodzinę królewską i jej służby, jeśli chodzi o ostrożność w kontaktach z mediami. Choć potknięcia wciąż się zdarzają. - Monarchia brytyjska wielokrotnie się myliła, jeśli chodzi o swoje kontakty z mediami. I to nie tylko kwestia tłumu. Pamiętamy aferę z księciem Harrym sprzed kilku lat, gdy wszyscy po prostu zapomnieli, jak łatwo się teraz robi i publikuje zdjęcia, że tak łatwo można pewne rzeczy skomentować. Ale mimo wszystko brytyjska rodzina królewska bardzo sprawnie zarządza swoim wizerunkiem w internecie. To pierwsza rodzina królewska na świecie, która miała swój kanał na YouTube czy na Twitterze. Nauczyła się szybkiego reagowania też dzięki zaangażowaniu profesjonalnych dziennikarzy. Monarchia brytyjska radzi sobie z tym lepiej niż np. hiszpańska, która w ciągu kilku ostatnich lat stoi w obliczu poważnego kryzysu związanego z nieumiejętnością komunikacji z mediami króla Juana Carlosa, który zresztą jest kolejnym z kandydatów do szybkiej abdykacji i już się wycofuje, przekazując obowiązki synowi - mówił ekspert.

Przyznał też, monarchia brytyjska radzi sobie lepiej, ale nauczyła się tego na własnych błędach. Pamiętamy, jak było w latach 90., gdy królowa zupełnie nie umiała na różne rzeczy reagować. Teraz to robi. Bardzo dobrze z mediami radzą sobie i William, i Kate - nie pozwolili tym mediom wejść sobie na głowę, grają z nimi, i to gra, którą - i z tabloidami, i z mediami elektronicznymi - na razie wygrywają - ocenił Jasina.

Jak mówił, narodziny królewskiego potomka były, są i będą wykorzystywane propagandowo. William przyszedł na świat w czasie konfliktu o Falklandy, w ocenie ekspertów jego narodziny przyczyniły się do poparcia, jakiego społeczeństwo udzieliło Margaret Thatcher. Z kolei książę Karol urodził się w czasie, gdy po wojnie Brytyjczycy potrzebowali poczucia, że monarchia trwa, rodzina królewska jest ciągle z nimi i są jej młodzi przedstawiciele, którzy kiedyś będą nad nimi panować: - Wlk. Brytania ma tę zaletę w postaci stabilizacji głowy państwa i jej otoczenia. Ludziom można w związku z tym sprzedawać złudzenie, że oto staje się coś, co będzie miało wpływ na ich życie przez następne kilkadziesiąt lat.

- Premier Cameron doskonale wygrywał zarówno zeszłoroczną kwestię igrzysk, jak i teraz kwestię narodzin. Jego elektorat to jednak prędzej ludzie, którzy do korony i królowej coś czują, niż nie czują. A wybory coraz bliżej. Kolejna ważna kwestia: brakuje nam doniesień, jak reagują szkoccy poddani królowej Elżbiety na kogoś, kto być może nie będzie następcą szkockiego tronu, jeśli z referendum coś pójdzie nie po myśli Camerona i jego doradców - stwierdził Jasina.

Chcesz na bieżąco śledzić wiadomości o Kate i Williamie? Masz telefon z Androidem? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE! Najważniejsze informacje codziennie, na żywo w Twoim telefonie!