"W lutym kończę 30 lat. Jestem przerażony, nie mam nic" [LIST 30-LATKA]

"Każdej nocy budzę się i myślę o tym, w jakiej czarnej dziurze jestem. Poważnie myślę nad ucieczką na Zachód" - pisze nasz czytelnik, który wkrótce kończy 30 lat.
Po naszych tekstach o mieszkaniach trzydziestolatków dostaliśmy mnóstwo maili. Piszecie o problemach z uzyskaniem kredytu i o kredytach, które właśnie spłacacie. Spieracie się, czy wystarczy tylko ciężko pracować, by dorobić się własnego M, czy współcześni trzydziestolatkowie skazani są na najtańsze pokoje i wynajęte mieszkania.

Tutaj przeczytasz historie i zobaczysz zdjęcia mieszkań naszych 30-letnich bohaterów

Oto list naszego czytelnika, który wkrótce kończy 30 lat, chciałby założyć rodzinę, ale nie widzi takiej możliwości.

"Brak nam pieniędzy, by razem zamieszkać"

"W lutym będę miał 30 lat. Jestem przerażony, bo nie mam de facto nic.

Pracuję w budżetówce i dostaję na rękę 1500 zł. Oczywiście umowa na zastępstwo. I tak od 4 lat. Moja dziewczyna ima się dorywczych prac, ale to nic stałego. Dobrze, że chociaż PUP daje jej ubezpieczenie. Tak na marginesie - "działalność" PUP jest okrutnie żenująca. 30-latek jest zbyt młody, albo za stary na realne programy pomocowe.

Wracając do tematu. Dziewczyna ma dobrą sytuację mieszkaniową, ale niestety, brak nam możliwości finansowych, żeby razem zamieszkać. Nie chcę, żeby teściowie nas utrzymywali. Wynajem mieszkania jest niemożliwy, więc tułamy się od mojego domu do jej domu. I co dalej? Nie stać nas na założenie rodziny. Ta świadomość sprawia, że każdej nocy budzę się i myślę o tym, w jakiej czarnej dziurze jestem. Poważnie myślę nad ucieczką na Zachód. Ale to tylko będzie półśrodek, a nie realne rozwiązanie problemu.

"Zamiast szydzić, trzeba się zastanowić"

Strasznie mnie irytuje twierdzenie: "O, ten to z mamusią woli mieszkać, niż rodzinę zakładać". Tak mówią o 30-latkach mieszkających z rodzicami. Często mówią to osoby z wyrokiem 30 lat w kredycie, albo ci, którym rodzice pomogli. Najczęściej mówią jednak to ci, którym ktoś zapewnił pracę i mieszkanie, i czują się królami życia. Strasznie krzywdzące jest takie stygmatyzowanie i szydzenie z tych, którym się nie udało w życiu. Zamiast szydzić, trzeba się zastanowić nad tym, że moja droga życiowa jest nieopłacalna dla nikogo. Płacę małe podatki, nie mam dzieci i innych wyższych potrzeb. Tracą na tym wszyscy: od Rostowskiego do pani przedszkolanki.

Widzę po znajomych, że większość z nich właśnie tak wegetuje. Znam już przypadki, jak wyprowadzali się na swoje, ale po utracie pracy wracali z podkulonymi ogonami do rodziców. Najgorsza jest świadomość, że nikt z klasy politycznej nawet nie ma zamiaru chociaż rozmawiać o problemach młodych. Nie mam roszczeniowej postawy, ale moim marzeniem jest tylko stabilne zatrudnienie i normalne warunki życia. A nie wegetacja.

Wiem, że pod tym artykułem pojawią się setki negatywnych komentarzy o mnie. Ale nie jestem samobójcą żeby zakładać rodzinę za 1500 zł. Państwo i ten wyimaginowany socjal nie pomogą, gdy zostanę bez pracy. Moje pokolenie szykuje katastrofę demograficzną. Za kilkanaście lat, jak wszyscy wyjadą, a ci, co zostali, będą mieć maks. jedno dziecko, wszyscy obywatele Najjaśniejszej RP odczują to na własnych kieszeniach...

*Imię i nazwisko do wiadomości redakcji