Trzynaście milionów Polaków bez transportu publicznego. "Ze szkoły wracam 5 km na piechotę"

Sytuacja PKS z roku na rok jest coraz trudniejsza. Kolejne oddziały są prywatyzowane, przekształcane, coraz częściej - niestety - likwidowane. Obietnice poprawy tej sytuacji stają się argumentem przy okazji każdych wyborów samorządowych. Tak jest i w tym roku.

W czasie kampanii wyborczej politycy prześcigają się w składaniu obietnic, jednak zmiany, które proponują, często mają niewiele wspólnego z faktycznymi potrzebami Polaków. W cyklu artykułów “To jest problem” prześwietlamy problemy, z którymi władze, zwłaszcza te na szczeblu samorządowym, nie potrafią poradzić sobie od lat. Co czwartek na Gazeta.pl postaramy się zbadać, dlaczego tak się dzieje i czy ich rozwiązanie faktycznie jest aż takie trudne. 

W poprzednich odcinkach:

Nieco ponad miesiąc temu, 2 września, premier Mateusz Morawiecki  na konwencji Prawa i Sprawiedliwości przedstawił program partii na tegoroczne wybory samorządowe. Jednym z najważniejszych punktów jest projekt "Nowoczesna gmina", który zakłada m.in. wsparcie komunikacji autobusowej. - Zamykanie lokalnych dworców PKS i zwijanie linii autobusowych jest niechlubnym symbolem zwijania się Polski - stwierdził. Zadeklarował, że gminom, które będą chciały odbudować połączenia autobusowe, zostaną przyznane podwojone środki finansowe.

Podobne obietnice słyszeliśmy podczas kampanii wyborczej do Sejmu w 2015 roku. Słowa te wróciły do nas 15 września, kiedy pracownicy PKS Krosno protestowali przeciwko polityce partii rządzącej. Na transparencie napisane było: "Zaufaliśmy wam, a wy nas oszukujecie". Chodzi o obietnice byłej premier Beaty Szydło, która w 2015 roku miała deklarować pomoc przedsiębiorstwu w wyjściu z zadłużenia. Tymczasem w 2016 r. komornik zlicytował tabor samochodowy PKS Krosno S.A., a pod koniec listopada zarząd spółki złożył wniosek o jej likwidację. Krośnieński PKS upadł.

To nie jedyny taki przypadek

Zlikwidowanie PKS-u w Krośnie nie jest sytuacją odosobnioną, a wyszukanie dziesiątek bliźniaczych przypadków zajmuje mi kilkanaście minut. I tak na przykład z początkiem tego roku PKS w Rzeszowie zawiesił ponad 30 kursów. Od 1 lipca z obsługi autobusowej kilku podkarpackich powiatów zrezygnował również jedyny duży przewoźnik w Bieszczadach - Arriva. Bez komunikacji zostały powiaty bieszczadzki, leski, sanocki i brzozowski. Decyzja ta jedynie pogłębiła problem, który na Podkarpaciu istnieje od lat.

Jednak nie tylko na Podkarpaciu transport publiczny kuleje. W tym roku w stan likwidacji postawiony został PKS w Lublińcu (woj. śląskie). Był to jeden z nielicznych oddziałów nadal działających w ramach Skarbu Państwa. Od 2017 roku nadzorowany był przez Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa.

Gazeta.pl

Chcesz nam opowiedzieć o problemie, z którym zmaga się Twoja miejscowość? Napisz do nas: listydoredakcji@gazeta.pl

Problemy rosną również w województwie mazowieckim. W ciągu tego roku działalność porzuciło co najmniej kilka oddziałów PKS. Ostatnim przypadkiem jest PKS Płock. W sierpniu na stronie internetowej Grupy Mobilis, do której należał płocki PKS, pojawiła się informacja, że od 1 września firma rezygnuje z wykonywanych przez nią połączeń lokalnych. Podobna sytuacja miała miejsce w czerwcu tego roku. Wtedy działalność zakończyli trzej sprywatyzowani w 2010 roku przewoźnicy z regionu: PKS Ciechanów, PKS Ostrołęka oraz PKS Mińsk Mazowiecki. Jeszcze wcześniej, bo w kwietniu, z około 70 kursów zrezygnował PKS Garwolin, który dwa miesiące wcześniej zlikwidował już 25 połączeń.

Znikające PKS-y. "Białych plam" jest coraz więcej

- Ponad 13 mln ludzi żyje w gminach, w których samorząd nie obsługuje transportu publicznego, wynika z obliczeń Klubu Jagiellońskiego. Do 20% wsi nie dociera jakikolwiek transport, a do wielu pozostałych autobusy dziennie - dane te przytacza Rafał Górski, prezes Instytutu Spraw Obywatelskich, który od kilku lat koordynuje kampanię obywatelską "My pasażerowie - ratujmy transport w regionach".

Dworzec autobusowy PKSDworzec autobusowy PKS Fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Gazeta

Likwidację oddziałów PKS oraz ograniczanie liczby kursów najbardziej odczuwają mieszkańcy wsi i miasteczek, które często leżą z dala od głównej drogi. Tam bowiem nie docierają zwykle ani prywatni przewoźnicy, dla których kursy takie są nierentowne, ani połączenia kolejowe - bo często zwyczajnie nie ma tam stacji. W efekcie na mapie Polski coraz więcej jest tzw. białych plam - miejsc, do których nie dociera publiczny transport zbiorowy.

Według Rafała Górskiego największy problem istnieje w południowo-wschodniej Polsce. Zauważa też, że w różnych miejscach punktowo likwidowane są połączenia autobusowe - chodzi m.in. o Pomorze i województwo mazowieckie. Mieszkańcy tych terenów, jeśli nie posiadają samochodu lub ewentualnie jednośladu, skazani są tak naprawdę na łaskę sąsiadów i nielicznych prywatnych przewoźników, którzy często zawyżają ceny biletów, licząc na większy zysk.

Jedną z takich "białych plam" są Bieszczady. - Tam problem z komunikacją jest tak naprawdę od zawsze - mówi mi Duszan Augustyn, pochodzący z Leska, który jako dziecko przez lata cierpiał z powodu braku transportu zbiorowego. Teraz prowadzi badania w tej dziedzinie na Uniwersytecie Jagiellońskim. - Wielokrotnie było tak, że musiałem zimą wracać pieszo do domu ze szkoły 5 km, bo ostatni autobus odjeżdżał koło 16.00, czyli jeszcze przed końcem moich lekcji. Teraz połączeń jest jeszcze mniej - opowiada. - To rzeczywistość wielu mieszkańców tego regionu, którzy są pozbawieni jakiegokolwiek transportu publicznego - dodaje. Kiedy nawiązuję do wycofania się przewoźnika Arriva, zaznacza, że kilkadziesiąt bieszczadzkich wsi jest odciętych od świata, a do wielu autobusy docierają najwyżej raz lub dwa razy dziennie. Jak więc radzą sobie ludzie mieszkający w tamtych rejonach? - Młodzi najczęściej po prostu wyjeżdżają - stwierdza. - Ci, którzy zostają, są zmuszeni kupić sobie samochód. Inaczej są całkowicie pozbawieni mobilności - tłumaczy mi, zrezygnowany.

"Czekam 1,5 godziny na autobus, więc siedzę w galerii handlowej"

Takie sytuacje zdarzają się niemalże w całej Polsce. Przykładem może być woj. łódzkie. Kuba Lisiecki, uczeń 4 klasy technikum, opowiada mi: - Rano mam autobus o 7:10. Jeśli mam lekcje na 8:00, to spoko, ale jeśli na 8:50, to muszę czekać około 1,5 godziny w szkole, gdy moi koledzy z klasy jeszcze śpią. Kończę lekcje zazwyczaj o 15:05, a autobus o tej samej godzinie odjeżdża z mojego przystanku, więc nie mam szans na niego zdążyć. Kolejny mam dopiero o 16:40. Muszę ponad 1,5 godziny czekać. Chcąc czy nie, muszę coś w tym czasie robić, więc najczęściej przesiaduję w galerii handlowej - tłumaczy.

Ostatni autobus do wsi Kuby odjeżdża o 19.00, więc nie ma możliwości spędzić czasu ze znajomymi. - U mnie nie ma spontanicznych wyjść. Wszyscy moi znajomi piszą do siebie "Wyjdziesz za 5 minut?" i po prostu wychodzą. Do mnie trzeba pisać co najmniej kilka godzin wcześniej, a najlepiej dzień wcześniej - opowiada. Jeszcze trudniej jest w weekendy. W sobotę Kuba ma do wyboru dwa autobusy do pobliskiego miasta - o 9.00 i 12.00. - Wiadomo, że w sobotę czy niedzielę nie ma nawet szans się ze mną spotkać. Pracować w weekend też nie mogę, bo nie mam jak dojechać ani wrócić - twierdzi.

Protest Partii Razem przeciwko likwidowaniu PKS-ówProtest Partii Razem przeciwko likwidowaniu PKS-ów Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta

Na brak transportu zbiorowego narzekają też mieszkańcy powiatu ciechanowskiego, do którego pod koniec września dotarliśmy z kamerą. Choć, jak podkreśla rzeczniczka starosty powiatowego, Barbara Tokarska-Wójciak, powiat ciechanowski był pierwszym w regionie, który zapewnił mieszkańcom alternatywę po wycofaniu się z niego grupy Mobilis, organizując zewnętrzną firmę przewozową z Warszawy, to jednak nie zaspokaja to wszystkich potrzeb mieszkańców. Jest wiele wsi, do których jeszcze niedawno docierały tzw. PKS-y, a teraz przystanki zarastają chwastami. Tak jest np. w Kobylinie.

- Jest tutaj sporo rencistów, nie wszyscy mają samochody, a musimy jeździć do lekarza, np. do Opinogóry. Jak ktoś ma samochód to się umawiamy i jakoś sobie pomagamy, podwozimy się, ale to duże utrudnienie. Na roli nie wszyscy mają czas, żeby podwozić sąsiadów - tłumaczy mi Stanisław Gostkowski, sołtys Kobylina, który zaznacza jednocześnie, że mieszkańcy jego wsi byliby wdzięczni chociażby za jedno połączenie do i z Ciechanowa.

Prywatni przewoźnicy realizują tylko rentowne kursy

Jak alarmują statystyki, problem jest poważny. Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego liczba regularnych połączeń regionalnych zmniejszyła się w Polsce między 2003 a 2017 rokiem o ponad 3 tysiące, a długość linii zmalała o prawie 270 tys. km. Instytut Wsi i Rolnictwa PAN w raporcie z 2017 roku podaje, że ponad 20% sołectw w Polsce pozbawionych jest jakiegokolwiek środka zbiorowego transportu publicznego, a do wielu pozostałych docierają tylko dwa autobusy dziennie.

Bardzo szczegółowy raport "Publiczny transport zbiorowy poza miejskimi obszarami funkcjonalnymi" został opublikowany w 2014 roku przez naukowców Szkoły Głównej Handlowej. Czytam w nim, że "publiczny transport zbiorowy na obszarach niezurbanizowanych ulega regresowi", a autobusy kursują tam "coraz rzadziej, brakuje spójnej informacji oraz udogodnień dla osób niepełnosprawnych. Niektórzy przewoźnicy, wywodzący się z dawnych PKS, upadają".

Jak zaznacza Duszan Augustyn, który od dwóch lat prowadzi badania nad transportem zbiorowym w Bieszczadach, problemy transportu zbiorowego wynikają m.in. z modelu przyjętego w Polsce, który opiera się na dowozie dzieci do szkół. Przewoźnicy, aby w ramach refundacji otrzymywać od urzędu marszałkowskiego jak największe dopłaty za bilety sprzedawane ze zniżką (głównie uczniowskie), zawyżają ich ceny. Stają się one jednak ekonomicznie nieopłacalne, a czasem – nieosiągalne, dla dorosłych mieszkańców pozbawionych tych zniżek. A im mniej klientów korzysta z tras, tym częściej przewoźnicy redukują nierentowne kursy.

Wybory samorządowe. Ustawa nie pomaga władzom lokalnym?

Kolejną bolączką jest brak integracji taryfowej przewoźników, którzy nie honorują biletów długookresowych zakupionych u innych przewoźników kursujących na tej samej trasie. - Ludzie są przez to pozbawieni możliwości korzystania z pełnej oferty - tłumaczy mi Duszan.

Według niego brakuje również odpowiednio ułożonych i wzajemnie dopasowanych rozkładów. - Są tworzone tak, aby zabrały jak największą liczbę pasażerów na liniach, które są dochodowe. Połączenia na trasach deficytowych stanowią zwykle "dodatek" do oferty - wyjaśnia. Jak dodaje, w efekcie autobus kończy trasę, nie dojeżdżając do miejscowości docelowych dla mieszkańców, przez co muszą oni organizować sobie inny transport lub długo czekać na kolejne połączenie.

Chcesz nam opowiedzieć o problemie, z którym zmaga się Twoja miejscowość? Napisz do nas: listydoredakcji@gazeta.pl

Ten rok pokazał, w jak tragicznej sytuacji jest polski transport zbiorowy. Wiele problemów wynika z niejasności i nieszczelności ustawy o publicznym transporcie zbiorowym, która weszła w życie w 2010 roku. Jest w niej napisane, że zorganizowanie transportu leży w kompetencji gminy, powiatu i województwa w zależności od zasięgu transportu. Jest to jednak na tyle niejasne, że jednostki te przerzucają odpowiedzialność jedna na drugą. Co więcej, bilety kupowane z ustawową zniżką mają być refundowane przez jednostki samorządu terytorialnego, co nie zachęca ich do tworzenia nowych połączeń. Często też nie mają na to pieniędzy. - Przez ileś lat była mowa o tym, że nowa ustawa zmieni katastrofalną sytuację w tym obszarze, jednak nic się nie zmieniło. Świadczy to o braku woli politycznej lub braku kompetencji i pomysłu, jak tę kwestię rozwiązać - mówi Rafał Górski.

Brak dostępu do transportu powoduje wykluczenie

Wszystko to prowadzi do tzw. wykluczenia transportowego. Chodzi o brak możliwości korzystania z transportu publicznego, co przekłada się na konkretne skutki społeczne. - Tam, gdzie transportu publicznego nie ma, zwiększa się bezrobocie. Nie każdego stać na samochód i na jego utrzymanie, a część miejsc pracy jest związana z dojazdem do nich - tłumaczy mi Rafał Górski. - Problem dotyka często dzieci i osób starszych, którzy nie mają możliwości prowadzić samochodu, są więc w pewien sposób odcięci od cywilizacji. Wykluczenie transportowe w przypadku dzieci często determinuje też wybór szkoły. Młodzież ma określone mocne strony, ale nie jest w stanie ich w pełni wykorzystać, bo jest odcięta od szkoły, która dałaby im takie możliwości - dopowiada. 

- Transport zbiorowy to nie jest kolejna przestrzeń rynkowa, ale narzędzie, którym można kształtować potencjał regionu i mieszkańców. Wiele krajów europejskich już dawno to zrozumiało, my jeszcze nie - podkreśla Duszatyn Augustyn. - Mimo, że połączenia mogą często nie przynosić dochodów, koszty społeczne wykluczenia transportowego są o wiele wyższe. Potrzeba jednak odpowiedniej polityki transportowej - dodaje.

-  Z naszych rozmów z przewoźnikami wynika, że byliby w stanie obsługiwać mniej dochodowe połączenia, o ile obok nie funkcjonowałyby inne firmy, które jeżdżą tylko na lukratywnych kursach, bo takiej konkurencji nie są w stanie wytrzymać - twierdzi Rafał Górski. Podkreśla, że samorządy nie będą w stanie same rozwiązać tej sytuacji. - Powinna być wola polityczna ze strony rządu, aby przy jednym stole usiadły różne strony, również przedstawiciele pasażerów, co do tej pory się nie zdarzyło, i wypracowały wspólne najlepsze rozwiązania. Bez nacisku różnych lobby zewnętrznych, którym zależy na zysku, a nie na dobru wspólnym, jakim jest transport publiczny poza miastami - zaznacza.

Trzy słowa, jedna kategoria: Polska. Uda ci się rozpoznać, o co pytamy?
1/11Wały Chrobrego, Dąbie, Pogoń. Chodzi o:
Zobacz także
  • Krzysztof Drynda, lider Razem dla Opola Wybory samorządowe 2018. Razem dla Opola obiecuje 5 mln złotych na fundusz chodnikowy
  • Wybory samorządowe 2018. Straż miejska w Gdyni usunęła bilbordy kandydatów PiS Wybory samorządowe 2018 w Gdyni. Straż miejska usunęła mobilne billboardy kandydatów PiS
  • Wybory samorządowe Wybory samorządowe 2018. Jak dopisać się do rejestru wyborców? I kiedy to zrobić?
Komentarze (380)
Trzynaście milionów Polaków bez transportu publicznego. "Ze szkoły wracam 5 km na piechotę"
Zaloguj się
  • wloczykijas

    Oceniono 66 razy 46

    Czego by nie mówić o "komunie", to jednak centralnie zarządzana kolej oraz PKSy (i inne sieci autobusowe) działały. Teraz gros samorządowców (radnych, wójtów, burmistrzów czy prezydentów) ma w nosie problemy komunikacyjne związane z transportem zbiorowym. Sami najczęściej jeżdżą samochodami, więc co się będą przejmować...

  • bogdan_mowi_bankowy

    Oceniono 58 razy 30

    -Ja to proszę pana mam bardzo dobre połączenie. Wstaję rano, za piętnaście trzecia. Latem to już widno. Za piętnaście trzecia jestem ogolony, bo golę się wieczorem, śniadanie jadam na kolację,więc tylko wstaję i wychodzę.
    -No ubierasz się pan
    -W płaszcz jak pada. Opłaca mi się rozbierać po śniadaniu?
    -Aaaa...fakt.
    -Do PKS mam pięć kilometry. O czwartej za piętnaście jest PKS.
    -I zdanżasz Pan?
    -Nie, ale i tak mam dobrze, bo jest przepełniony i nie zatrzymuje się. Przystanek idę do mleczarni, to jest godzinka. Potem szybko wiozą mnie do Szymanowa. Mleko, wiesz pan, ma najszybszy transport, inaczej się zsiada. W Szymanowie zsiadam, znoszę bańki i łapię EKD. Na Ochocie w elektryczny, do Stadionu. A potem to mam już z górki, bo tak: 119, przesiadka w trzynastkę, przesiadka w 345 i jestem w domu. To znaczy w robocie. I jest za piętnaście siódma. To jeszcze mam kwadrans.To jeszcze sobie obiad jem w bufecie.To po fajrancie już nie muszę zostawać, żeby jeść, tylko prosto do domu i góra 22.50 jestem z powrotem. Golę się, jem śniadanie i idę spać ;))))

  • e-mucha.info

    Oceniono 27 razy 15

    W Nowej Soli samorząd utworzył spółkę, pod jej skrzydłami znalazły się sąsiednie gminy, które nie tylko zostały porządnie skomunikowane, ale dodatkowo uzyskały nowoczesną infrastrukturę. Dwie z gmin wyłamały się na samym początku projektu i dziś mieszkańcy mają ogromne pretensje do swoich włodarzy .. Mądry Polak po szkodzie. Brawo Nowa Sól

  • bi1234

    Oceniono 36 razy 14

    Transport publiczny (PKS) likwidowany był przez lata. Tak rządzący "przejmowali się" potrzebami terenu. Ale gdy nadchodzą wybory, wszystkie gęby chcących się załapać na ciepłe posadki są pełne obietnic naprawy sytuacji. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że nic się nie zmieni...

  • jacek.norge

    Oceniono 34 razy 14

    NO MATEUSZEK RUSZAJ I DAWAJ AUTOBUSY BO PRZECIEZ WSZYSTKIM DAJESZ!!!

  • next-mcgyver2

    Oceniono 23 razy 13

    A tymczasem w Czechach do każdej dziury zabitej dechami dojadę autobusem. Niekiedy także pociągiem. Aż człowiek się dziwi patrząc przez okno jak może istnieć stacja kolejowa na takim wygwizdowie. W Niemczech podobnie. Niestety transport publiczny jest nierentowny i po prostu musi być dotowany z budżetu Państwa. Osobiście wolałbym składać się na transport niż na 500+ czasami dla patoli.

  • marc.pl

    Oceniono 24 razy 12

    Gdyby tam był Patryk Jaki to na pewno obiecałby mieszkańcom tych rejonów budowę metra.

  • dunajec1

    Oceniono 17 razy 11

    A moze by tak te problemy zglosic krolowi czy tez krolowej kraju? Przeciez zaufaliscie im....

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane

Najnowsze informacje