Spór Chin z Japonią o wyspy. Tokio grozi: "Jeśli Chińczycy wylądują, wyrzucimy ich siłą"

Premier Japonii Shinzo Abe zagroził, że jeśli Chiny dokonają lądowania na spornych wysepkach Senkaku/Diaoyu, Japonia "wyrzuci ich siłą". Wysepki są maleńkie, nie ma na nich nic cennego i nikt na nich nie mieszka. Ale pod powierzchnią opływającego je morza kryją się bogactwa. Latem 2012 r. stary spór terytorialny między Pekinem a Tokio rozgorzał na nowo.
Dla Japonii to wyspy Senkaku, pod tokijską administracją od 1895 r. Dla Chin - archipelag Diaoyu, odkryty w XIV wieku. Dla obu krajów - bogate łowiska ryb i potencjalna lokalizacja - o czym wiadomo od lat 60. - dużych złóż ropy i gazu. W lecie 2012 r. spór terytorialny rozgorzał z nową siłą, gdy japoński rząd postanowił kupić wysepki. Do tej pory były prywatną własnością obywatela Japonii, a Tokio tylko nimi administrowało.

W Pekinie zawrzało. Rozpoczęła się seria wzajemnych demonstracji siły, militarnych prowokacji , w obu krajach nasiliła się odpowiednio antychińska lub antyjapońska retoryka. Japonia powołała specjalny oddział do obrony wysp, w Chinach wybuchły antyjapońskie demonstracje.

Tokio: Nie pozwolimy na lądowanie. Użyjemy siły

Teraz, po tym, jak po raz kolejny osiem chińskich jednostek wpłynęło na sporne wody wokół wysp, szef japońskiego rządu Shinzo Abe zapowiedział, że jakiekolwiek chińskie lądowanie na wyspach zostanie odparte siłą - informuje agencja AFP.

- Podjęlibyśmy akcję przeciwko jakiejkolwiek próbie wpłynięcia na wody terytorialne i wejścia na ląd - oświadczył w parlamencie Abe. Podkreślił, że Japończycy "nigdy nie pozwolą" na lądowanie. - Użycie siły byłoby oczywistością - dodał.

Chińskie okręty patrolowe wpłynęły na morze terytorialne wokół wysp (pas wód o szerokości maksymalnie 12 mil morskich od wybrzeża, w którym obowiązuje prawodawstwo i władza państwa, do którego należy dany odcinek wybrzeża - red.) około 8.00 rano (23.00 czasu Greenwich) - oświadczyła japońska straż przybrzeżna.

Wojenna przeszłość kładzie się cieniem na relacjach Japonii z Chinami

To z kolei najprawdopodobniej reakcja na wizytę 168 japońskich parlamentarzystów w kontrowersyjnej świątyni Yasukuni - uznawanej za symbol imperialnej przeszłości Japonii. Ofiarą ambicji Tokio padły przed laty m.in. Korea Płd. i Chiny, nic dziwnego zatem, że ten gest wywołał złość w Pekinie. Rzeczniczka chińskiego MSZ Hua Chunying stwierdziła, że Japonia musi odpokutować za przeszłość.

- Tylko wyrażając skruchę za agresję Japonia może budować przyszłość i budować przyjacielskie relacje z sąsiadami - oświadczyła. Chiński protest nie przeszkodził kolejnym parlamentarzystom w odwiedzeniu świątyni. Według rzecznika japońskiego rządu wizyta w Yasukuni jest kwestią wiary, a w Japonii panuje wolność wyznania, rząd zatem nie zamierza ingerować w tę kwestię. Świątynię odwiedzili m.in.: wicepremier Japonii Taro Aso i minister spraw wewnętrznych Yoshitaka Shindo.

Więcej o: