Otwarta wojna. Setki tysięcy ofiar, zniszczenia, upadek państwa. Czy to możliwe? Stratedzy i eksperci piszą czarny scenariusz dla Korei

Atak nuklearny, po nim mordercza odpowiedź. Albo epidemia wywołana przez broń biologiczną. Wojna konwencjonalna, z udziałem Ameryki, dla której wojsk Korea może stać się drugim Wietnamem. I ile krwi i zniszczeń wytrzymałaby odległa o 30 km od dział Korei Północnej aglomeracja Seulu, licząca 24 mln ludzi? Choć wojna na Półwyspie Koreańskim jest trudna do wyobrażenia, eksperci przewidują także i ten wariant. I kreślą jego scenariusze.
Planiści amerykańskiej armii przeprowadzili symulacyjną grę wojenną, której tematem był upadek Korei Północnej i jego możliwe następstwa - napisał portal Defense News. Za jedną z największych gróźb uznali... wymknięcie się broni nuklearnej spod kontroli - podkreślił Business Insider.

Koszty upadku reżimu mogą być ogromne

W hipotetycznej operacji "Unified Quest" przerzucenie kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy i sprzętu, by przejąć kontrolę nad arsenałem nuklearnym upadłego państwa, zabrało Amerykanom 56 dni. Wystarczająco dużo, by zacząć się niepokoić. Wśród problemów wymienianych przez generałów nadzorujących symulację były m.in. brak możliwości szybkiego zbudowania zaplecza wywiadowczo-rozpoznawczego w odciętym od świata kraju i umiejscowienie obiektów nuklearnych w bezpośredniej bliskości osiedli cywilnych

Think-tank Brookings Institution już w 2009 r. w swoim raporcie stwierdzał, że rozwój północnokoreańskiego programu nuklearnego winduje koszty upadku podminowanego sankcjami politycznymi i gospodarczymi reżimu bardzo wysoko. Przy czym szanse na ten upadek są większe, niż na spełnienie gróźb Pjongjangu.

Scenariusz apokalipsy

A gdyby jednak zrealizował się najgorszy scenariusz - otwartego konfliktu zbrojnego na Półwyspie Koreańskim? Czy Kim Dzong Un działa racjonalnie, zaostrzając kurs? Pjongjang dokonał kolejnej próby nuklearnej, zapowiada zmiecenie Południa z powierzchni ziemi, postawił wojska w stan gotowości bojowej i zerwał zawieszenia broni z 1953 r.

Nic dziwnego , że nad Koreą Południową zaczęły latać amerykańskie bombowce B-2, a sztab Południa przygotował plany uderzenia wyprzedzającego na wypadek, gdyby wywiad doniósł o przygotowaniach Północy do ataku nuklearnego.

"W przypadku wykrycia przygotowań do ataku artylerii dalekiego zasięgu i rakiet, nie mielibyśmy innej możliwości, jak uderzyć" - mówi profesor Kima Byung-Ki z uniwersytetu w Seulu. Na dotarcie nad południowokoreańską stolicę północnokoreański samolot potrzebuje trzech minut. Salwa z artylerii skupionej przy rozdzielającej wrogie państwa strefie zdemilitaryzowanej na 38 równoleżniku - minutę.

Utracona alternatywa

Wobec tak apokaliptycznej wizji trudno o alternatywę. A przecież jeszcze niedawno Kim Dzong Un zapowiadał, że czas skończyć z dziesięcioleciami izolacji Korei Północnej. Do Pjongjangu pojechali niemieccy eksperci - ekonomiści i prawnicy - by doradzać, jak otworzyć kraj na zagranicznych inwestorów. Wzorem miał być - jak podkreślała "Frankfurter Allgemeine Zeitung" powołując się na rozmowę z jednym z nich - model wietnamski, czyli celowe, odgórne wybieranie firm, które miałyby zainwestować w państwie Kima.

Szanse na inne rozwiązanie problemu koreańskiego zatem były, nie wiadomo jednak, czy w obliczu ostatniej eskalacji konfliktu nie zostały już zaprzepaszczone. Jakie działania podjęliby główni aktorzy potencjalnej wojny - obie Koree, USA i Chiny? Możliwe wersje wydarzeń opisał dla CNN Andrew Salmon, mieszkający w Korei Południowej autor dwóch książek dotyczących wojny koreańskiej.

Ekonomiczna katastrofa i hekatomba ofiar

Konflikt w Korei - położonej w sercu trzeciej największej strefy gospodarczej świata po Europie Zachodniej i Ameryce Północnej - byłby katastrofą dla światowej gospodarki. Ale jeszcze gorsze - podkreśla Salmon - byłyby katastrofalne straty w ludziach i potencjalne skażenie radioaktywne.

Przypomnijmy: licząca 1,1 mln ludzi Koreańska Armia Ludowa jest prawie dwukrotnie większa liczebnie od połączonych sił sąsiada z południa (640 tys. ludzi) i 28 tys. stacjonujących na południe od 38 równoleżnika żołnierzy USA. I choć wojska reżimu mają liczne słabe punkty - brak paliwa, przestarzały sprzęt i wielu kiepsko wytrenowanych żołnierzy, to ma też dwa atuty.

Pierwszym są siły specjalne. Najliczniejsze na świecie - 60 tysięcy wytrenowanych w niekonwencjonalnych misjach ludzi. Drugą - artyleria wycelowana w Seul - ostrzegał w ubiegłym roku w swoim raporcie dowódca sił USA i Narodów Zjednoczonych w Korei Południowej, gen. James Thurman.

Atak Kima

Siły, które ma pod swoją komendą Kim, pozwoliłyby mu przebić się przez strefę zdemilitaryzowaną i drugą linię obrony Południa i zagrozić Seulowi - przestrzega w CNN Andrew Salmon. Komandosi Północy uderzyliby w kluczowe obiekty południowokoreańskie i amerykańskie z powietrza i morza, unieszkodliwiając systemy dowodzenia i komunikacji. Chaos pogłębiłoby zakłócanie systemów GPS i cyberataki hakerów. W tym samym czasie artyleria zasypałaby pociskami Seul.

Scenariusz, w którym wojska Kima okazałyby się tak słabe, jak żołnierze Saddama Husajna w Iraku, należy raczej wykluczyć. W ostatnich latach, kiedy dochodziło do konfrontacji z wojskami Północy - w 1996 i na morzu w 1999, 2002 i 2010 r., wykazywały one znakomite wyszkolenie i motywację. Ale same siły specjalne i artyleria nie zdobyłyby i nie utrzymały terenu. Tym musiałyby się zająć jednostki regularnej armii lądowej.

Południe kontratakuje

USA i Korea Południowa mogłyby wówczas uderzyć zarówno z powietrza, jak i z morza oblewającego półwysep. Siły Kima mogłyby wpaść w kleszcze. Ale wykurzenie wojsk Północy z już zdobytych terenów nie byłoby łatwe. Wojna w koreańskich górach i na ulicach miast pochłonęłaby wiele ofiar. Według Dana Pinkstona z amerykańskiego think tanku International Crisis Group, żołnierze Kima "to nie armia Saddama, oni walczyliby jak Japończycy na Pacyfiku podczas II wojny światowej".

Zanim udałoby się też zniszczyć ukryte w znacznej części pod ziemią zagrażające Seulowi stanowiska północnokoreańskiej artylerii, stolica Południa mocno by oberwała. Także z broni niekonwencjonalnej. Gen. Thurman ostrzegał, że reżim może wykorzystać np. zarodki wąglika, co w gęsto zaludnionym regionie stolicy mogłoby mieć katastrofalne skutki. Także desant z powietrza na tyłach wroga mógłby nie zdążyć zablokować na czas niektórych jego posunięć.

Czynnik chiński

Eksperci podkreślają jednak, że potencjalna ofensywa Północy, jakkolwiek niszczycielska, nie potrwałaby długo wobec zmasowanego kontruderzenia USA i Seulu. Pjongjangu nie stać na długotrwałą wojnę. Elementem nieprzewidywalnym w tej rozgrywce jest za to Pekin. Chińczycy mają ostatnio dosyć wybryków swojego niewygodnego sojusznika, ale przez 60 lat - od chwili, gdy ocalili państwo Kim Ir Sena przed upadkiem - lojalnie wspierali Pjongjang.

- Będą ich wspierać, ale tylko na ich terytorium. Nie pomogą armii Północy zaatakować terytorium Południa - uważa Choi Ji-wook z Instytutu Zjednoczenia Korei w Seulu.

Niezależnie jednak od decyzji i roli Chin, Kim Dzong Un ma jednak do dyspozycji "opcję apokalipsy" - broń nuklearną - przypomina Salmon. I choć na razie Pjongjang nie dysponuje jeszcze pełnowartościową głowicą nuklearną przenoszoną przez rakietę dalekiego zasięgu, ale może ten cel osiągnąć. Według ekspertów, Kim ma też rakiety zdolne trafić w cele w Japonii.

Cena zwycięstwa

Korzyści z upadku obecnych władz Korei Północnej byłyby ogromne. Znikłoby źródło ciągłego napięcia, zjednoczona Korea uzyskałaby dostęp lądowy do kontynentu azjatyckiego, północna Korea zostałaby odbudowana, a jej mieszkańcy włączeni wreszcie do międzynarodowej wspólnoty. Ale cena za to mogłaby być tak ogromna, że eksperci modlą się, by "II Wojna Koreańska" nigdy nie wybuchła - podkreśla CNN.

- Setki tysięcy ofiar w kilka dni. Miliony w kilka tygodni. Wojny w Iraku, Afganistanie i Syrii byłyby niczym - podkreśla Dan Pinkston z International Crisis Group.