Zatrzymali mnie z marihuaną [HISTORIE CZYTELNIKÓW]

Nasi czytelnicy opisują swoje historię związane z zatrzymaniem za posiadanie marihuany. Wszystkie układają się jakby w jedną opowieść: mieli przy sobie skręta, trafili do izby, później ciągano ich miesiącami po sądach. Rozumiem, że Polska ma restrykcyjne kary za posiadanie narkotyków, jednak 0,46 g to nie jest powód do robienia ze mnie kryminalisty - pisze jeden z nich.
Nasz wczorajszy tekst o tym, jak działa znowelizowane prawo narkotykowe, spotkał się z ogromnym odzewem naszych czytelników. Wszystkie przesłane przez was historie układają się w schemat: macie około 20-30 lat, w chwili zatrzymania mieliście przy sobie małą ilość marihuany. Żaden z was nie był handlarzem czy dilerem ale to nie przeszkadzało, by zatrzymanego potraktować jak przestępcę.

Oto najciekawsze historie naszych czytelników. Na końcu publikujemy historię Norberta - z nadzieją, że wkrótce postępowanie wobec niego stanie się codziennością w traktowaniu osób zatrzymanych z niewielką ilością narkotyków.

Zygmunt: Moja mama, chora na białaczkę, dostaje zawiasy

Jako świeżo upieczony bandyta czuję się niejako wywołany do odpowiedzi treścią niniejszego artykułu. Otóż do niedawna posiadałem w mieszkaniu niewielką uprawę marihuany, z której to, cytując wyrok niezawisłego sądu, "czerpałem korzyści osobiste". Korzyści takowe czerpała również moja mama, która od blisko 30 lat cierpi na białaczkę. Wtem pewnego zimowego dnia odwiedzili nas, całkowicie nie anonsując swojej wizyty, mili goście w liczbie około 10. Mama otworzyła drzwi i ku jej zdziwieniu, wbrew zwyczajowemu "Dzień dobry" lub "Cześć", jaki to mają zwyczaj wypowiadać goście odwiedzający domowników, na zadane przez nią pytanie "O co chodzi?", uprzejmy funkcjonariusz z Komendy Wojewódzkiej w Bydgoszczy odpowiedział "Zamknij mordę, stara ku...", po czym, pchnąwszy ją w głąb mieszkania, wykręcił 60-letniej, ważącej 50 kilogramów kobiecie rękę.

Oczywiście, żaden z jego współtowarzyszy nie zareagował ani tym bardziej, co wynikło z późniejszej dyskusji, nie zarejestrował w pamięci wspomnianego rytuału powitalnego. Ażeby nie zanudzać Państwa dalszymi relacjami z przemiłej wizyty, która trwała blisko 12 godzin, dodam, iż skonfiskowano nam ową uprawę oraz, oczywiście, wszelkie przedmioty służące do jej pielęgnacji. Pozostawiono nam jedynie dwie osamotnione doniczki fantastycznej mięty, którą to zwykliśmy dodawać do przyrządzanych przez nas potraw i napojów. Jako że na wstępie oświadczyłem, iż jestem już świeżo upieczonym bandytą, warto przybliżyć Państwu treść orzeczenia niezawisłego sądu. Na mocy wyroku otrzymałem 1 rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na 5 lat, a moja mama - pół roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na 2 lata.

Dodatkowo, abyśmy nie czuli się pokrzywdzeni tak niskim wymiarem kary za nasz amoralny i antypaństwowy czyn, wymierzono nam karę grzywny i obowiązek zapłaty nawiązki na rzecz klasztoru franciszkanów w wysokości łącznej blisko 2 tys. złotych. Ja dodatkowo zostałem oddany pod dozór kuratora sądowego oraz zobowiązany do uczestnictwa w programie odwykowym. W toku całego postępowania złożyliśmy, oczywiście, wszelkie wyjaśnienia, wraz z opasłą dokumentacją medyczną mamy z okresu, w którym zażywała tę nielegalną i straszliwą substancję, niczego z naszej działalności nie ukrywając, gdyż jesteśmy do tego stopnia zdemoralizowani, iż sądziliśmy, że rzeczowe wyjaśnienie naszych poglądów umotywowane konkretnymi faktami naukowymi na opisywany temat znajdzie zrozumienie wśród organów naszego państwa.

Jakże się myliliśmy, a wraz z nami światowe autorytety medyczne, gdyż pani doktor, specjalista ds. uzależnień, stwierdziła, iż co prawda istnieją jakieś pobieżne informacje na temat terapii z wykorzystaniem konopi i ich przetworów wśród osób cierpiących na białaczkę, lecz jednak nie należy ich brać pod uwagę i należy w stosunku do nas, a w szczególności do mojej mamy, zastosować abstynencję i jej kontrolę za pomocą testów na obecność narkotyków.

Dodam, że mama jest emerytką i w związku ze swoją kosmiczną emeryturą nie może zafundować sobie komercyjnej terapii opartej na leku Sativex bazującym na wyciągu z marihuany, który to niedawno dopuszczono do obrotu w Polsce, a ubezpieczenie zdrowotne, na które przez blisko 40 lat uiszczała składkę, może jej co najwyżej zagwarantować kilkuletnią kolejkę do specjalisty.

Dodam, iż całkowity koszt terapii opartej na wyhodowanej w domu marihuanie zamykał się w wysokości 20 zł miesięcznie i dzięki, jak wspomniałem, kosmicznej emeryturze mojej matki emerytki był dostępny na jej kieszeń, przy czym wyniki badań w okresie jej zażywania były znacząco lepsze i zadziwiały nieświadomych jej przyczyn lekarzy.

Łukasz: Myślę o wyprowadzce do Niemiec

Mam 30 lat, żonę i małe dziecko, cały tydzień pracuję po 12 godzin dziennie. Jak przychodzi weekend, pozwalam sobie zapalić jointa, oczywiście, jak mój syn pójdzie już spać. Trzy tygodnie temu, jak mój syn poszedł spać, wyszedłem na zakupy do sklepu Leclerc, stanąłem na uboczu - tak, żeby nikomu nie przeszkadzać, była godzina 20. Zapaliłem jointa, jak byłem w połowie, pojawili się policjanci w radiowozie znikąd... Nie miałem żadnych szans, w końcu jestem łatwym punktem do premii...

Zostałem zatrzymany, znaleziono przy mnie pół nadpalonego blanta, który w sumie po zważeniu razem z tytoniem miał 0,26 grama! Czynności i spisywanie protokołu trwały do 23, po czym panowie policjanci pojechali do mojej żony, do domu, żeby przeszukać mieszkanie. Prosiłem, żeby to odbyło się rano, bo tam śpi małe dziecko. Niestety, i tak pojechali, dokonali czynności...

Jak wrócili, poinformowali, że już dzisiaj mnie nie przesłuchają, bo nie ma nikogo, i zawieźli mnie na dołek na ul. Podwale we Wrocławiu.

W niedzielę około 12 przyjechał po mnie patrol z tego komisariatu, na który byłem przewieziony po zatrzymaniu, kazano mi podpisać dobrowolne poddanie się karze: 2 miesiące na 2 lata plus 700 zł grzywny! Napisałem podanie o umorzenie postępowania, gdyż to był mój pierwszy raz od 10 lat, jak zostałem zatrzymany za posiadanie marihuany.

Piszcie, może kiedyś w tym kraju się coś zmieni, a póki co bardzo poważnie rozważam sprzedanie mieszkania i wyjazd do Niemiec, bo tam, jak policja mnie zatrzymywała za posiadanie marihuany w nieznacznej ilości (do 1 grama), zawsze byłem pouczony i wypuszczony na miejscu.

Rekreacyjny palacz: Blant za 2,5 tys. zł na raty

Pierwszy raz zostałem zatrzymany pięć lat temu, dokładnie dzień przed inauguracją roku akademickiego. Na samą uroczystość rozpoczęcia nie mogłem dotrzeć, gdyż siedziałem "na dołku" za niecałe pół blanta. Prokurator nie umorzył mi sprawy, więc poszedłem na ugodę i dostałem grzywnę w wysokości ok. 500 zł. Dodatkowo musiałem ponieść koszty rozprawy i postępowania. Owo pół blanta zostało poddane bardzo wnikliwej analizie chemiczno-fizycznej.

Po przeczytaniu wielostronicowej ekspertyzy było jedno zdanie podsumowania - tak, jest to marihuana. Dokładnie 0,2 grama. Pytanie, po co została ona przeprowadzona, skoro przyznałem się, że jest to zioło?! Koszt ekspertyzy wyniósł 2 tys. zł. Łaskawy sąd rozłożył mi owo 2,5 tys. zł do zapłacenia na raty. Nie muszę chyba dodawać, że dla mnie, studenta (dziennego) pierwszego roku, była to bardzo duża suma. Musiałem pracować po godzinach nauki, co odbiło się na wynikach.

Drugi raz zostałem zatrzymany jakiś tydzień przed Euro 2012. Miałem przy sobie znacznie więcej "tematu", bo ok. 2 gramów, ale jeszcze więcej szczęścia, gdyż sprawa została umorzona. Oba zdarzenia miały miejsce w Warszawie, a to, co było w tym wszystkim najgorsze, to przede wszystkim noc "na dołku", ciągłe zakuwanie w kajdanki i obchodzenie się jak z kryminalistą. Nikomu nie życzę tego upokorzenia. 

Rafał: Nie chcę dłużej mieszkać w Polsce

Zaciekawił mnie dzisiejszy artykuł na temat konsekwencji posiadania marihuany, ponieważ 2 miesiące temu znalazłem się w podobnej sytuacji. W moim przypadku sprawa skończyła się na umorzeniu postępowania przez prokuratora, jednak uważam, że konsekwencje, jakie poniosłem, były nieadekwatne do szkodliwości społecznej mojego wykroczenia. Spędzenie 48 godzin w policyjnej izbie zatrzymań oraz przede wszystkim wizyta policji w celu przeszukania domu moich rodziców, gdzie jestem zameldowany, to skandal.

Rozumiem, że Polska ma restrykcyjne kary za posiadanie narkotyków, jednak 0,46 g to nie jest powód do robienia ze mnie kryminalisty. Mam 26 lat, od zakończenia studiów magisterskich mieszkam i pracuję we Wrocławiu oraz prowadzę działalność gospodarczą. Mimo nieciekawej sytuacji gospodarczej i problemów młodych ludzi na rynku pracy odnajduję się w naszej polskiej rzeczywistości. Niestety, państwo i jego ustawodawstwo, zamiast ułatwiać mi życie, podkłada kłody pod nogi, bo traktowany jestem jak przestępca w przypadku posiadania znikomej ilości marihuany na własny użytek. Ewentualna strata pracy i problem z jej znalezieniem to największe zagrożenie w przypadku, gdybym był osobą karaną. Jedyna rzecz, o której myślałem po wyjściu z policyjnego "dołka", to kraj, do którego się wyprowadzę.

Uważam, że Polska to zacofany kraj, w którym 30 proc. ludzi (tak zakładam, nie opieram się na konkretnych danych) w moim wieku może zostać zatrzymanych za palenie lub tylko użyczanie, podanie "blanta". Nie zamierzam już być traktowany jak kryminalista, dlatego intensywnie szukam pracy za granicą. Miałem szczęście, że znalazłem się wśród 10 proc. osób, których postępowanie umorzono. Określenie ilości, którą można posiadać bez konsekwencji karnych, to jedyne rozwiązanie, które doprowadzi do dekryminalizacji marihuany. Nie jestem zwolennikiem pełnej legalizacji i sprzedawania miękkich narkotyków w coffee shopach, ale traktowanie 30 proc. młodych ludzi jako potencjalnych przestępców to zachowanie przypominające zasady działania Milicji Obywatelskiej. Ja nie chcę i nie będę mieszkać w państwie policyjnym, myślę, że duża część młodych ludzi też ma już dość zwykłego zacofania.

Norbert: Policjanci pytali, skąd mamy skręty, i... życzyli miłej zabawy

Na początku lipca uczestniczyłem w jednym z największych wydarzeń muzycznych w naszym kraju - Open'er Festival w Gdyni. Od 10 lat jestem stałym bywalcem tego wydarzenia i co roku ze znajomymi lubimy się wyluzować i zapalić jointa podczas festiwalu. Każdy z nas ma około trzydziestki, dobrą pracę, partnera czy partnerkę. Nikt nie miał nigdy problemów z prawem. 

Tegoroczny Open'er był jednak zaskoczeniem. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z tym, aby wśród uczestników byli policjanci w cywilu. Gdy siedzieliśmy wyluzowani na trawce, z ręki do ręki przekazując sobie skręta z trawką, podeszło do nas dwóch panów w czarnych polarach, pokazują odznaki i przedstawiając się "Komenda miejska policji...". Zaskoczenie nasze było ogromne. Panowie dopytywali, jak dużo "tego" posiadamy i skąd "to" mamy (czy kupiliśmy na terenie imprezy). Na nasze szczęście był to tylko jeden skręt i po krótkiej rozmowie zapewniającej o naszej niewinności panowie życzyli nam miłej zabawy. Dodam, że nie byliśmy przeszukani ani nawet wylegitymowani. 

Moim zdaniem reakcja jak najbardziej adekwatna do okoliczności, w których byliśmy. No i przede wszystkim ogromne zaskoczenie. Pozytywne! Przyznam, że każdy z nas miał już wizję zakończenia imprezy i wyjścia z festiwalu zakutym w kajdanki. 

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Masz telefon z Androidem? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE! Najważniejsze informacje codziennie, na żywo w Twoim telefonie!