Bosacki: "Niezachwiana" i "trwała" troska o pokój. Kim kręci jak zawsze, a Trump się cieszy

Szczyt Donalda Trumpa z Kim Dzong Unem - poza samym faktem spotkania prezydenta najpotężniejszej demokracji świata z wodzem najokrutniejszej dyktatury - nie miał w sobie nic "historycznego". Jego wyniki są niepewne i miałkie. A mimo to płyną z niego bardzo ciekawe wnioski - także dla nas w Europie i Polsce.

Pod rozgrzanym azjatyckim niebem przywódca amerykański ogłasza: "To były szczere, dobre rozmowy". "Pan przewodniczący to przywódca energiczny i inteligentny”. „Wierzę, że wspólnie wiele osiągnęliśmy". "Zagrożenie nuklearne ze strony Korei Północnej minęło" -  to byłoby trafne streszczenie tego, co dziś w Singapurze mówił Trump. Tyle że to cytaty z moich notatek sprzed 24 lat – z czerwca 1994 roku.

W Seulu, jako młody dziennikarz, na konferencji prasowej słuchałem Jimmy’ego Cartera – byłego prezydenta USA, ale pracującego jako wysłannik dla ówczesnego prezydenta Billa Clintona. Carter właśnie wrócił przez międzykoreańską granicę z rozmów z Kim Ir Senem – dziadkiem Kim Dzong Una, z którym dziś negocjował Trump. Efektem misji Cartera było w 1994 roku tzw. Porozumienie Ramowe, w którym Kim Ir Sen (a potem jego syn Kim Dzong Il) w zamian za znaczną pomoc gospodarczą zamrozili swój – raczkujący wówczas - program nuklearny i wpuścili inspektorów międzynarodowych do stacji uzdatniania plutonu w Jongbjon. Pomoc USA, Japonii i Korei Południowej pomogła reżimowi Kimów przetrwać największy kryzys gospodarczy kraju w drugiej połowie lat 90., podczas którego zmarły z głodu dziesiątki (a może setki) tysięcy ich poddanych. Po roku 2000 okazało się zaś, że obok programu uzdatniania plutonu Phenian rozwijał równolegle program wzbogacania uranu – łatwiejszy do ukrycia.

Kolejny kryzys nuklearny w Korei zakończył się w 2005 porozumieniem Szóstki – w którym kolejny Kim (Dzong Il) kolejnemu prezydentowi USA (Bushowi) oferował to samo – zamrożenie programu nuklearnego i inspekcje międzynarodowe – w zamian za uznanie i pomoc gospodarczą. Jako akuszerzy umowy służyli Rosjanie, Chińczycy, Japończycy i Koreańczycy z Południa. Mimo to po trzech latach Kim wyrzucił inspektorów międzynarodowych a potem zdołał zbudować ładunki atomowe i skutecznie przetestować rakiety do ich przenoszenia.

Partyjna nowomowa i niewiele więcej

Porozumienie, które dziś podpisali Kim Trzeci i Trump jest dużo bardziej ogólnikowe, niż dwa poprzednie. Nie może być inaczej – tamte były zwieńczeniem wielomiesięcznych prac i ustaleń ekspertów, dzisiejsze dopiero zaczyna proces negocjacji przez nich konkretów.

Trump w marcu ad hoc zgodził się na ten szczyt – bez uzgodnień ze współpracownikami - a potem odmawiał osobistego wchodzenia w szczegóły. Dlatego dzisiejszy dokument to tylko deklaracja intencji. Trump zobowiązuje się do zatwierdzenia gwarancji bezpieczeństwa KRLD, w zamian Kim "potwierdza twarde i niezachwiane zobowiązanie do całkowitej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego". Problem w tym, że to niby przełomowe sformułowanie jest tak naprawdę powtórzeniem partyjnej nowomowy Kimów. "Trwała i niezachwiana walka o pokój" oraz o "troska o denuklearyzację" to określenia, którym reżim szermuje od lat - oczywiście równocześnie się zbrojąc. Teraz reżim to "potwierdza". Z wymuszenia na Amerykanach tego sformułowania ludzie Kima, który przez 6 lat "twardo i niezachwianie" Półwysep Koreański przecież nuklearyzował, muszą czerpać perwersyjną satysfakcję.

Oświadczenie nie daje jakichkolwiek definicji, na czym miałaby polegać całkowita denuklearyzacja, żadnych ram czasowych ani praktyki inspekcji. Ale – i u widać czujną rękę fachowców z dyplomacji amerykańskiej – na razie nie daje też nic konkretnego Kimowi. Sankcje pozostają w mocy, nie ma mowy o pomocy finansowej.

Trump silniejszy niż system

Co więc będzie dalej? Może być też tak, że w zamian za uznanie, ustanowienie relacji dyplomatycznych i jakąś pomoc finansową Kim przeprowadzi częściowe, nawet poważne rozbrojenie nuklearne i widmo konfliktu z państwem nuklearnym się oddali na długie lata. Ale w to, że możliwe jest rozbrojenie całościowe, nie wierzę – zdolności nuklearne są dla tego reżimu najważniejszą polisą ubezpieczeniową. Może też być tak, że za kilka miesięcy, przy większym oporze Kima w sprawie inspekcji instalacji nuklearnych, albo gdy złapią go znów na oszukiwaniu, Amerykanie wstaną od stołu i całe porozumienie będzie warte tyle, co zużyty papier i atrament.

Próbować dyplomacji trzeba. Próby Cartera/Clintona z 1994 roku i Busha z roku 2005, choć ostatecznie okazały się fiaskiem, coś jednak dały. Gdyby nie one, Kim miałby dziś sto kilkadziesiąt ładunków nuklearnych a nie kilkanaście. Jednak nie powinniśmy się łudzić ani kupować propagandowych okrzyków o „historycznym porozumieniu” i „nowej erze pokoju”. Bo fakty są takie, że Kim wnuk w roku 2018 ma nieporównanie silniejszą pozycję wobec USA i Zachodu niż Kim dziadek ćwierć wieku temu. W 1994 roku Korea Północna być może miała zdolność wyprodukowania dwóch atomówek i zrzucenia ich 50 km od granicy na Seul. Dziś ma kilkanaście i rakiety zdolne skierować je na Alaskę a być może Los Angeles.

Przykład Korei, Iranu, ale i Rosji Putina czy Turcji Erdogana pokazuje przewagi strategiczne państw dyktatorskich czy autorytarnych nad demokratycznymi. Nie polegają one na wyższości idei, systemu politycznego czy gospodarki, tylko na konsekwencji. Kierowanym przez jednego władcę (dynastię, klan) państwom, nawet ułomnym gospodarczo, łatwiej jest osiągać jasno zdefiniowane cele strategiczne niż takim, które zmieniają te cele co 4 lub 8 lat w rytmie wyborczym, albo – jak w wypadku polityki USA wobec Korei – uczą się tego samego wciąż od nowa. To lekcja pierwsza.

Druga dotyczy politycznego modus operandi Ameryki Trumpa. Od dwóch lat eksperci przekonują nas, że rola ekstrawaganckiego prezydenta jest przeceniania, bo ostatecznie i tak w systemie USA niewiele można zmienić (na lepsze czy gorsze). Ostatnie 48 godzin pokazały ostatecznie, że w USA prezydent jest, zwłaszcza w polityce zagranicznej, ponad systemem.

Trump pojechał do Kanady na szczyt G7, gdzie system (czyli dyplomaci i ekonomiści) wynegocjowali kompromisową treść końcowego porozumienia. Trump zdenerwował się na parę słów premiera Kanady i porozumienie jednym tweetem storpedował – tym samym kierując stosunki wewnątrz kluczowych państw Zachodu na poziomy bliskie dna.

Trump wymusił na systemie szczyt w Singapurze z Kimem, choć było wiadomo, że będzie to medialne show. System (dyplomaci) wynegocjowali ogólnikowy, ale nie szkodzący interesom USA tekst porozumienia. Wszystko gra? Nie. Na konferencji prasowej Trump – jak królika z kapelusza – wyciągnął Kimowi obietnicę wstrzymania wspólnych amerykańsko-południowokoreańskich manewrów wojskowych. Obietnicę nie konsultowaną wcześniej z Seulem. Polityka amerykańska – zawsze arogancka - stała się nieprzewidywalna.

Ton nadaje ekscentryczny neurotyk, częściej kierowany instynktem niż analizami, szukający raczej poklasku niż realizacji wymiernych interesów. Tym się różni rok 2018 od 1994. I tak będzie do 20 stycznia 2021 roku. Co najmniej.

Marcin Bosacki jest reporterem, publicystą i dyplomatą. Był m.in. korespondentem "Wyborczej" w USA, szefem działu zagranicznego tej gazety, a także ambasadorem RP w Kanadzie. 

Więcej o:
Komentarze (239)
Marcin Bosacki o szczycie Kim-Trump: wygrała partyjna mowomowa
Zaloguj się
  • oelefante

    Oceniono 27 razy 9

    A jaką inną opinię może mieć pan Bosacki, miłośnik nadymanego przez media produktu reklamowego, jakim był Barack Obama. Człowiek, który awansem otrzymał pokojowego Nobla za kolor skóry i składanie pustych obietnic, człowiek, który potem napluł w twarz komitetowi noblowskiemu prowadząc najbardziej długotrwałe wojny w historii amerykańskich prezydentów, zwiększając wydatki na zbrojenia do niespotykanego wcześniej poziomu, rekordowo zwiększając eksport amerykańskiej broni, rozbudowując do niebywałych rozmiarów program wykorzystywania dronów i wywalając z USA więcej emigrantów niż wszyscy prezydenci przed nim razem wzięci.

  • mazzini890

    Oceniono 6 razy 6

    I skąd ta miłość pisu do Dona, już pokazał,że w razie czego oleje ich na maxa.

  • mazzini890

    Oceniono 6 razy 6

    Trumpowi należy życzyć tu powodzenia, co może jest tu jakimś początkiem, sensownego procesu.Może.Ale jak na razie to wygląda to tak samo jak poprzednie tego typu układów i obietnic USA-Korea Płn.Piękne słowa, obietnice.Na razie mało realnych działań.Zobaczymy co dalej.Ale Trump musi to nagłośnić potrzebuje sukcesu.

  • Misiek 007

    Oceniono 8 razy 6

    a to pan Bosacki siedzi u prezydenta USA w głowie i wszystko wie...chyba Trump nie taki frajer skoro dorobił się takich pieniędzy...a może pan Bosacki pokaże klasę i spotka się z Kimem

  • ual123

    Oceniono 25 razy 5

    D. Trump - miliarder, prezydent USA otoczony kilkudziesięcioma doradcami i ekspertami.
    M. Bosacki - who the fuck is Bosacki?
    D. Trump - "to historyczna chwila"
    M. Bosacki - "nie dajcie się nabrać"

    Panie Bosacki, oczywiście że niewiele się zmieni w krótkim okresie. A czego się Pań spodziewał? Że Korea w 24h po szczycie odda rakiety i stanie się gospodarką wolnorynkową? Nie bądź Pań śmieszny. Szczyt być może zapoczątkował jakieś zmiany ale one będą widoczne w długim horyzoncie czasu. Coś jak z wizytą JP2 w PRL w '79.
    Artykuł ponownie z dupy. Nic nie wnosi, żadnych faktów, założeń i wyników analizy...

  • nostalgiczna.emigrantka

    Oceniono 23 razy 5

    A pan Bosacki tak bardzo chce wojny? Polecam przeprowadzke do Somalii, Afganistanu, Pakistanu, nawet Iraku. Tam pan Bosacki bedzie mial okazje przekonac sie osobiscie, jakie to jest dziwne uczucie, jak kule swistaja nad glowa, a bomby leca z dronow zupelnie bez powodu.

    Niewazne jest, kto z kim mial spotkanie gdzie. Wazne jest, ze z tego NIE BEDZIE wojny, panie Bosacki. Pan powinien pamietac, (albo wiedziec z historii), ze nawet taki kretacz jak Nixon, zmienil swiat, kiedy sie wybral do Chin.

  • Paul S

    Oceniono 8 razy 4

    Ten szczyt opóźniał się, bo potrwało trochę, zanim Kim potrenował przed lustrem tyle, że mógł wydobyć zdanie „Zrezygnuję z bomby, bo ufam umowie z Trumpem”, nie wybuchając śmiechem.
    Chomik trzymający sobie ludzi w klatce wystraszył się i próbuje biegnąć w kołowrotku w drugim kierunku. Ale tylko dlatego, bo kołowrotek pozwala mu nie ruszyć się przy tym z miejsca.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX