Miller tłumaczy się z wpadki. "Nie byłem pewny, czy dokładnie wszystko powiem"

Leszek Miller wytłumaczył się ze swojej wpadki na dzisiejszych obchodach Święta Pracy, gdy w czasie przemówienia pomagał mu "sufler". - Nie byłem pewny, czy zapamiętam całe przemówienie. Wręczyłem tekst koledze prosząc, że jeśli zapomnę lub coś przeinaczę, to żeby mnie poprawił - mówił w programie "Fakty po Faktach" w TVN24.
Z okazji święta 1 Maja SLD i OPZZ urządziły pochód, który zakończył się przemówieniem przewodniczącego partii Leszka Millera. Okazało się, że doświadczony polityk nie był do niego zbyt dobrze przygotowany. Przemówienie dotyczyło trudnej sytuacji na rynku pracy. Przewodniczący Miller bardzo starał się porwać tłumy mocno akcentując chwytliwe hasła, ale niestety w pewnym momencie okazało się, że polityk najwyraźniej nie poświęcił zbyt wiele czasu, na ćwiczenie swojego wystąpienia.

Choć Miller starał się być dyskretny i odwrócił się od mikrofonu, nie dało się nie usłyszeć dramatycznego pytania "co dalej?". Na szczęście za plecami polityka znajdował się młody asystent, który treść przemowy miał zapisaną na kartce. W pewnym momencie pojedyncze podpowiedzi zamieniły się w zwyczajne dyktowanie, a całą scenę zarejestrowały kamery TVN24. Nagranie z jego wpadki stało się przebojem internetu, a Miller stał się obiektem kpin.

Wieczorem na Twitterze wytłumaczył się z wpadki: "Miałem dobry tekst, nie zdążyłem go opanować, więc poprosiłem kolegę o pomoc". Wypowiedź rozwinął w TVN24. - Późno w nocy, właściwie rano zabrałem się do konstruowania wystąpienia. Chciałem przemyśleć, zastanowić się nad treściami i spodobało mi się to, co udało mi się napisać, ale nie byłem pewny, czy będę w stanie dokładnie to wszystko powiedzieć. Wręczyłem tekst koledze prosząc, że jeśli zapomnę lub coś przeinaczę, to żeby mnie poprawił - stwierdził Miller.