Incydent w Łucku. Napastnik z jajkiem tuż za Komorowskim. Ekspert: Za to odpowiadają Ukraińcy

Bronisław Komorowski został obrzucony jajkiem w ukraińskim Łucku - napastnik znalazł się bardzo blisko pleców prezydenta. Kto odpowiadał bezpieczeństwo Komorowskiego? Czy ochrona BOR zadziałała poprawnie? O to pytamy Grzegorza Cieślaka, eksperta z Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas. - Za to, kto podejdzie do prezydenta podczas wizyty zagranicznej, odpowiadają miejscowa policja i służby specjalne - wyjaśnia Cieślak. Ekspert dodaje: - To też sam polityk decyduje, jak blisko jest ludzi, jak się do nich zwraca, czy się wita.
Bronisław Komorowski został obrzucony jajkiem w czasie wizyty w Łucku. Materiał wideo ze zdarzenia pokazała TVN24. Do incydentu doszło, kiedy prezydent opuszczał katedrę, w której odbywała się msza w intencji ofiar rzezi wołyńskiej. Na nagraniu widać, jak młody mężczyzna rozbija jajko na plecach Komorowskiego i tuż potem zostaje obezwładniony przez funkcjonariuszy BOR.



"Niektórzy otworzyliby ogień na samo to"

Według Grzegorza Cieślaka możemy mówić o trzech aspektach incydentu, które składają się na pozytywną ocenę BOR. - Po pierwsze przy wizycie zagranicznej za ochronę tzw. pierścieniową, czyli wokół osoby ochranianej, odpowiada gospodarz. Dlatego, że zdarzenie ma miejsce na jego terenie. Ukraina jest krajem cywilizowanym, więc Biuro Ochrony Rządu nie zabiera ze sobą dodatkowych sił, żeby samemu obstawiać tego typu zdarzenie. Czyli: za to, kto podejdzie, odpowiada miejscowa policja i służby specjalne - zaznacza ekspert w rozmowie z Gazeta.pl.

Po drugie, jak wskazuje Cieślak, reakcja BOR była "prawidłowa i zrównoważona". - Zdaję sobie sprawę, że niektórzy otworzyliby ogień na samo to, że ktoś podejdzie do polskiego prezydenta zdzielić go jajkiem. Ale w tym przypadku widzimy, że sprawca został obezwładniony natychmiast: właściwie jeszcze w trakcie incydentu. Pan prezydent rzeczywiście został ubrudzony jajkiem, ale to jest tylko event. Nie było bezpośredniego zagrożenia dla życia i zdrowia - dodaje ekspert.

Po trzecie, Cieślak przypomina, że to "polityk decyduje, jak blisko jest ludzi". - Jak się do nich zwraca, czy się wita, czy pozdrawia. Może ocenić swój stan bezpieczeństwa tak, że uzna, że jest narażony. Wtedy pozwala służbom na wdrożenie nadzwyczajnych środków. Tutaj najwyraźniej nie zaistniała taka okoliczność - uważa ekspert.

A co, jeśli to nie byłoby jajko?

A co, jeśli to nie byłoby jajko, tylko nóż lub pistolet, dopytujemy. - Funkcjonariusz, który jest najbliżej widzi, czy to jest przedmiot, który może być tak czy inaczej wykorzystany. Trzeba pamiętać o jeszcze jednej ważnej rzeczy: z prezydentem jest ochrona osobista, taka, która z osobą ochranianą współpracuje najbliżej. A w czasie spotkania podczas np. jakiegoś święta mamy jeszcze przynajmniej trzy pierścienie ochrony, których my cywile nie zauważamy - zaznacza.

Jak podsumowuje ekspert, z "to do strony ukraińskiej należało podjęcie reakcji, zanim napastnik podszedł do prezydenta". - Natomiast nasza ochrona osobista zrobiła to, co mogła i zachowała się prawidłowo - mówi Cieślak.

Chcesz śledzić informacje z zagranicy? Masz telefon z Androidem? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE! Najważniejsze informacje codziennie, na żywo w Twoim telefonie!

Więcej o: