Sprawa śmierci Jasia. Lekarze zaczęli składać zeznania. "Dziś postąpiłbym tak samo"

- Nie jestem cudotwórcą, nie mogłem wiedzieć, że w stawie jest bakteria - mówił dziś przed sądem dr M.K. jeden z sześciu lekarzy oskarżonych o narażenie Jasia Olczaka na utratę życia. 3,5-latek zmarł w 2008 r., gdy kolejni lekarze przez kilka dni nie rozpoznali u niego sepsy.
Dr. M.K. wezwano do Jasia na wizytę domową, a ten zalecił chłopcu branie paracetamolu na zbicie gorączki. Dziś mówił przed sądem, że - mając do dyspozycji dostępne mu wtedy informacje - nie mógł inaczej postąpić.

Jak doszło do śmierci Jasia?

Był koniec 2008 r. Jaś przez trzy dni jeździł z rodzicami od szpitala do szpitala, z jednego badania na kolejne. Żaden z lekarzy nie zalecił 3,5-latkowi antybiotyku - mimo jego problemów z chodzeniem, zaczerwienieniem okolic stawu i wskazujących na sepsę wyników badań. Jak opowiadała nam mama chłopca, Anna Kęsicka, kiedy w końcu, 28 grudnia o godz. 17 przyjęto go do szpitala, Jaś był już w stanie agonalnym. A z antybiotykiem i tak czekano kolejne 4 godziny. Chłopiec zmarł niedługo później, o 4.45 nad ranem 29 grudnia.

Jego śmierć oznaczała początek gehenny dla rodziców. Wpierw w sądzie lekarskim, gdzie blisko cztery lata ich walki o ukaranie lekarzy zakończyły najniższe wyroki dla trójki oskarżonych - dwa upomnienia plus jedna nagana. W lutym z kolei ruszyła sprawa w sądzie karnym, gdzie oskarżona jest szóstka lekarzy.

Dziś odbyła się druga rozprawa w Sądzie Rejonowym Warszawa-Śródmieście. Wszyscy składający wyjaśnienia oskarżeni są z art. 160 kk, czyli narażenia Jasia na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Grozi im za to do lat 3 pozbawienia wolności.

Nieutajnianie sprawy "w interesie publicznym"

Dziś przed sądem składał wyjaśnienia pierwszy z oskarżonych lekarzy, dr M.K., który 25 grudnia 2008 r., w ramach nocnej i świątecznej pomocy lekarskiej, przyjechał do Jasia na wezwanie jego mamy. Rozprawę rozpoczęła jednak dyskusja na temat tego, czy na sali mogą pozostać dziennikarze. Mec. Elżbieta Orżewska reprezentująca rodziców zmarłego chłopca zaapelowała do sędzi, by ta sprawy nie utajniała. - Biorąc pod uwagę postawę lekarzy występujących w sprawie, to w ich interesie leży, skoro czują się tak bezpiecznie, aby tę sprawę wyjaśnić w świetle fleszy - argumentowała mecenas.

Obrońcy oskarżonych mieli zdanie dokładnie odwrotne. - Presja na oskarżonych może doprowadzić do skrzywień w ustaleniach sądu - ocenił jeden z nich. - Czy tak liczna publiczność na sali będzie sprzyjać rzetelnemu wyjaśnieniu sprawy? - pytała druga mecenas. - Oskarżeni nie są przygotowani do składania wyjaśnień w takich warunkach - przekonywał kolejny.

Sędzia przychyliła się jednak do wniosku oskarżenia. Dziennikarzy nie wyprosiła, wyrokując, że kluczowy jest tu "interes publiczny", jako że sprawa żywo interesuje opinię publiczną. Poprosiła tylko o nieujawnianie wizerunków oskarżonych, ich personaliów i zeznań w całości.

- Na ich miejscu odmówiłbym składania wyjaśnień w takich warunkach. Sprawa stała się medialna, tak nie powinno być! I co? Takie tłumy będą się pojawiały na każdej rozprawie?! - pomstował na korytarzu przed salą rozpraw jeden z obrońców.

Dr K.: "Dziecko było w dobrym stanie ogólnym"

Dziennikarze zostali na sali, a dr K. przystąpił do składania wyjaśnień i odpowiadania na pytania sędzi, oskarżyciela posiłkowego i obrony. W rozmowie z nami Anna Kęsicka opisała wizytę dr. K. w ten sposób: "Nawet nie obejrzał Jasia i polecił, bym wsadziła go do letniej wody dla zbicia gorączki. Powiedział, że jestem histeryczką, że głowę mu zawracam (...). Wsadziłam Jasia do wanny, on wszedł do łazienki, rzucił na niego okiem i powiedział: No tak, widzi pani, chłopak ma ospę. Dzieci miewają wysoką gorączkę, to normalne!".

Oskarżony lekarz odrzucił zarzuty matki, przekonując, że "chłopca oczywiście zbadał" (ale nie pamiętał, w którym momencie wizyty, w którym miejscu mieszkania ani czy nawet kazał mu się rozebrać), że wysoka gorączka od momentu przyjęcia zgłoszenia matki (o godz. 10) do momentu jego wizyty u niej w domu (godz. 15) spadła (ale nie pamiętał, do jakiego poziomu, np. czy to było 38,5, 39 czy 40 st.) i nigdy też "nie traktował pacjenta w sposób niegrzeczny", "nie używał słów obraźliwych lub że pacjent zawraca mu głowę".

- Zastałem dziecko z objawami charakterystycznymi dla ospy wietrznej, wykwitami na skórze (nie pamiętał, gdzie na ciele ani ile ich było). Zaordynowałem paracetamol jako lek przeciwgorączkowy i lek przeciwwirusowy. Dziecko było w dobrym stanie ogólnym, nie stwierdziłem żadnych objawów niepokojących - tłumaczył lekarz, dodając, że sepsa to choroba "bardzo groźna, o piorunującym przebiegu", która potrafi rozwinąć się w ciągu 6 godzin. - Ktoś może mieć zwykłe przeziębienie, które kończy się sepsą. Ale czy można to przewidzieć? - pytał retorycznie.

To było na wizycie o nóżce czy nie było?

Pytany przez oskarżyciela posiłkowego, dlaczego nie skierował chłopca do szpitala, odpowiedział, że sprawę zostawił lekarzowi prowadzącemu 3,5-latka, który przed nim wypisał skierowanie na badania w związku z bolącą Jasia nóżką. - Jako lekarz na pierwszym roku stażu byłem przekonany, że lekarz specjalista, który zlecał badania na cito, będzie chciał te wyniki zobaczyć - wyjaśnił (tymczasem w swoim wcześniej przygotowanym oświadczeniu, które sędzia odczytała na koniec zadawania pytań, stwierdził, że nie jest przekonany, że w trakcie wizyty w ogóle miał wiedzę na temat tego, że chłopca boli staw: "Matka dziecka nie podawała mi informacji, że chłopiec skarżył się na bóle kończyn lub stawów").

Dr K. na wiele pytań odpowiadał, że nie pamięta, bo o śmierci Jasia dowiedział się 8 miesięcy po fakcie, przy czym w tamtym czasie przyjmował do kilkudziesięciu pacjentów dziennie. Zeznał m.in., że nie wie, czy informacje o stanie pacjenta dostał w drodze do Jasia, czy dopiero od jego mamy (w oświadczeniu odczytanym przez sędzię pojawia się jednak informacja, że dyspozytorka przekazała mu wcześniej, że chłopiec miał ospę i wysoką gorączkę).

Zapytany przez mec. Orżewską, czy dziś w takim przypadku postąpiłby tak samo, odpowiedział, że - nie mając do dyspozycji żadnych narzędzi diagnostycznych, wyników badań i dysponując tylko informacjami zdobytymi w wywiadzie lekarskim - nie mógł inaczej postąpić. - Wychodziłem w przekonaniu, że dziecko było pod właściwą opieką, w dobrym stanie, miało robić badania. Nie przypuszczałem, że to się może tak zakończyć. Gdybym miał choć jeden procent wątpliwości, to na pewno bym inaczej zareagował. (...) Nie jestem cudotwórcą, nie wiem, co dzieje się w środku stawu, czy tam jest bakteria, czy nie - dodał.

Oświadczenie matki: "Wizyta trwała dwie minuty"

Na koniec głos zabrała Anna Kęsicka, która złożyła oświadczenie: - Cała wizyta doktora trwała dwie minuty. Dziecko nie zostało zbadane, nawet dotknięte przez lekarza. Tylko zajrzał do łazienki, gdzie syn był w wannie, i powiedział: "Przecież pani widzi, że dziecko ma ospę". Informowałam, że dziecko utyka. Odpowiedział: "Ospa u różnych dzieci ma różny przebieg. Nie ma powodu do histerii". Ja na to: "Mój starszy syn przechodził ospę i nie miał ani wysokiej gorączki, ani bólu nogi". Lekarz powtórzył: "Dzieci różnie chorują na ospę". Na tym skończyła się wizyta.