Siedem milionów na partyjne pensje. "Kolosalne sumy". "Jestem zdumiony, jak można tyle wydać?"

PO na pensje pracowników wydaje rocznie 7 mln zł. PiS niewiele mniej, bo 6,6 mln zł. - Jak można wydać siedem milionów? Jestem zdumiony - mówił w Poranku Radia TOK FM Paweł Piskorski, szef Stronnictwa Demokratycznego. - Jawność partyjnych finansów utknęła w pewnym miejscu - ubolewał polityk.
Dzisiejsza "Gazeta Wyborcza" analizuje wydatki Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości. Największe sumy obie partie przeznaczają na pensje pracowników. PO 7 mln zł, natomiast PiS 6,6 mln zł. - Kolosalne sumy - dziwił się prowadzący Poranek Radia TOK FM Tomasz Sekielski.

- Jestem równie zaskoczony jak pan - przyznał Paweł Piskorski ze Stronnictwa Demokratycznego. I podkreślał, że kiedy sam był sekretarzem generalnym Platformy, miesięczny budżet na pensje wynosił 29 tys. zł. W skali roku to niemal 350 tys. zł. - Mieliśmy znacznie mniejszy klub, w związku z czym było znacznie mniej pieniędzy na etaty - przyznał Piskorski. - Ale jak można wydać siedem milionów? Jestem zdumiony i patrzę na to z rozbawieniem - dodał były poseł. Po chwili jednak mówił całkowicie poważnie: - Siedem milionów na pensje w partii politycznej wydaje mi się przesadą. Zwłaszcza że to pieniądze z naszych podatków - wskazywał.

"Chciałbym, żeby reguły gry były jasne"

Kto jednak dostaje te pieniądze? Sekielski podkreślał, że nie są to specjaliści od reklamy i marketingu ani eksperci, których zarobki są osobno wyszczególnione. Zdaniem dziennikarza beneficjenci partyjnych pieniędzy to głównie "znajomi i przyjaciele królika".

- Jawność partyjnych finansów utknęła w pewnym miejscu - ubolewał Piskorski. - Jeśli pieniądze pochodzą z budżetu, powinno być jasne, co się z nimi dzieje - wskazywał. Tłumaczył, że trzy lata temu publicznie pytał PO, ile pieniędzy zaoszczędzono na kontach bankowych. Do dziś nie dostał odpowiedzi. - Zwłaszcza że Platforma powraca do postulatu likwidacji subwencji dla wszystkich. Prawdopodobnie ma odłożone ok. 60 mln zł. Inne partie nie będą tego miały - mówił szef Stronnictwa Demokratycznego.

Piskorski podkreślał, że lista partyjnych płac powinna być jawna. - To oczywiste. Jeżeli się pobiera pieniądze z budżetu, nie obowiązują normy wynikające z Ustawy o ochronie danych osobowych - wskazywał gość Poranka Radia TOK FM. - Chciałbym, żeby reguły gry były jasne - podkreślił.

Gronkiewicz-Waltz odejdzie. "Pytanie tylko, kiedy"

Sekielski pytał także o przyszłość Hanny Gronkiewicz-Waltz jako prezydent Warszawy. Zdaniem Piskorskiego, który od 1999 do 2002 r. szefował stolicy, Gronkiewicz-Waltz straci stanowisko. - Pytanie tylko, kiedy - mówił. - Wydaje się prawdopodobne, że to się stanie we wrześniu tego roku - dodał. Piskorski tłumaczył, że "wzburzenie warszawiaków" widać po zbieraniu podpisów, które według polityka przebiega nadzwyczaj sprawnie.

- Wrześniowe referendum będzie bardzo ciężkie dla pani prezydent. Nie wyobrażam sobie, żeby to referendum prezydent miała wygrać - podkreślił Piskorski. Bo nawet, jeśli frekwencja będzie za mała, większość głosujących będzie przeciwko urzędującym władzom. - To będzie prestiżowy cios dla PO - ocenił gość Poranka Radia TOK FM.

Piskorski dystansował się jednak od twierdzenia, że ewentualna porażka w Warszawie oznaczać będzie zmierzch PO. - W polskiej polityce zmierzchy były dosyć drastyczne - podkreślał, przypominając nagłe spektakularne sondażowe spadki AWS i SLD. - Tego Platformie nie wróżę. Ona ma twardy elektorat na poziomie 15-18 proc. - dodał. Przyznał jednak, że mamy do czynienia ze zmierzchem absolutnej dominacji na scenie politycznej. Dlatego plan wciągnięcia do koalicji SLD Piskorski określił jako niewystarczający i "nierealistyczny". Dlaczego? Jego zdaniem Millera osłabi Europa Plus. - Polacy się do niej przekonają - zawyrokował Piskorski.