"Grubej kreski" nigdy nie było. Co naprawdę powiedział Tadeusz Mazowiecki i o co mu chodziło?

29 listopada 2012 r., Aula w Starej Bibliotece UW nabita po brzegi. Młodzi, starzy. Tadeusz Mazowiecki promuje swoją książkę. Z sali pada ostre pytanie o "grubą kreskę". Mazowiecki zmęczonym głosem odpowiada, że tłumaczył to już setki razy. Ale społeczna świadomość przemieliła jego exposé i nadała mu znaczenie przeciwne do zamierzonego. Przypomnijmy zatem, co właściwie powiedział.
Sejm, 24 sierpnia 1989 r. Od pierwszych wolnych wyborów 4 czerwca, które wprowadziły do parlamentu zrzeszoną w Obywatelskim Klubie Parlamentarnym (OKP) grupę posłów firmowanych przez "Solidarność", nie minęły nawet dwa miesiące. Komuniści z PZPR ponieśli druzgocącą klęskę, Joanna Szczepkowska ogłosiła w TV, że "skończył się w Polsce komunizm".

Czas niepewnego przełomu

Ale ani cała sala sejmowa, ani Tadeusz Mazowiecki, pierwszy niekomunistyczny premier Polski od 1945 r., nie wiedzą jeszcze, jak błyskawicznie dokona się w najbliższych miesiącach przejście od PRL do III Rzeczypospolitej. Jakich zmian dokona nowy rząd. Na razie Mazowiecki wygłasza exposé. Staje przed niezwykłym zadaniem - nakreśleniem od podstaw, od zera, nowych kierunków polityki państwa polskiego - gospodarczej, społecznej, zagranicznej. Polskę czeka przejście od socjalizmu do kapitalizmu i reorientacja sojuszy polityczno-militarnych ze Wschodu na Zachód. Pierwszym zajmie się Leszek Balcerowicz, drugim Krzysztof Skubiszewski.

Ale Mazowiecki musi też określić nowy porządek polityczny, bo stary - podział na "mych", czyli opozycję, i "onych" - narzuconą przez Moskwę "władzę ludową", właśnie się kończy.

I robi to.

"Gruba linia"

"Rząd, który utworzę, nie ponosi odpowiedzialności za hipotekę, którą dziedziczy. Ma ona jednak wpływ na okoliczności, w których przychodzi nam działać. Przeszłość odkreślamy grubą linią . Odpowiadać będziemy jedynie za to, co uczyniliśmy, by wydobyć Polskę z obecnego stanu załamania" - mówi w exposé Mazowiecki.

W wielu późniejszych publikacjach i przemówieniach podkreśla, że "chodziło o rewolucję pokojową, a nie o rewolucję tout court, w której zwycięzcy spychają pokonanych do takiej pozycji, jaką im samym stwarzały dawne warunki: obywateli drugiej kategorii". Dla Mazowieckiego przenośnia "grubej linii", której, jak podkreśla, wielokrotnie bronił nawet przed swoimi najbliższymi współpracownikami, miała stanowić "fundament nowego porządku", "zaoferowanie demokracji wszystkim".



"To był język zgody narodowej"

"To nie była rewolucja, która dawnych prześladowców miała zamienić rolami z prześladowanymi, a wszystko inne miałoby pozostać bez zmian. [Mazowiecki] zaproponował model demokracji inkluzywnej, w której wszyscy, bez względu na rodowód, mieli zostać beneficjentami bezkrwawej demokratycznej rewolucji. (...) To dlatego przeszłość odkreślił grubą linią. Świadom, że wojny domowe są najkrwawsze, posługiwał się językiem zgody narodowej" - "tłumaczy" premiera po latach wicenaczelny "Gazety Wyborczej" Jarosław Kurski.

Ale samo to, że trzeba tłumaczyć, świadczy, iż Mazowiecki posłużył się językiem dla wielu niejasnym. Ogólność użytego przez niego sformułowania staje się pożywką dla różnych interpretacji jego słów - zgodnych z aktualnym interesem politycznym tych, którzy je wygłaszali. Jest wygodna także dla samego obozu rządzącego, usiłującego lawirować między coraz bardziej radykalnymi żądaniami zmian a starym, komunistycznym układem sił. Ten ostatni, chociaż poważnie raniony 4 czerwca 1989, wciąż uchodzi w oczach niedawnej solidarnościowej opozycji za niebezpieczny.

"Ahistoryczne widzenie tamtego czasu w świetle ostatecznego upadku komunizmu jest rodzajem ślepoty politycznej i zwykłą manipulacją ludzkimi umysłami i uczuciami. Obóz komunistyczny istniał naokoło nas. W samej Polsce stacjonowały wojska radzieckie. Siły dawnej władzy były osłabione wstrząsem moralnym wyborów, ale bynajmniej nie zdezorganizowane. Dysponowały wojskiem, milicją, aparatem partyjnym, służbami specjalnymi. Nietrudno sobie wyobrazić, co mogłoby się stać, możliwość rzucenia iskry zapalnej jeszcze istniała" - pisze w 2009 r. Mazowiecki w eseju "Sąd nad grubą kreską". "Bardzo płytko patrzą na to ci, którzy sądzą, że była to lina ratunkowa rzucona członkom aparatu partyjnego czy wynik jakichś zobowiązań podjętych przy Okrągłym Stole" - podkreśla.

"Wojna na górze"

Ale na początku lat 90. krytyka "grubej linii", przeinaczonej na "grubą kreskę", stała się dla przeciwników premiera kluczem do zdobycia poparcia środowisk forsujących radykalną lustrację i dekomunizację - i kluczem do zdobycia władzy. Już pół roku po exposé zaczęła się "wojna na górze" między obozami Wałęsy (wspartego wówczas przez braci Kaczyńskich) i Mazowieckiego. Stawka była najwyższa - prezydentura.

Powolność w usuwaniu PZPR-owskiej nomenklatury ze stanowisk zarzucał Wałęsa Mazowieckiemu już od lutego 1990 r. Szefowi rządu nie pomagało to, że w jego gabinecie, sformowanym - przypomnijmy - za cenę paktu z dawnymi satelickimi partiami PZPR - SD i ZSL, resorty siłowe (MSW i MON) obsadzili na początku komuniści. Wciąż istniała SB, którą zarządzał szef MSW Czesław Kiszczak. Zanim 6 lipca 1990 r. Mazowiecki wyrzucił z rządu ministrów z PZPR, SB zdążyła zniszczyć sporo swoich archiwów. A w świadomości społecznej "gruba kreska" stała się synonimem pobłażania dla funkcjonariuszy dawnego aparatu władzy, zapewnienia im bezkarności, obrony przywilejów.

"Gruba kreska"

W 1990 r. Mazowiecki przegrał walkę o Belweder i złożył tekę premiera. Prezydentem został Wałęsa. A Jarosław Kaczyński, którego drogi z liderem "Solidarności" szybko się rozeszły, napisał w wydanej w 1993 r. książce "Czas na zmiany": "Niewątpliwie na ogólną sytuację istotny wpływ ma gruba kreska. Przejście od ustroju totalitarnego do demokracji bez uporania się z przeszłością poprzedniego systemu, także w wymiarze karnym". (...) "Najlepszym rozwiązaniem byłaby racjonalna polityka kadrowa, dekomunizacja i lustracja" - dodawał.

Gruba kreska zadomowiła się w polskim słowniku politycznym. Jest w nim do dziś.

"To, co miało być - i było - cechą naszej wielkości w owych przełomowych miesiącach, drogą do zespolenia narodu w jego trudnym przejściu do nowej rzeczywistości - za sprawą tego, co wyrażał ukuty stereotyp - wracało później jak bumerang niosący truciznę podziału i nienawiści" - napisał gorzko Mazowiecki w "Gazecie Wyborczej" w XX-lecie exposé, w 2009 r.