Baranowska: Żyjemy mitem polskiego himalaizmu i na siłę staramy się go podtrzymać

- Cały czas żyjemy mitem, że jesteśmy pierwszoligowymi na świecie himalaistami. A w gruncie rzeczy tak nie jest - mówiła w Radiu TOK FM himalaistka Kinga Baranowska.
Podczas wyprawy na ośmiotysięcznik Gaszerbrum I w pakistańskim Karakorum od ściany odpadł Artur Hajzer. Towarzyszący mu Marcin Kaczkan potwierdził dziś w rozmowie z Krzysztofem Wielickim, że Hajzer nie żyje. Początkowo utrzymywano, że wypadkowi uległ także Kaczkan. Himalaista zaprzeczył jednak tym doniesieniom.

Po śmierci Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego pod Broad Peak można zadać pytanie, czy z polskim himalaizmem zimowym dzieje się coś złego. - Wypadki były zawsze - mówiła w Radiu TOK FM Kinga Baranowska, himalaistka. - Ale teraz mamy tak dużą ingerencję mediów we wszystkie dziedziny życia, że więcej słyszymy o tych wypadkach. Faktem jest, że w tym roku była jakaś czarna seria. Sama aż boję się otwierać jakieś wiadomości, żeby o czymś się nie dowiedzieć. Ten rok jest bardzo trudny dla naszego środowiska - przyznała Baranowska, dodając, że w himalaizmie zawsze ceniła jego niszowość. I wolałaby, aby o tym sporcie nie mówiło się aż tak wiele.

"Żyjemy mitem, że jesteśmy pierwszoligowymi na świecie himalaistami"

- Czy to nie jest tak, że to polscy himalaiści, by podtrzymać mit superszybkich, sprawnych i wytrzymałych Polaków, trochę przesadzają? - pytał prowadzący audycję Piotr Maślak. - Nie sądzę, żeby to było domeną Polaków. Gdyby pan zobaczył wspinaczy z Ameryki Południowej, wtedy dopiero stwierdziłby pan, że to ułańska fantazja - powiedziała Baranowska. - To co innego. Mamy bardzo duże tradycje, bardzo dobre wejścia w latach 80. i cały czas trochę żyjemy tym mitem, że jesteśmy pierwszoligowymi na świecie himalaistami. A w gruncie rzeczy tak nie jest. Żyjemy tym mitem i trochę na siłę staramy się go podtrzymać - przyznała himalaistka.

Po tragicznej wyprawie na Broad Peak pojawiły się głosy, że wśród himalaistów zanika duch solidarności. - Tak się dzieje na wyprawach komercyjnych, kiedy w bazie są osoby, które wcześniej nigdy się nie widziały. Można to zaobserwować na Evereście. W innych górach nie - zastrzegła Baranowska. - Duch solidarności cały czas jest - dodała, podkreślając, że wielokrotnie sama rezygnowała w górach ze swoich planów, by pomóc drugiej osobie.

"W górach jak w soczewce widać to, co dzieje się na nizinach"

Mimo wszystko specyfika wypraw nieco się zmieniła. Baranowska tłumaczyła, że kiedyś przed wyprawą partnerzy przez wiele miesięcy wspólnie chodzili po niższych górach. W Himalaje jechali więc przyjaciele. Dziś ekipę zbiera się tuż przed wyjazdem. - To jest też błąd. Wynika to z tego, że nie ma ludzi, którzy wyjeżdżają w Himalaje. W naszym kraju jest bardzo mało himalaistów - zaznaczyła Baranowska. Kompletując zespół, zaprasza się więc wszystkich, którzy akurat mają niezbędne fundusze i dostali urlop w pracy. Bo niewielu himalaistów to zawodowcy.

Zdaniem Baranowskiej terroryści pod Nanga Parbat czy bójka wspinaczy pod szczytem Mount Everestu to "sygnał czasów". - Zawsze powtarzałam, że w górach jak w soczewce widać to, co dzieje się na nizinach. Tam wszystko jest skondensowane, widać wszystkie emocje, ludzi takich, jakimi są. Wszystko widać jak na dłoni - przyznała himalaistka.

Więcej o: