Lekarz: Po dobie pracy mam dzień wolny. Niektórzy muszą pracować ciągiem [SZPITALNY WYZYSK]

Co złego zrobił dyskursowi o ochronie zdrowia Balcerowicz, ile nadgodzin w lekarskim światku wyznacza fajny miesiąc, dlaczego warto w Wigilię szukać pracy w szpitalu i jak rozwiązać wszystkie problemy za pomocą pieniędzy? O tym w rozmowie z Gazeta.pl opowiada Damian Patecki, wiceprzewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL.
Szanowni Czytelnicy! Służba zdrowia nam się sypie kawałek po kawałku. W naszym cyklu "Szpitalny wyzysk" publikujemy trzy mocne rozmowy: z pielęgniarką, ratownikiem medycznym i lekarzem. To oni na co dzień od rana do wieczora tkwią w samym sercu tego chorego systemu. Przeczytajcie, w jakich pracują warunkach i dlaczego - nawet po ośmiu godzinach czekania na pomoc w SOR-ze - nie ma sensu wyładowywać na nich frustracji.
Zapraszamy do dyskusji, czekamy na Wasze listy-felietony pod adresem listydoredakcji@gazeta.pl.

Kacper Świsłowski, Gazeta.pl: Przyjmijmy, że na jeden dzień, zostaje pan ministrem zdrowia z nieograniczonymi możliwościami. Co pan robi?

Damian Patecki, lekarz rezydent anestezjologii i intensywnej terapii w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. Kopernika w Łodzi, wiceprzewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL: Minister zdrowia to taka osoba, która jest trochę pozbawiona wpływu na rzeczywistość i porusza się w ramach wyznaczanych mu przez premiera i ministra finansów. Zawsze zależna od kogoś, taki petent.

To inaczej: jako minister zdrowia może pan podnieść wszystkie tematy, które warto włączyć do ogólnopolskiej debaty o ochronie zdrowia.

- Problemów jest sporo. Na pewno niedobór lekarzy, który sprawia, że często z poczucia obowiązku przychodzimy do pracy, nawet lekko chorzy. Wiemy, jak nasza nieobecność może wpłynąć na pracę zespołu, w którym pracujemy.

A w myśl lekarskiego fachu remedium na taki stan rzeczy?

- W praktyce dosyć łatwo to rozwiązać: zwiększyć nakłady pieniężne na ochronę zdrowia, podwyższyć wynagrodzenia i ściągać lekarzy z zagranicy. Zrobić w zasadzie to samo co inne kraje na świecie i zacząć konkurować o kadrę medyczną. W taki sam sposób jak prywatne firmy konkurują o programistów.

Można ironizować, że to powtarzana recepta od lat: dosypać pieniędzy.

- Najprostsze rozwiązania są najlepsze, ale zamiast zmierzyć się z rzeczywistością, wypieramy ją, szukając wyimaginowanych oszczędności czy też uszczelniania systemu. Niestety, od czasów Balcerowicza w dobrym tonie jest powtarzanie, że ochrona zdrowia to worek bez dna. Tyle że to jeden z większych błędów intelektualnych, jaki popełniany jest w debacie publicznej na ten temat. Ochrona zdrowia oczywiście przerobi dodatkowe pieniądze, które do niej trafią, ale to przekłada się na korzyści.

Zoperujemy więcej ludzi, osoby starsze dostaną protezy czy zostanie u nich wyleczona zaćma. Takie ukryte potrzeby zdrowotne są w Polsce naprawdę duże, a te pieniądze zostaną wykorzystane do poprawy zdrowia obywateli.

Czyli wystarczy zacząć wydawać jeszcze więcej pieniędzy, by wszystko się unormowało. To rozwiązanie powtarzane od lat.

- Ale też prawdziwe, dobrym przykładem dosypania pieniędzy są właśnie wspomniane endoprotezy i leczenie zaćmy. Zwiększono na to fundusze, lekarze w szpitalach dzień i noc zakładają te protezy, leczą zaćmę, to poprawia zdrowie obywateli, ale dodatkowo zarabiają także pracownicy. To pokazuje, jak w zasadzie wszystkie problemy świata można rozwiązać za pomocą pieniędzy.

To przykłady konkretnych, nielicznych projektów na skalę ogólnopolską, ale nadal trudno nie twierdzić, że zaspokojenie potrzeb polskiej służby zdrowia naprawdę wymaga ogromnych funduszy.

- Często w dyskusjach pojawia się pewien rodzaj populizmu: co z tego będą mieli pacjenci, na przykład w kontekście szpitali i ich zadłużenia? Na pierwszy rzut oka nic, ale gdy uruchomimy długofalowe myślenie, zmienia się wiele. W tej chwili zadłużenie szpitali wynosi 11 mld zł. Jeśli dołożymy do systemu na ten cel taką kwotę, wyrównamy tę dziurę.

W dłuższej perspektywie to byłoby bardzo komfortowe, zdjęłoby z dyrektorów to obciążenie, myślenie o długu. Mogliby się zająć poprawą warunków placówki. Jednocześnie szpitale przestałyby płacić odsetki. Przecież państwo zadłuża się taniej niż szpitale, płaci mniejsze odsetki. Patrząc z tej perspektywy, olbrzymie zadłużenie to po prostu skrajna niegospodarność, marnowanie publicznych pieniędzy.

Damian PateckiDamian Patecki Fot. Adam StÄpie?' / Agencja Gazeta

Jednak ktoś te szpitale zadłużył, to się nie stało samo.

- Są różne szpitale, na przykład mój jest dobrze zarządzany i poukładany, ale to dlatego, że mój szpital, jeden z 14 centrów urazowych w kraju, jest po prostu potrzebny, to też duży ośrodek onkologiczny. Ma sformatowaną, określoną wizję. Niektórym szpitalom tego właśnie brakuje, nie wiadomo, jaką funkcję mają pełnić. Czasami warto się zastanowić, czy nie lepiej byłoby zlikwidować część szpitali...

I właśnie zyskał pan pewnie z kilkuset wrogów, głównie wśród pacjentów, ale wśród kadry medycznej również.

- Jeśli są szpitale, które mają kłopoty kadrowe, finansowe albo są pozostawione ze względów politycznych, to dlaczego nie? Myślę, że to też jeden z problemów - nie wszystkie szpitale są właściwie do końca potrzebne. Można je likwidować, profilować na nowo.

Kolejki do szpitali się wydłużają, a pan chce likwidować placówki?

- A czy my musimy wszystkich pchać do szpitali? Czy nie dałoby się ludzi leczyć jednodniowo, obsługiwać w poradniach? To wszystko wymaga zmiany filozofii!

W takim razie należy przenieść część obowiązków dużych szpitali na mniejsze placówki? Poradnie, przychodnie? Dużo mówi się o tym, że spora część wizyt u lekarza dotyczy tylko odnowienia recept.

- Ten obecny schemat, który funkcjonuje, w ogóle jest bez sensu.

To jak w tym bezsensownym systemie wygląda pana dzień? Wstaje pan i...

- W pracy muszę być za dziesięć ósma, żeby zdążyć się przebrać, bo o ósmej zaczynamy odprawę. Dojeżdżam do szpitala rowerem...

Rezydent, który właśnie dostał od ministra zdrowia podwyżkę?

- To taki nawyk, który został mi po kradzieży auta. Nie miałem pieniędzy, żeby kupić nowe, więc do poprzedniego szpitala jeździłem 12 kilometrów w jedną stronę, niezależnie od pory roku. Teraz pracuję bliżej, więc jest 7,5 kilometra.

Czyli na początek rower, a potem?

- Odprawa, omawiamy stan pacjentów, rozmawiamy o tym, co działo się na dyżurze. Potem zabieram ze sobą leki i idę na blok, gdzie zazwyczaj czeka na mnie już pierwszy pacjent. Jako anestezjolog jestem zobowiązany, żeby z nim porozmawiać, sprawdzić badania, wypytać, czy dostosował się do zaleceń. Dopytać po prostu o rzeczy, o których dzień wcześniej - bo dzień przed zabiegiem także taką rozmowę przeprowadzam - mógł mi nie powiedzieć albo o tym zapomnieć.

Ilu pacjentów jest dziennie do przerobienia?

- Teraz mam na przykład przydział na ortopedii. Jeśli wszystko idzie sprawnie, jesteśmy w stanie zrobić nawet cztery duże zabiegi w ciągu dnia plus inne obowiązki, jak konsultacje chirurgiczne czy przygotowanie pacjenta do zabiegu.

7.50 start, a koniec pracy?

- Sporo zależy od dnia, ale około 14.30-15 kończę zabiegi, a później, w zależności od przydziału, rozmawiam z chorymi, którzy będą następnego dnia operowani. To ważne, by dobrze ich przygotować, zapoznać ze znieczuleniem. Im bardziej uda mi się sprawić, że pacjent zaufa lekarzowi, tym następnego dnia łatwiej będzie go przeprowadzić przez proces znieczulenia, będzie się mniej stresował. To trwa do 15.30, czasami trochę dłużej.

To już taka praca z bardziej uczłowieczonym pacjentem, nie tylko z medycznym obiektem.

- Żeby było jasne: dla mnie praca z człowiekiem jest czymś, co daje najwięcej satysfakcji, najbardziej frustruje mnie zaś pisanie papierów. Przygotowanie i ocena przedoperacyjna to nasz obowiązek, który ma za zadanie maksymalnie zwiększyć bezpieczeństwo pacjenta.

Zdarzają się pacjenci z nierozpoznanymi chorobami lub tacy, którzy nie byli wcześniej leczeni. Zebranie informacji nie tylko wymaga dobrego kontaktu z nimi, ale też znacząco wpływa na cały proces leczenia. Operując pacjenta w trybie planowym, czyli kiedy zakłada się, że możliwa jest poprawa jego ogólnego stanu zdrowia, można zaszkodzić, mimo że chce się pomóc. Trzeba wtedy odroczyć zabieg. To jest bardzo trudna decyzja, wymagająca wnikliwej analizy. Zawsze trzeba myśleć o tym, co jest najlepsze dla pacjenta, i minimalizować ryzyko, które pomimo naszych starań zawsze występuje.

Są takie dni, takie zabiegi, że człowiek przygotowuje się do dużego zabiegu jak na wojnę. Zakładamy duże wkłucia do żył, aby mieć pewność, że w razie czego będziemy mogli szybko toczyć płyny i krew, upewniamy się, że mamy zabezpieczonych dużo preparatów krwiopochodnych, rozszerzamy monitoring, dbamy o to, by pacjent cały czas utrzymywał właściwą temperaturę. Nade wszystko dbamy o samego pacjenta i staramy się przeprowadzić go przez cały zabieg w taki sposób, który wiąże się z jak najmniejszą traumą. Po czym chirurg otwiera brzuch i okazuje się np., że dany guz jest nieoperacyjny, wszystkie te poczynione przez nas środki bezpieczeństwa nie będą potrzebne i kończymy zabieg. Jakiś czas później czuję pewien rodzaj smutku, którego nie potrafię zidentyfikować, po czym uświadamiam sobie, że ktoś stracił szansę na wyleczenie. Nie wiem, czy takie rzeczy powinny mnie dotykać, ale bardzo trudno jest od tego uciec, a zarazem zachować empatię.

Godzina 16 nie zawsze wyznacza koniec pracy, są dyżury, dyżury na telefon.

- W moim szpitalu akurat dyżurów telefonicznych nie ma. Ponieważ jesteśmy jednym z 14 centrów urazowych w Polsce, są tylko normalne dyżury. Na każdym z nich jest pięciu anestezjologów, mamy nie tylko duży oddział intensywnej terapii, ale też duży blok operacyjny, który pracuje całą dobę.

Pięciu anestezjologów na dyżur, a ilu jest łącznie w szpitalu?

- Około 30. To daje duży margines bezpieczeństwa. Jeden urlop nie wpływa na pracę zespołu, ale i tak jest ciężko, te braki kadrowe są odczuwalne. Znam przypadki oddziałów, gdzie jest 3-5 lekarzy, a choroba jednego oznacza jedno - dramat.

Podsumowując: ile tygodniowo, miesięcznie pan pracuje?

- Luty był dosyć fajnym miesiącem, pracowałem po 48 godzin tygodniowo, czyli razem 192 godziny.

Fajny miesiąc, 32 nadgodziny.

- Udało mi się pooddawać swoje dyżury w ramach solidarności z kolegami i koleżankami, którzy protestowali. W marcu i kwietniu będzie już więcej. W marcu będzie to około 250 godzin w miesiącu - mam wtedy dwa dyżury po 24 godziny i cztery po 16 godzin. Z kolei w kwietniu to będzie jakieś 270 godzin. W marcu na przykład każdy wziął odpowiednią liczbę dyżurów, ponieważ część osób idzie na zwolnienia czy urlopy.

Jak te dyżury wyglądają w praktyce?

- W poniedziałek po ośmiu godzinach pracy mam na przykład dyżur 16-godzinny. Czyli kończę o 15.30 i zostaję do 8 rano. Natomiast pełne, odgórne, 24-godzinne dyżury występują tylko w soboty, niedziele i święta.

I tak sobie pracujecie, notując po 80-90 nadgodzin, za ile?

- Moja podstawowa pensja po podwyżce od ministra Radziwiłła i proteście głodowym, który zorganizowałem, to 4,5 tys. zł brutto. To pensja podstawowa, bez dyżurów. Przy mniej więcej sześciu dodatkowych dyżurach ta kwota się podwaja. Tyle dobrego, że mam umowę o pracę, więc zgodnie z prawem po takim dyżurze mam dzień wolny, ale są takie miejsca w Polsce, gdzie lekarze mają zlecenia lub kontrakty i tam pracują ciągiem.

Protest lekarzy rezydentówProtest lekarzy rezydentów Fot. Bartosz Banka / AG

To około 9 tys. zł brutto i pewnie jakieś dodatki.

- Zgodnie z prawem lekarze, pracownicy szpitali mają dodatek stażowy, który po pięciu latach pracy wynosi 5 proc. i następnie co roku rośnie o 1 proc. Są też miejsca, gdzie przed protestem lub po nim dyrektorzy zaczęli dosypywać pieniędzy, ale to ma trochę niestały charakter. To tak, jakby pracodawca w niektóre miesiące dawał dodatkowe pieniądze, a w niektóre nie. To oczywiście samo w sobie jest fajne, ale niestabilne, bo nie pozwala zaplanować życia, wydatków.

Są tacy, którzy takiej pensji, mimo tego czasu pracy, po prostu lekarzom zazdroszczą. Dochodzi jeszcze wątek dorabiania w innych placówkach medycznych.

- Ja jestem w swoim szpitalu na etacie, nigdzie indziej nie pracuję, nie dałbym rady inaczej. Problemem jest regeneracja po 24-godzinnym dyżurze. Jeśli on wypada od czasu do czasu, to można się z tym jakoś uporać, ale jeżeli regularnie dyżurujemy, to musi dojść do radykalnego przeorganizowania trybu życia. Owszem, można byłoby stwierdzić, że super, lekarze dorabiają na dyżurach, że można tych pensji zazdrościć. Tylko to jest bez porównania z pensjami programistów, którzy spędzają każdy weekend w domu.

I pewnie mają czas, o czym wielokrotnie mówili rezydenci, na dalsze doskonalenie się.

- Mimo tego obciążenia, łączenia pracy z życiem prywatnym staram się też znajdować czas na rozwój, śledzenie literatury. W kwietniu jadę na konferencję, co mnie cieszy. Problem w tym, że jadę na nią po dyżurze (śmiech). Mam nadzieję, że nie będzie za ciężki, żebym mógł z tego skorzystać. Dobrze jest każdego dnia znaleźć choć trochę czasu na czytanie czegoś, cały czas trzeba się rozwijać, to jedna z zalet tej pracy - ciągły aspekt samodoskonalenia się.

To jak w takim razie wygląda lekarska droga marzeń, zaraz po studiach?

- Pracowałem najpierw przez dwa lata w Instytucie Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, tam pracowałem z dziećmi, a obecnie jestem, jak mówiłem, w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Łodzi, gdzie zajmuję się dorosłymi.

Brzmi całkiem gładko i przyjemnie: najpierw studia, potem praca.

- Nie do końca, to wszystko jest głupio poukładane, a ja miałem sporo szczęścia. Zaraz po studiach, przed stażem, zarejestrowałem się jako bezrobotny. Potem poszedłem na staż i znów zarejestrowałem się jako bezrobotny. Są takie głupie luki, właśnie po studiach i po końcu stażu, a przed rozpoczęciem specjalizacji.

Można powiedzieć, że może to spotkać każdego.

- Mimo tego, że brakuje lekarzy, nie było mi łatwo znaleźć pracy. Po stażu jeździłem po całym województwie łódzkim, szukając dobrego miejsca dla siebie. W Wigilię  pojechałem do Matki Polki, spytać, czy nie chcieliby mnie przyjąć do pracy. Pomyślałem, że w Wigilię to mi pewnie nie odmówią. I nie odmówili, za co do dzisiaj jestem wdzięczny. To była wyboista droga, jedni przygotowywali się do świąt, a ja zastanawiałem się nad swoją przyszłością i miałem nadzieję, że uda mi się znaleźć pracę.

Zastanawiałem się też, jak to jest możliwe, że tak bardzo brakuje kadr medycznych, a polskie państwo robi wszystko, żeby mnie upokorzyć i zniechęcić. To działa w ten sposób: jeśli bardzo chcesz być sobie lekarzem, to sobie bądź, ale siedź cicho, konowale, bo ci zamkniemy usta powołaniem.

Protest lekarzy rezydentówProtest lekarzy rezydentów Fot. Jakub Porzycki / AG

Obraz jest więc taki: niepewni przyszłości, przepracowani lekarze stanowią o zdrowiu Polaków.

- O tym się w ogóle mało mówi. Problemem są też stres i obciążenie zawodowe. Pracuje się pod ciągłym napięciem i w ułamku sekundy podejmuje się decyzje o czyimś zdrowiu i życiu. To jest tak, że z tym stresem trzeba sobie jakoś radzić, by funkcjonować. Co drugi dzień chodzę na siłownię, żeby odreagować. Kłopot pojawia się wtedy, kiedy po treningu dalej czuję złość.

Może warto to dodać do postulatów - program pomocy psychologicznej dla lekarzy.

- Moim zdaniem na pewno powinien istnieć rodzaj takiej superwizji, że na oddział przychodzi psycholog, by dowiedzieć się, jak funkcjonujemy. W Polsce w pewien sposób dehumanizuje się lekarzy, odbiera się im człowieczeństwo, nie dając im prawa do zmęczenia, do złego samopoczucia. Pacjenci, którzy przychodzą na SOR o trzeciej-czwartej w nocy z jakąś błahą dolegliwością, dziwią się, że lekarz nie jest radosny jak na filmach i jest mało empatyczny.

Lekarze są demonizowani?

- Często pacjenci podchodzą do tego w ten sposób, że skoro lekarz jest w pracy, to ma pracować. Nie mają pojęcia, że na przykład to jego 20. godzina pracy. To chyba jeden z większych problemów. Jest mało lekarzy, wszyscy pracują ciężko, ale nie czują wsparcia ze strony społeczeństwa, szacunku, uznania. Ludzie pracujący od poniedziałku do piątku przez osiem godzin dziennie, twierdzą, że są zmęczeni, i nie mają wyobrażenia, że lekarze pracują po 80 godzin tygodniowo.

Kiedyś było lepiej?

- To jest rzecz, o której mówią starsi koledzy, że lepiej pracowało im się kiedyś, gdy wyglądało to zupełnie inaczej, że w PRL było inaczej. Teraz lekarze są takimi chłopcami do bicia, odpowiadają za wszelkie błędy systemu. Warto powiedzieć też o orzecznictwie sądów, które często skazują lekarzy za niedobory organizacyjne, za które odpowiadają ludzie stojący wyżej: dyrektorzy czy politycy. Na przykład lekarz nie zrobił tomografii na dyżurze, bo tomograf był zepsuty.

Damian Patecki (drugi od lewej)Damian Patecki (drugi od lewej) Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta

Kolejne gorzkie podsumowanie, tym razem oberwało się pacjentom.

- Zdaję sobie sprawę, że w tym systemie także pacjent jest poszkodowany. Czeka długo w kolejce na operacje, niby ma prawo do korzystania z ochrony zdrowia, ale to prawo teoretyczne, odroczone w czasie. To nie jest prawo, które jest rzeczywiste. To tak, jakbyśmy powiedzieli politykom: dobrze, dostaniecie nagrody za dwa lata, czekajcie cierpliwie. Coś takiego mówi się społeczeństwu, to jest nieuczciwe.

Coś się zmieniło w tej sprawie po proteście?

- Zeszły rok dał nam dużo. Protest głodowy czy wypowiadanie klauzul opt-out. Ludzie zobaczyli, że system opiera się na pracy w godzinach nadliczbowych oraz że to nie my odpowiadamy za źle zorganizowany system, ale politycy, i to wszystko wymaga zmiany. Sam odebrałem wiele wsparcia od społeczeństwa, sąsiadów. Wydaje mi się, że można pozwolić sobie na pewien optymizm i warto rozpatrywać w szerszej perspektywie to, jak podchodzimy do takiego dobra wspólnego jak zdrowie. Jeżeli państwo dobrze to zorganizuje, opieka zdrowotna może być tańsza i wydajniejsza.

Ostatecznie jednak spełniono postulaty rezydentów.

- Trzeba to powiedzieć jasno: niestety nie. Był to bardzo gorzki kompromis, który nas bardzo dużo kosztował jako organizację i był negatywnie oceniany przez środowisko, któremu najbardziej zależało na wzroście nakładów. Za mało i zbyt późno – taka jest prawda, a same podwyżki są jakimś krokiem naprzód, ale nie są całkowitym spełnieniem postulatów. Mam jednak ten komfort psychiczny, że wiem, iż daliśmy z siebie wszystko.

Mamy tę świadomość, że doprowadziliśmy do epokowej zmiany, nasz protest głodowy dał ministrowi Radziwiłłowi polityczną moc zwiększenia nakładów na ochronę zdrowia. W trakcie wypowiadania opt-outów walczyliśmy o przyśpieszenie tego wzrostu. Tutaj bardzo pozytywnie oceniamy ministra Szumowskiego i dajemy mu kredyt zaufania, wiemy, że też dał z siebie wszystko. Popatrzmy na całą sytuację realistycznie - gdyby poprzednie rządy zwiększały nakłady na ochronę zdrowia, byliśmy w zupełnie innym miejscu. Teraz wszystko zależy od samego środowiska i od społeczeństwa. Czy będziemy w stanie przekonać polityków, że zdrowie jest najważniejsze?

Zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia, by ją poprawić, to koszt rzędu minimum 20 mld zł rocznie już teraz, a w perspektywie ta kwota powinna się podwajać i potrajać. 1 proc. PKB to około 20 mld, a my powinniśmy zwiększyć nakłady na ochronę zdrowia o kilka punktów procentowych. Obecnie wydajemy na ochronę zdrowia 4,7 proc. PKB, a za te pieniądze nie da się zbudować dobrze działającej ochrony zdrowia. Eksperci twierdzą, że minimum bezpieczeństwa to 6,8 proc.

W skrócie: co nas czeka, jeśli nie zaczniemy działać teraz?

- Bez zwiększania nakładów na ochronę zdrowia sytuacja będzie się tylko pogarszać. Medycyna jest coraz bardziej kosztowna, my chcemy leczyć chorych tak jak na Zachodzie, ale w tej chwili mamy ułamek kwot i coraz mniej lekarzy i pielęgniarek. Dochodzi do tego perspektywa starzejącego się społeczeństwa, a więc te nakłady w przyszłości wzrosną same z siebie, a bez poprawy jakości teraz może być to niebezpieczne w ogóle dla utrzymania systemu.

W kontekście samego protestu przypomniało mi się takie zdanie wypowiadane przez Adasia Miauczyńskiego w "Dniu świra": "Pod każdą władzą czuję się jak kundel! Czemu nie jestem chamem ze sztachetą w ręku? Ktoś by się ze mną liczył, gdybym rzucił cegłą!". Dopiero gdy jakaś grupa zawodowa idzie w konkretnej sprawie na noże, może osiągnąć swoje?

- Politycy są bardzo cyniczni, nauczyliśmy się tego. Wychodzą z założenia, że jeśli jakaś grupa zawodowa nie walczy, to znaczy, że jest zadowolona. Sama zapowiedź protestu jest niczym, po prostu trzeba go zorganizować. Szkoda, że musi to tak wyglądać, że nie ma konstruktywnego dialogu. Choć zdarzały się przypadki, jak wtedy, gdy pielęgniarki były gotowe na naprawdę spory protest, a minister Zembala się z nimi dogadał. Tyle tylko, że wywalczyły wtedy za mało.

Właśnie, istnieje jakaś solidarność przedstawicieli zawodów medycznych? Rzuciłby się pan na barykady za ratowników albo pielęgniarki?

- W ramach porozumienia zawodów medycznych zorganizowaliśmy w 2016 roku wspólną manifestację. Jako PR OZZL popieramy innych przedstawicieli w ochronie zdrowia w ich aspiracjach. Zresztą, w naszym proteście głodowym brali udział także ratownicy medyczni. To był protest całego środowiska. Trudne jest natomiast stworzenie wspólnego frontu, bo każdy z zawodów ma swoją specyfikę, uwarunkowania. Już we własnym gronie trudno się dogadać i zmobilizować środowisko.

Ale czy jest szansa na takie ogólnopolskie porozumienie?

- W sferze ideologicznej - tak. Jedziemy na tym samym wózku, nasze położenie jest podobne. Takim eksperymentem jest porozumienie zawodów medycznych, gdzie udało się nam dzięki wielu wspaniałym osobom zebrać podpisy pod ustawą o zwiększeniu nakładów na ochronę zdrowia, którą Sejm odrzucił. I drugą o wynagrodzeniu pracowników, która leży gdzieś w szufladzie. Takie przejawy się zdarzają - zbieranie podpisów, głodówka czy manifestacja.

Tyle tylko, że na koniec takie zwycięstwo dzięki protestom oznacza najczęściej podwyżki, a nie systemowe zmiany.

- Wszystkie grupy zawodowe mają świadomość potrzeby wielkich zmian systemowych. Ilekroć jednak wychodzą z postulatami głębokich zmian, tylekroć często kończy się podwyżkami. Nie dlatego, że sprzedają te postulaty, ale dlatego, że to jest najprostsze. Łatwiej jakiejś grupie zawodowej dać pieniądze, by zyskać spokój, mając świadomość tego, że powołaniem ochrony zdrowia jest leczenie, a nie protestowanie, oraz że z czasem zapał i siły słabną. Politykom dużo łatwiej jest grać na czas.

W cyklu "Szpitalny wyzysk" czytaj też:

Jutro w naszym cyklu artykuł Marka Balickiego, lekarza i byłego ministra zdrowia. Czekamy też na Wasze opinie pod adresem: listydoredakcji@gazeta.pl

Młodzi medycy prowadzą strajk głodowy. TVP pyta ", Czy lekarze w Polsce klepią biedę?"

Więcej o:
Komentarze (119)
Co dalej z rezydentami? Damian Patecki z PR OZZL
Zaloguj się
  • tilow3

    Oceniono 13 razy 11

    Nie miałbym nic do zarzucenia rządzącym, bo Służba Zdrowia to jeden z najtrudniejszych problemów przede wszystkim finansowym, no ale! Skoro PiS szedł do wyborów z naczelnym hasłem "PO to złodzieje!" "wystarczy przestać kraść a pieniądze znajdą się na wszystko!" to dlaczego politycy PiS teraz szczują suwerena na lekarzy hasłami typu "pokaż lekarzu co masz w garażu" "pracują po kilka godzina a domagają się milionowych podwyżek!" "chcą podwyżek a wakacje spędzają w ciepłych krajach". Nie pojmuję tej logiki szczucia! Nie dociera do mnie głupota władzy, która pisowcom i ich rodzinom załatwia posady płatne nawet po 100 tys. miesięcznie, władzy która nie dość, ze ma największą administrację na świecie, to jeszcze wypłaca jej niebotyczne premie, zatrudnionym w zaprzyjaźnionych działach, jak np. IPN gdzie pensje to marzenie niejednego obywatela. Władzy która wydaje sobie karty płatnicze "bez limitu" bo ma wydatki na utrzymanie Misiewiczów, Rydzyków, Sadurskie itd. czyli biedne zaplecze PiS. Strzelnice za miliardy, limuzyny za miliony, samoloty za miliardy kupowane bez przetargów.... i tysiące innych, które jak tak sobie myślę, że gdyby władza Pis odpuściłaby sobie tych luksusów, to faktycznie kasa na Służbę Zdrowia znalazłaby się szybko. Wystarczy przestać kraść - pisowcy!.

  • fafarafafafa

    Oceniono 6 razy 6

    "Niestety", wolność zamieszkania i pracy w ramach UE powoduje, że ludzie nie są skłonni pracować w kraju za mniejsze pieniądze, jeśli mają możliwość wyjazdu i pracy za większe za granicą. To jest naturalny mechanizm i nie ma co się obrażać na rzeczywistość, tylko trzeba się zastanowić jak temu zapobiec. I dotyczy to nie tylko lekarzy, ale również wszystkich innych, którzy nie chcą w tym kraju pracować na 500+, dotacje dla KK, górników i pierdyliard innych "szczytnych celów".
    Sorry, na państwo dobrobytu można sobie pozwolić, jak się ma dobrobyt.

  • antypopisowiec

    Oceniono 10 razy 6

    Moja żona pracuje jako pielęgniarka. Zarabia 2700 na rękę. Na 30 pacjentów są 2-3 pielęgniarki. Często pacjenci nie są w stanie nic koło siebie zrobić. Obsada ta nie jest w stanie zapewnić nalezytej opieki tylu pacjentom. Do tego dochodzi potworna biurokracja. Muszą wypełniać różnego rodzaju zlecenia , wpisywać do wszystko do komputera. A w ministerstwie zdrowia wymyślają co by im tu jeszcze dołożyć do wypełnienia, nie zwracając uwagi na to , że nie ma obsady do wykonywania ich pomysłów. Pielęgniarki na oddziale żony często nie mają czasu na przerwę śniadaniową (która jest ustawowo zapewniona) ani nawet na skorzystanie z toalety. A dyżur trwa 12 godzin. Często pracują dłużej niż te 12 godzin, gdyż nie są w stanie wypełnić nadmiaru obowiązków , a nie chcą zostawić koleżanek z następnego dyżuru z nieskończoną peace.

  • stefffon

    Oceniono 6 razy 4

    rząd i kler nienawidzi lekarzy bo opóźniają pójście do nieba i sprzeciwiają sie woli Boga który daje ludziom choroby za "grzechy"

  • mrblix

    Oceniono 14 razy 4

    Wiecie co? Lekarz, pielęgniarka i nauczyciel to jedyne zawody, które powinny być dobrze opłacane. Jedni nas uczą, drudzy leczą. Prawda jest taka, że młodzi lekarze wyjeżdżają - i ja im się nie dziwię. Dzisiaj wiedza jest najlepiej opłacana, a kolejne rządy nic z tym nie robią. Z bardzo dobrze poinformowanych źródeł (choć to nie jest jakaś tajemnica) wiem, że największym szkodnikiem był niejaki minister na A. Ale to już historia. Teraz jak to piszę w jednym z największych szpitali dziecięcych w Polsce na OIOMie stoi kilkadziesiąt pustych łóżek - nie ma pielęgniarek i anestezjologów. Wyjechali. Do wysokiej klasy specjalistów nawet prywatnie czeka się teraz miesiącami. Jasne, są specjalności, które są bardzo opłacalne. Ale najważniejsze - chirurgów, anestezjologów, specjalistów dziecięcych brakuje. Sprzęt jest, ludzi nie ma. I co zrobimy? Nakaz pracy po studiach? Zwrot kasy za studia w przypadku wyjazdu? Nie da się. Po prostu trzeba płacić tyle, żeby nie wyjeżdżali. A jak ktoś ma lepsze pomysły, to zapraszam do rzeczowej dyskusji.

  • tkjelenin

    Oceniono 5 razy 3

    Oczekuję od pana wiceprzewodniczącego Damiana Pateckiego odpowiedzi na pytanie - Z czyich pieniędzy ???? Komu zabranych pieniędzy ???? Czy to w postaci składki zdrowotnej ??? Czy z podatków - należy dosypać do tzw. służby zdrowia nie bacząc na to czy te pieniądze są dobrze wykorzystane. Na przykład w Polsce - ci nasi przepracowani lekarze obsługują 660 łóżek szpitalnych na 10 tysięcy mieszkańców. Dla porównania - w Szwecji jest to 240 łóżek na 10 tys. mieszkańców, w Norwegii - 380 łóżek, w Holandii - 420 łóżek. Wypowiedź p. Pateckiego wyraża prawdę o tym o co naprawdę wojowali rzekomym GŁODOWYM strajkiem polscy rezydencji. Takiego lekarza radzę WSZYSTKIM omijać z daleka.

    W ciągu ostatnich 15 latach w większości cywilizowanych krajów: Niemcy, Włochy, Norwegia, Szwajcaria, Łotwa i szeregu innych o około 30 procent zmniejszona została (nowe technologie) liczba łóżek szpitalnych. W Polsce nadal jest ona bardzo wysoka i w ciągu 15 lat nie zmieniła ani o jotę. Pan Patecki nie wie o czym mówi oprócz - tezy - dajcie więcej kasy. Przedstawione dane pochodzą w najnowszej publikacja zatytułowanej "Health at a Glance 2017". Jest ona dostępna w internecie w formie pdf. Pan Patecki pewnie nie ma pojęcia, że coś takiego istnieje.

  • czemublokujecie_mikonto

    Oceniono 5 razy 3

    DLACZEGO LUDZIE NIE DOMAGAJĄ SIĘ REFORM, DLACZEGO CIEMNOTA JEST TAK OGROMNA I NADAL POPIERAJĄ PISSLAMSTWO? Sąsiada buraka się wstydzą co on powie?

    PO-PIS to nieszczęście dla kraju! Jedynym sukcesem PO było załatwienie i rozdysponowywanie pieniędzy z EU.
    Niestety, PO olało, niestety przez PO, które trzymało u siebie pisowców byle mieć poparcie, i opłacało się biskupom i rydzykowi byle mieć poparcie, wygrał w końcu pis. Niestety Ciemny Lud kupił zamiast iść, zagłosować na powstałą z niechęci do PO .Nowoczesną, zażądać reform systemowych, uwalenia konkordatu, świeckiego państwa, likwidacji Zus_KRUS_mundurowo_kościelnego systemu.
    DLACZEGO ludzie popierają kościół a nie chcą sami na niego prywatnie płacić podatku skoro są wierzący a często pokazują Niemcy jako wzór? Dlaczego ma być to brane z podatków wszystkich, bo kościół twierdzi, że jest 255 katolików? To chętnie te 95% katolików zapłaci podatek na swój kościół, niech nas kościół nie okrada składkami na emerytury i emeryturami księży, księżmi w szpitalach, które nie zatrudnią sanitariuszy, pielęgniarek, pomocy pielęgniarskiej a zatrudnić muszą księdza.
    Mnie chciało trafić, nawet siostra, która ma swoje poglądy, inne od moich, zagłosowała jak ja na .Nowoczesną, wyciągła koleżankę na wybory żeby też zagłosowała, a tu po wyborach paranoja-wygrało pisslamstwo! I co? Wystarczy nie kraść? Dojna dudzia zmiana ssie jak pluskwy z systemu i nagrody sobie rozdaje, a na reformy nie ma pieniędzy, na nową organizację systemu nie ma bo ciemnoty nic nie potrafią oprócz wspierania sitwy, kradzieży na SKOKi, kradzieży z systemu. W sumie wina społeczeństwa-niech teraz cierpi, niestety z tego co się widzi, to pokłady Ciemnego luda wspierającego disco polo, Zenka Martyniuka, Kurskiego i jego propagandę, sitwę pisslamską i czarne sukienki są niewyobrażalnie wielkie.
    GDZIE MY ŻYJEMY? JAK MOŻNA BYĆ TAK ZACOFANYM?

  • pontrikontri

    Oceniono 4 razy 2

    Pan Patecki nie ma zielonego pojecia o funkcjonowaniu sluzby zdrowia na Zachodzie bo nigdy tamnie bywal. Podobnie zreszta jak wiekszosc polskich decydentow. W zarysie dąży się do zmaxymalizowania oszczędności:

    1. redukcja łóżek i szpitali
    2. wzrost opieki ambulatoryjnej i procedur 1 dnia
    3. przesuniecie obciazenia na POZ
    4. centralizacja specjalistyki..1 super szpital w promieniu 200 km
    5. redukcja etatow do niezbednej ilosci
    6. zatrudnienie tanich lekarzy z zagranicy
    7. kontrola czasu pracy lekarzy
    8. zakaz dorabiania w konkurencyjnych jednostkach leczniczych

    Moznaby jeszcze wyliczac, ale po co? Skoro grupa lekarzy w Polsce wznieciła tuman kurzu o zwiekszenie nakladow. Dla kogo? Dla Profesora co ma wlasny folwark pasntwowy a obok prywatny? Te pieniadze beda rozdzielane przez NFZ .. kto dostanie kontrakty?
    Poslkie szpitale maja absurdalnie wysoki poziom wlasnej autonomii, oszukiwane audyty przyznajace im certyfikaty ISO dzieki ktorymmoga sie starac o dofinansowanie z UE.

    Tu jest potzrebny bacik, duzy, oparty o germaski styl zarzadzania. Taki jak w zachodnich korporacjach z filiami w Polsce.

  • amel.ka

    Oceniono 2 razy 2

    Mam mieszane uczucia po tym tekscie... nie wydaje mi sie zeby po prostu dosypanie kasy dalo jakies spektakularne rezultaty... lekarze tylko przez niewielka czesc czasu lecza, a cala reszte czasu wypelniaja dokumentacje, ktora to moglby zrobic ktos z mniejszymi kwalifikacjami.
    Zeby dostac recepte na lek, ktory bralam regularnie od x lat, musialam co 3 miesiace sie umawiac na wizyte, zajmujac tym samym miejsce komus innemu.Wizyta polegala tylko na wypisaniu recepty, bez badan kontrolnych. W Szwajcarii przykladowo ide na kontrole/badania raz w roku, i wtedy dostaje recepte na CALY ROK.
    Poza tym przepasc miedzy zarobkami lekarzy i pielegniarek czy ratownikow wydaje mi sie jednak zbyt wielka...
    Jest na pewno wiele innych aspektow, o ktorych my zwykli ludzie nawet nie wiemy, a mozna by bylo poprawic, zeby ten system funkcjonowal sprawniej, byl bardziej szczelny i wydajny. Wtedy dopiero mozna myslec o dosypywaniu kasy.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX