Siedem lat temu kpt. Wrona lądował bez podwozia. Stewardessa: Chciałam tylko szybko zginąć

O czym myśli załoga samolotu, który ma poważną awarię? - Chciałam, żeby stało się to szybko, żeby się nie męczyć - mówi dziś stewardessa, która przed siedmioma laty leciała z kpt. Tadeuszem Wroną.

Mija siedem lat, od kiedy kapitan Tadeusz Wrona jako pierwszy w historii wylądował Boeingiem 767 bez wysuniętego podwozia. Sprawnie wykonany manewr ocalił od śmierci 220 pasażerów samolotu i sprawił, że kpt. Wrona został ogłoszony bohaterem. 

Marzenie o szybkiej śmierci

W rocznicę wydarzenia, które obserwowała cała Polska, radio RMF FM porozmawiało z jedną ze stewardess, która była w załodze lotu LO 016. Był to jedna z pierwszych długodystansowych tras Magdaleny Gortat po urlopie macierzyńskim. Kobieta przyznała, że myślała o tym, że ma wspierającą rodzinę, która na pewno sobie poradzi.

Te myśli nie dodają jednak otuchy. Ja chciałam tylko szybko zginąć. Chciałam, żeby stało się to szybko, żeby się nie męczyć

- wyznała Gortat. Dodała, że trudno było zachować zimną krew. "W poważny dygot" stewardessa wpadła, gdy zobaczyła samoloty wojskowe, które zostały poderwane z lotniska w Łasku. Przerażające były kolejne etapy akcji - lądowanie, wytracanie prędkości, a później walka z pożarem. 

- A przecież pożar w samolocie to jedno z najgorszych zdarzeń, które w większości przypadków prowadzą do wybuchu, czyli wtórnej katastrofy. Gdy zamykaliśmy jeden etap, wydawało się, że już jest dobrze, to otwierał się kolejny etap. Od początku było to bardzo trudne, graniczne doświadczenie, które trwało jeszcze długi czas po tym wszystkim - tłumaczyła stewardessa. 

 

Gortat przyznała, że miała uczucia bycia blisko śmierci i jest ono "paraliżujące, obezwładniające" - I takie, że szkoda, że już ten moment nastał - powiedziała. Na koniec dodała, że mogłaby oddać wszystkie ordery i uznanie, które wiązało się z lotem sprzed siedmiu lat, gdyby dostała gwarancję, że już nigdy nie będzie musiała przez to przechodzić. 

Lądowanie Tadeusza Wrony

Należący do Polskich Linii Lotniczych LOT boeing 767, który 1 listopada 2011 r. leciał z Newark w USA do Warszawy, nie mógł wysunąć podwozia. Nie zadziałał żaden system wysuwania podwozia: ani podstawowy - hydrauliczny, ani awaryjny - elektryczny. Samolot niemal godzinę krążył nad stolicą, po czym kpt. Tadeusz Wrona zdecydował się lądować awaryjnie bez wysuniętego podwozia. Na pokładzie było 220 pasażerów i 11 członków załogi; nikt nie został ranny.

Jak ustalili biegli, podwozie nie wysunęło się z powodu wycieku płynu z instalacji hydraulicznej. W związku z tym pasażerowie obwiniali producenta samolotu i serwisantów o traumatyczne przeżycia, jakich doznali.

Wrona: Bohaterowie narodowi? To na wyrost powiedziane

Więcej o: