"Ciągle wynajmujemy", "w kuchni mamy gołą żarówkę, bo spłacamy kredyt" - jak mieszkają 30-latkowie? [FOTO]

- Najgorsze jest takie poczucie, że trzeba wszystko ciągle liczyć, a najmniejszy nieplanowany wydatek sprawia, że od razu wszystko się sypie. Dlatego na razie zdecydowaliśmy, że kilka lat się przemęczymy i pomieszkamy taniej, wynajmując pokój ze znajomymi i odłożymy na większy wkład na własny na kredyt. Ale łatwo nie jest - opowiada nam 32-letnia Kaśka. Zapytaliśmy 30-latków o to, jak mieszkają: o kredyty, decyzje, metraże.
Przedstawiamy kolejną odsłonę cyklu o pokoleniu 30-latków. W poprzednich odsłonach pisaliśmy o tym, dlaczego pokolenie wyżu demograficznego nie chce mieć dzieci. "Podoba mi się moje życie, nie chcę go zmieniać"- mówili nam wtedy 30-latkowie. Tym razem zapytaliśmy ich o to, jak mieszkają.

Kaśka (32 lata)



Z mężem wynajmujemy kawałek dużego mieszkania - są trzy pokoje, w każdym pokoju mieszka inna para. Dzielimy się opłatami, obowiązkami, można powiedzieć, że tworzymy taką pewnego rodzaju komunę. Na szczęście te pokoje są spore, a nie jakieś klitki - tak po 20 metrów kwadratowych każdy, więc można się zmieścić. Czemu tak? Odpowiedź jest prosta - cena. Bo jaki mieliśmy wybór? Mogłam z moim facetem zamieszkać w obskurnej kawalerce, gdzieś w niebezpiecznej okolicy, gdzie policja jest codziennie i jeszcze dojeżdżać półtorej godziny do pracy, albo mogliśmy wynająć coś wspólnie z innymi osobami. Ale to tylko przejściowe rozwiązanie.

Dobre strony? Przy naprawdę niskiej cenie można mieć miejsce w dobrej lokalizacji, dobry dojazd, bezpieczną, zieloną okolicę. Zaletą jest oczywiście też to, że zawsze można kogoś poprosić o pomoc. Np. współlokator wychodzi czasem z moim psem. Wiadomo, że jak się trafią fajni ludzie, to siedzi się razem i gada wieczorami, można na siebie liczyć. To ważne. Ale nie ma się co oszukiwać, takie wspólne mieszkanie jest ogromnie konfliktogenne. "Kto pierwszy rano do łazienki?", "Kto wziął mój kubek?", "Kto po sobie nie pozmywał?", "Czy śmieci należy wyrzucać raz w tygodniu, czy trzeba codziennie?" - przy tylu osobach, i to o różnych temperamentach, każdy chce coś robić po swojemu, no i są spięcia.

Kredyt? W tej chwili żaden bank nie udzieli nam kredytu. Wiadomo, że chcielibyśmy mieszkać na swoim i takie też mamy plany. Ale na razie zdecydowaliśmy, że kilka lat się przemęczymy i pomieszkamy taniej. Dzięki temu odłożymy trochę pieniędzy, będziemy mieć większy wkład własny, kredyt na korzystniejszych warunkach, swobodniejszą sytuację. Nie chcemy związać się umową i potem przeznaczać całych pensji na spłacanie kolejnych rat za kawalerkę. Najgorsze jest takie poczucie, że trzeba wszystko ciągle liczyć, a najmniejszy nieplanowany wydatek sprawia, że od razu wszystko się sypie.

Początkowo mieliśmy ambitne plany, że będziemy tak mieszkać tylko przez rok. Nie wyszło. Teraz staramy się więcej odkładać i mamy nadzieję, że za rok, dwa uda się nam przenieść do innego mieszkania. Jeżeli nie nowe, to może coś do remontu znajdziemy. Zobaczymy, jakie będą możliwości, wiadomo, że nie uskładamy na apartament. Wcześniej? Na samym początku studiów mieszkałam z rodzicami. Potem się wyprowadziłam i różnie bywało. Największy hardcore to była taka dziupla w samym centrum, nie było nawet okna i płaciłam więcej niż teraz. A potem wspólnie trafiliśmy tu.

Błażej (30 lat)



Mieszkanie? Wcześniej całe życie u rodziców, a od czterech, nie, przepraszam, już pięciu lat u mojej dziewczyny. Zmiana niewielka, bo właściwie w tej samej dzielnicy, dalej w bloku, dalej przy metrze. Na szczęście to jest nasze, czy formalnie rzecz biorąc, jej mieszkanie. Nie mamy problemu z kredytem. Choć, tak szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, że przy naszych zarobkach moglibyśmy poradzić sobie z jakimkolwiek kredytem. Choć oboje zasuwamy jak dzikie osły, to i tak jest ciężko.

Mamy dwa pokoje, w sumie około 42 metry. Wcześniej były dwa pokoje i jeszcze oddzielnie kuchnia, ale rozwaliliśmy ścianę i jest więcej miejsca. Bo po co mieć kuchnię, w której ledwo można się zmieścić.

Jak mówiłem, mieszkanie jest w bloku - dużym, starym, z ramy H, na wielkim osiedlu pełnym takich samych wielkich bloków. Czy to jest docelowe? Trzeba by zapytać nas oboje. Ja jestem zadowolony, nie potrzebuję więcej. Mamy swoje miejsce, swoją przestrzeń, mieścimy się. Na razie nie planujemy dzieci, więc nie potrzebujemy oddzielnego pokoju. W przeciwnym wypadku, pewnie, ale tak, to wystarczy. Po dwa koty i trzy instrumenty na pokój, czyli akurat.

Anonimowość? Z sąsiadami się słabo znamy, tyle że mówimy sobie "Dzień dobry", ale to chyba nieprawda, że "nie ma od kogo soli pożyczyć". Można normalnie żyć, jeść, pracować, spać, a nawet grać. Ani ja nie przeszkadzam ludziom, ani oni nie przeszkadzają mi. Wiesz, ja jestem dzieckiem bloku, nie wyobrażam sobie, że można inaczej mieszkać.

Mam znajomych, którzy mieszkają w domkach pod Warszawą i to może jest nawet bardzo fajne, ale dla mnie to zupełnie obce. Dziwnie bym się czuł poza takim blokowym ulem. Jeżeli chodzi o mieszkania, to nie dziwne jest to, że mamy tak duże aspiracje, taką gigantomanię, że trzeba mieć wielki dom, wielkie mieszkanie, bo to są dowody naszego sukcesu. Ja po prostu potrzebuję miejsca do życia i tyle.

Agata (31 lat)



Zawsze wiedziałam, że gdy już się z kimś zwiążę na stałe, to nie będziemy mieszkać z rodzicami. Nie chodzi tylko o moją potrzebę niezależności, ale też o decyzjem jakie podjęli moi rodzice, które, można powiedzieć, stały się dla mnie wzorcem. Kiedyś w poszukiwaniu samodzielności zamieszkali z noworodkiem w domu ogrzewanym piecem węglowym i bez bieżącej wody. To daje do myślenia.

Ale mam wielu znajomych, w moim wieku i starszych, którzy nadal mieszkają z rodzicami czy nawet z dziadkami. Dla jednych to przykra konieczność, inni chwalą sobie ich pomoc i wsparcie, nie czują się ograniczani. Trudno powiedzieć, od czego to zależy, od metrażu, od relacji z rodzicami, od ich cech charakteru... W każdym razie dla mnie nie wchodziło to w grę.

Gdy związałam się z Tomkiem, teraz już moim mężem, wynajęliśmy mieszkanie. Po prostu chcieliśmy szybko zamieszkać razem. I przez pewien czas to się świetnie sprawdzało. Ale dla mnie było jasne, że to tylko rozwiązanie przejściowe. Gdy zaczęliśmy myśleć o dziecku, decyzja o kupieniu mieszkania na kredyt wydała nam się oczywista. Na szczęście nasze zarobki nam na to pozwoliły.

Własne, no prawie własne, mieszkanie daje poczucie bezpieczeństwa, choć zdajemy sobie sprawę z tego, że w jakimś stopniu jest ono złudne. Zakładając, że kredyt uda się spłacić przed upływem trzydziestu lat, własne mieszkanie to jednak budowanie konkretnego kapitału, który pozwoli na przykład zamienić mieszkanie na większe przy stosunkowo niedużych nakładach. W tyle głowy pojawia się też myśl, że chcemy coś po sobie zostawić dzieciom i wnukom.

Ważne jest też, że mamy kredyt w programie Rodzina na Swoim. Rata kredytu plus czynsz to wciąż mniej, niż płacilibyśmy za wynajęcie mieszkania o analogicznej wielkości do naszego. Teraz kredyty tanieją, ale wiem, że jeszcze kilka lat temu wielu naszych znajomych nie było na nie stać, jeśli nie mieli wkładu własnego ani nie przysługiwały im dopłaty. I zostawali z rodzicami czy kombinowali z wynajmem. My nie musieliśmy, mamy już syna i drugie dziecko w drodze.

Piotrek (30 lat)



Nominalnie to mamy 70 metrów, choć tak naprawdę to jest więcej, bo są skosy - to mieszkanie na poddaszu. Kupiliśmy od najtańszego dewelopera w Warszawie. Jest raczej na obrzeżach miasta niż w centrum. Uznaliśmy, że lepiej zapłacić za metraż niż za lokalizację. Mieszkamy już w nim od roku i wiadomo - powoli się urządzamy, ale jeszcze tu i ówdzie wiszą jakieś kable. W kuchni ciągle mamy gołą żarówkę, bo na wymarzony żyrandol to nas jeszcze nie stać.

Kredyt? Jasne, że na kredyt. Na szczęście rodzice troszkę nas wsparli, zebraliśmy też trochę oszczędności, więc jesteśmy związani z bankiem tylko na dwanaście lat, a nie na trzydzieści. Zostało już jedenaście. Ale się spłaca, w miarę spokojnie. Co kredyt zmienia? Niewiele. Chyba tylko zawodowo. Wiadomo, najlepsi pracownicy to ci, co mają kredyty. Im najbardziej zależy. My obydwoje mamy stałą pracę, nie narzekamy na pracę od 8 do 16, nam to pasuje. Choć są pewne ograniczenia, takie, powiedzmy, utrudnienia. Pewnie nie zdecydowałbym się założyć teraz planowanej od dawna własnej firmy. Choć jak kiedyś stwierdzę, że to ten moment, to kredyt na mieszkanie mi tego nie uniemożliwi.

Dla mnie kredyt nie ma też wpływu na decyzję o dzieciach. Jakbym miał czekać z dziećmi, aż spłacę kredyt, to mogłoby być za późno na cokolwiek. Już wybierając mieszkanie, braliśmy kwestię dzieci pod uwagę. To było ważne zwłaszcza przy wyborze rozkładu mieszkania. Teraz na rynku jest mnóstwo mieszkań typu: wielki salon i nieduża sypialnia. Bardzo fajne, bardzo wygodne, ale dla par, które nie planują dzieci. My takie od razu odrzucaliśmy.

A dlaczego w ogóle kredyt? Jak zaczęliśmy być razem, to wyprowadziłem się od rodziców i zamieszkaliśmy w mieszkaniu babci. To była taka bardzo ładna, ale niestety malutka kawalerka. I po jakimś czasie zaczęło się nam tam robić ciasno i niewygodnie. Pewnie moglibyśmy tam dalej mieszkać, ale stwierdziliśmy, że, kurczę, po to zarabiamy, żeby było stać nas na coś więcej.

Anka (29 lat)



Nigdy nie stanęłam przed problemem, że nie mam gdzie mieszkać. Nie musiałam myśleć o kredytach czy podejmować decyzji: czy wynajmować, czy kupić, czy mieszkać z rodzicami, czy przyjaciółmi. W moim przypadku to nie była żadna decyzja czy konkretny moment, kiedy się wszystko zmieniło. Po prostu tak wyszło. Bardzo wcześnie wyprowadziłam się od rodziców. Mieszkali pod miastem, więc jak poszłam do liceum to przeprowadziłam się do dziadka, tak było wygodniej. Dziadek miał dwupokojowe mieszkanie niedaleko szkoły. A potem, jak byłam na pierwszym czy drugim roku studiów, to dziadek się wyprowadził i miałam to mieszkanie dla siebie. Więc bardzo wcześnie miałam dużą niezależność.

Mieszkałam tam sama, potem z mężem, potem z dzieckiem i z mężem. A kilka lat temu rodzice mojego męża zdecydowali, by podzielić majątek między swoje dzieci. A mieli duży dom i dużą działkę. Zapadła więc decyzja, że podzielą działkę i oszczędności, i na naszej części wybudowaliśmy dom i się tam przeprowadziliśmy. Wiadomo, trochę to zajęło - szukaliśmy projektu, trzeba było podjąć ileś decyzji, rozmów. Potem dużo stresów związanych z budową... Poszły na nią całe nasze rezerwy finansowe, ale kredytu nie musieliśmy brać. I mamy dom.

Czy gdybym nie miała takich możliwości, miałabym już dziecko? Gdybym musiała się zastanawiać nad tym, jak zapłacić za mieszkanie, gdzie mieszkać, to pewnie wpłynęłoby na moją decyzję o dziecku. A przynajmniej musiałabym to wziąć pod uwagę.

Ale, tak naprawdę, gdy podejmowałam te kluczowe decyzje - o wyjściu za mąż czy o dziecku, to nie miałam żadnej superkomfortowej sytuacji: 100-metrowego apartamentu w centrum z garażem podziemnym. Mieszkaliśmy w dwóch małych pokojach po dziadku zagraconych na maksa, na trzecim piętrze bez windy. I nigdy nam nie przeszkadzało, że przez dwa lata spaliśmy razem z dzieckiem w jednym pokoju.