Arłukowicz dla Gazeta.pl: Zawsze byłem i będę człowiekiem o wrażliwości lewicowej

- Byliśmy, jesteśmy i zawsze będziemy przeciwko przemocy. Udowodniliśmy to wielokrotnie - mówi w rozmowie z Gazeta.pl europoseł Platformy Obywatelskiej Bartosz Arłukowicz. - Trzeba też jednak pamiętać, że politycznym marzeniem Jarosława Kaczyńskiego jest, żeby o wyniku wyborów w Polsce decydowały takie tematy jak LGBT - dodaje.

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: Opozycja znów jest wtłaczana przez rządzących i ich medialno-eksperckie zaplecze w tematy światopoglądowe. Najpierw temat naklejek "Strefa wolna od LGBT" w "Gazecie Polskiej", a później kwestia zamieszek na Marszu Równości w Białymstoku. Nie boicie się powtórki z eurokampanii, gdy PiS bez litości rozgrywało opozycję tematami obyczajowymi?

BARTOSZ ARŁUKOWICZ: Jarosław Kaczyński marzy, żeby Polacy dyskutowali o sprawach światopoglądowych. Do tego uwielbia straszyć ich imigrantami, pierwotniakami czy nawet euro. Niestety muszę go zmartwić: my będziemy rozmawiać z Polakami o cenach w sklepach, kolejkach do lekarzy, braku leków w aptekach oraz o tym, jak będzie wyglądać Polska po PiS-ie, co pokazaliśmy podczas niedawnego Forum Programowego Koalicji Obywatelskiej.

"Nie będziemy wpisywać się w grę i scenariusz przygotowany na Nowogrodzkiej. Dzisiaj PiS z tych demonstracji i spraw mniejszości chce zrobić główny wątek kampanii wyborczej. Tak nie jest" - tak przewodniczący Schetyna uzasadniał, dlaczego Koalicja Obywatelska nie przyłączy się do organizowanego przez lewicę w Białymstoku marszu przeciwko przemocy. To dobra decyzja?

Byliśmy, jesteśmy i zawsze będziemy przeciwko przemocy. Udowodniliśmy to wielokrotnie. Trzeba też jednak pamiętać, że politycznym marzeniem Jarosława Kaczyńskiego jest, żeby o wyniku wyborów w Polsce decydowały takie tematy jak LGBT. Tymczasem w Polsce problemów do rozwiązania mamy bardzo wiele i to nimi należy się dziś zająć. Co za tym idzie, powinniśmy unikać wpisywania się w scenariusze, które dla opozycji kreśli na Nowogrodzkiej prezes PiS-u.

Politycznie wywodzi się pan z lewicy. Nie jest panu trudno tak odpuszczać tematy bliskie i ważne dla socjaldemokratów?

W Platformie zawsze były różne skrzydła. Zawsze byłem i będę człowiekiem o wrażliwości lewicowej. Zawsze i wszędzie będę też podejmować wszelkie aktywne działania antyprzemocowe. Od lat walczę np. o prawa kobiet w Polsce - o in vitro, o standardy okołoporodowe, o antykoncepcję awaryjną bez recepty.

Dzisiaj w Platformie, czy też w Koalicji Obywatelskiej, ludzie o wrażliwości lewicowej muszą siedzieć cicho. W eurokampanii i już po niej oskarżano was, że za mocno poszliście w lewo. Nawet Barbara Nowacka nie podejmuje już tematów typowych dla lewicy, tylko jeździ po kraju i ściska się z ludźmi, przekonując ich do pomysłów Schetyny.

Barbara Nowacka jest jedną z bardziej zaangażowanych osób w naszą kampanię bezpośrednią. Spędzam z nią w podróży i na spotkaniach z Polakami mnóstwo czasu. Jest bardzo dobrym partnerem kampanijnym i nie zauważyłem żadnej zmiany w jej poglądach.

Bo ich nie zmieniła, po prostu publicznie o nich nie mówi. Po zamieszaniu z kartą LGBT+ i wypowiedzią Pawła Rabieja o adopcji dzieci przez pary jednopłciowe, podnoszenie postulatów i tematów typowo lewicowych nie jest w Platformie dobrze widziane.

W Polsce jest dzisiaj do rozwiązania mnóstwo codziennych problemów Polaków, a także zagrożona jest demokracja i wszyscy powinniśmy - niezależnie, czy mamy poglądy bardziej lewicowe, czy bardziej konserwatywne - stanąć do walki o to, żeby nasze dzieci w przyszłości żyły w kraju demokratycznym, praworządnym i europejskim. Bo te trzy filary są dzisiaj zagrożone.

Nawet jeśli ceną tego jest, że lewicowi politycy Koalicji Obywatelskiej o swojej lewicowości muszą do odwołania zapomnieć?

Jeśli doprowadzimy do sytuacji, w której zaburzone będą mechanizmy demokratyczne, to na pewno nie będzie możliwości rozmawiania o żadnych poglądach i postulatach - ani lewicowych, ani konserwatywnych. Bo nie będzie żadnej dyskusji politycznej, tylko dyktat jednej partii.

Myśląc w ten sposób Koalicja Obywatelska daje dużo przestrzeni z prawej strony PSL, a z lewej zjednoczonej lewicy. Nie boicie się, że was oskrzydlą i zapłacicie za to w dniu wyborów?

To pana opinia. Ja mogę powiedzieć, że przychodząc przed laty do Platformy słyszałem podobne opinie. Ale to właśnie ja i właśnie w Platformie podpisywałem dokumenty wdrażające w życie program in vitro, z którego urodziło się już ponad 21 tys. dzieci w całej Polsce. To również w okresie kiedy byłem ministrem zdrowia, pojawiła się możliwość korzystania z antykoncepcji awaryjnej bez recepty.

Na niedawnym Forum Programowym postawiliście jednak na pragmatyzm i rozwiązywanie problemów cywilizacyjnych - służba zdrowia, edukacja, ekologia, ochrona środowiska. To wszystko kwestie bardzo ważne, ale średnio- lub długoterminowe. Przekładając na język polityki: mało sexy. Nie boicie się, że w ten sposób nie porwiecie wyborców?

Jako Koalicja Obywatelska mówimy także o jeszcze jednej rzeczy, której rozwiązanie jest akurat bardzo pilne. Mam na myśli przywrócenie ładu prawnego w Polsce i odbudowanie sprawnych instytucji publicznych, które zostały przez rządzących zdewastowane (wystarczy wymienić Trybunał Konstytucyjny czy KRS).

Mówicie o tym od czterech lat i jakoś nie okazało się to przepustką do wyborczych zwycięstw.

Kampania wyborcza to proces, który wciąż trwa. Oprócz tego, że trzeba naprawić Polskę po PiS-ie, dlatego przedstawiliśmy także projekty strategiczne, o których pan powiedział.

Nie kusiło was, żeby zagrać czymś jednoznacznym i bardzo medialnym jak trzynasta pensja albo czternasta emerytura?

Polacy są mądrym narodem i nie możemy szukać poklasku politycznego w kolejnych licytacjach na obietnice z PiS-em. Polacy chcą przewidywalnego, dobrego, mądrze zarządzanego państwa. Jestem o tym głęboko przekonany.

Ale najmniej zarabiającym Polakom chcecie dopłacać do pensji po 500-600 zł miesięcznie, co wedle prof. Andrzeja Rzońcy, głównego ekonomisty Koalicji Obywatelskiej, ma kosztować ok. 30 mld zł rocznie. To licytujecie się na transfery z PiS-em, czy nie licytujecie?

Dla mnie to nie jest populistyczna licytacja. W Polsce historycznie mamy trzy etapy. Pierwszy to początek lat 90., kiedy uwolniono energię gospodarczą Polaków i nasz kraj ekonomicznie ruszył ostro do przodu. Drugi okres to wielki boom infrastrukturalny, związany ze środkami europejskimi, za rządów Platformy. Powstawały wtedy setki kilometrów autostrad, dróg, budowano stadiony, boiska i szkoły. Trzeci etap mamy dzisiaj - to czas inwestycji w człowieka i motywowania go do tego, żeby chciał pracować, żeby chciał inwestować w siebie i swoją rodzinę.

Słuchając wystąpień przewodniczącego Schetyny na waszym Forum Programowym, miałem wrażenie, że chce pokonać Zjednoczoną Prawicę jej bronią z 2015 roku. Postawić diagnozę o ciężko chorej Polsce, obarczyć winą rządzących, a samemu przedstawić się jako jedyny, który może uratować chorego pacjenta. Myśli pan, że ten sam numer przejdzie po raz drugi?

To nie jest ten sam numer, dlatego że Jarosław Kaczyński budował fałszywą opowieść o Polsce, mówiąc, że nasz kraj jest w ruinie. Dla własnych politycznych celów, świadomie wprowadzał Polaków w błąd. Tymczasem mówienie o tym, że nie ma dzisiaj leków w aptekach, jest faktem. Niezaprzeczalnym. Mówienie o tym, że w sklepach szaleje drożyzna, również jest faktem, bo każdy widzi to po swoim portfelu. Mówienie o tym, że w tej kadencji inwestycje drogowe praktycznie stanęły w miejscu, również jest faktem, a nie cyniczną zagrywką PR-ową. Mówienie o tym, że rządzący podnieśli ponad 30 podatków - to kolejny fakt. Diagnoza Jarosława Kaczyńskiego z 2015 roku i nasza obecna diagnoza to dwa różne zjawiska polityczne. Kaczyński przekonywał Polaków do kłamstwa i każdy, kto realnie ocenia otaczającą go rzeczywistość, to wie. My mówimy natomiast o faktach, które można zweryfikować bez wychodzenia z domu.

Mógłbym powiedzieć: i co z tego. Wizerunek i społeczny odbiór prezesa Kaczyńskiego przez Polaków diametralnie się zmieniły w ostatnich latach. Pokazują to rankingi zaufania, gdzie znacząco poprawił i wciąż poprawia swoje notowania. Dla Polaków nie jest już Kaczorem-dyktatorem, o którym mówiliście przez cztery lata, tylko raczej dobrym wujkiem Jarkiem, który spełnia obietnice i dzieli się bogactwem państwa.

Prawdziwy obraz Jarosława Kaczyńskiego widzimy od lat. To obraz człowieka pokrzykującego o imigrantach roznoszących choroby zakaźne, mordach zdradzieckich, kanaliach czy seksualizacji czteroletnich dzieci. To są jego ulubione tematy, a szczucie na siebie i straszenie Polaków to jego ulubione zajęcia. Nie jest pan w stanie przekonać mnie, że Polacy lubią krzyczącego z sejmowej mównicy o kanaliach i zdradzieckich mordach Jarosława Kaczyńskiego.

Sondaż IBRiS dla Onetu z połowy lipca. Kaczyńskiemu ufa 36 proc. Polaków; nie ufa - 47,2 proc. To wynik lepszy zarówno od przewodniczącego Schetyny (20,9 oraz 57,1 proc.), jak i Donalda Tuska (35,4 oraz 53,2 proc.).

O tym, komu bardziej ufają Polacy, przekonamy się w jesiennych wyborach. To zawsze jest najlepszy sondaż.

Jaki jest pana pomysł na wygraną?

Wygląda dokładnie tak, jak to w tej chwili realizuję: rozmowa z ludźmi, rozmowa z ludźmi, rozmowa z ludźmi. Szczera, prawdziwa, uczciwa. Czasem trudna.

Żałuje pan, że nie został szefem kampanii? Przecież po eurowyborach był pan faworytem do tej funkcji.

Tu nie chodzi o to, kto będzie szefem sztabu z imienia i nazwiska, tylko o to, kto wygra wybory. Wybory to gra drużynowa. Każdy ma do wykonania swoją robotę.

Może z panem jako szefem sztabu szanse byłyby większe?

Dziś żyję na cztery miasta, co jest sporym wyzwaniem. Łączenie pracy w Brukseli, Strasburgu i Warszawie z życiem w Szczecinie i podróżowaniem w kampanii bezpośredniej, bo tego się podjąłem, powoduje, że życie spędzam w podróży. Można powiedzieć, że każdego dnia budzę się i jestem w innym mieście.

W nieoficjalnych rozmowach politycy waszego obozu mówią, że po wyborach do Parlamentu Europejskiego Grzegorz Schetyna nie chciał pana dodatkowo wzmacniać politycznie, żeby nie stał się pan dla niego zagrożeniem.

Ostatnią rzeczą, którą się zajmuję, jest analiza rozgrywek personalnych. Naprawdę mam co robić i bez tego. Jest kampania i mamy wybory do wygrania.

Na rozgrywkach personalnych opiera się polityka.

Nie moja. Ja postrzegam politykę przez pryzmat rozwiązywania problemów Polaków, a do tego niezbędny jest bezpośredni kontakt z naszymi rodakami.

Czego dowiedział się pan od Polaków po kilku tygodniach kampanii bezpośredniej Koalicji Obywatelskiej?

Nasi rozmówcy niemal wszędzie poruszają te same kwestie. Niezmiennie w całym kraju przewija się temat drożyzny w sklepach. Przedsiębiorcy są z kolei zdruzgotani coraz wyższymi cenami prądu, które uderzają w ich biznes. Ostatnie tygodnie to, naturalnie, temat niedoboru leków w aptekach. Pojawia się na dosłownie każdym spotkaniu z wyborcami.

Co wy tym, często wkurzonym i rozżalonym, ludziom mówicie? W wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" powiedział pan, że "najważniejsze to słuchać, a potem życzliwie odpowiadać, bez uszczypliwości, bez arogancji, bez poczucia, że wiem lepiej". To takie proste?

Uważam, że nie ma żadnej innej metody na kampanię niż kampania bezpośrednia. Wszystkie inne kanały komunikacji są tylko dodatkiem do osobistych spotkań z wyborcami. Ja takie kampanie prowadzę od 2007 roku i uznaję je za zdecydowanie najskuteczniejsze. Ale może jestem nietypowy, bo bardzo lubię, uwielbiam wręcz, czas kampanii. Zarówno spotkania z ludźmi, jak i dyskusje z przeciwnikami. Zresztą większość energii włożonej w taką kampanię poświęcam na wyjazdy w miejsca trudne, gdzie poparcie dla nas nie jest wysokie, a opinia o nas nie jest najlepsza.

I wtedy z tej frajdy ze spotkań z wyborcami zostaje konieczność tłumaczenia się z ośmiu lat rządów koalicji PO-PSL.

Od czterech lat w Polsce rządzi Prawo i Sprawiedliwość. W tym czasie zdążyli zdewastować instytucje państwa, wymiar sprawiedliwości, system edukacji i służbę zdrowia. Nie zdołali natomiast zbudować obiecywanych dróg, mieszkań, szkół, stworzyć elektrycznych samochodów itd.

Ale dali "500 plus", obniżyli wiek emerytalny i podnieśli płacę minimalną, więc Polacy raczej im tego aż tak nie pamiętają.

Oczywiście, że pamiętają, bo Polacy są mądrym narodem. Wiedzą, że zamiast zbudowanych autostrad mamy zniszczone sądy, zamiast dobrej szkoły mamy podwójny rocznik w liceach, zamiast podniesienia poziomu ochrony zdrowia mamy potężny deficyt leków w aptekach.

Panu osobiście jeszcze obrywa się jeszcze za szefowanie ministerstwu zdrowia albo nagrania z Sowy i Przyjaciół?

Zdarzają się sytuacje, że na swojej drodze spotykamy wyborców zafiksowanych na analizie rządów Platformy, ale staramy się ich przekonywać, że czas płynie i mamy już rok 2019. Spotykamy też, rzecz jasna, prawdziwych wyznawców PiS-u, którzy żadną miarą przekonać się nie dadzą.

I co, kłócą się z wami, a wy z nimi?

99 procent sytuacji podczas spotkań z wyborcami jest bardzo pozytywna. Włącznie z moją kampanią do europarlamentu na palcach jednej ręki potrafię wymienić zdarzenia, w których były jakieś złe emocje. Może trzy, może pięć na wiele miesięcy spotkań z ludźmi.

Trudno było zmotywować kolegów i koleżanki z partii do codziennej pracy w "terenie"? Przez cztery lata niespecjalnie palili się do spotkań twarzą w twarz z wyborcami. Co prawda były Kluby Obywatelskie, konwencje i marsze, ale nieustawianych spotkań face-to-face brakowało.

Jeździliśmy po Polsce przez całe cztery lata. Każdy czas pracy politycznej ma swoją określoną dynamikę i to jest zupełnie naturalne. Spotkania między kampaniami są inne niż te już w trakcie kampanii. Między kampaniami są to spotkania, na które przychodzi mnóstwo ludzi, na które zapraszamy chętnych, na których organizujemy dyskusje na różne tematy. Gdy jest kampania wyborcza, to dynamika zawsze wzrasta. Szukamy miejsc, w których możemy z ludźmi porozmawiać.

To nie osłabia waszej wiarygodności? Zaczynacie szukać wyborców, gdy trzeba zacząć szukać poparcia na wybory. Może gdybyście wychodzili do nich przez całą kadencję, to chętniej by z wami rozmawiali i bardziej wierzyli w wasze słowa?

Dlaczego dopatruje się pan naszego braku wiarygodności, skoro dopiero co mówiliśmy o kilkuset spotkaniach, które odbyliśmy z Polakami w ciągu ostatnich czterech lat? Jeżeli pan spojrzy na cykl pracy wyborczej między kampaniami polityków na całym świecie, to dokładnie tak on wygląda. Między kampaniami odbywają się planowe spotkania merytoryczne na różne tematy, natomiast w kampanii politycy w Polsce, w Europie, w Stanach Zjednoczonych jeżdżą do wyborców.

Przez jeżdżenie do wyborców i aktywność w mediach społecznościowych został pan wrogiem publicznym numer jeden dla mediów publicznych. Zaczęło się od sprawy pana Andrzeja z Węgrowa, z którego politycy Koalicji Obywatelskiej mieli szydzić, a potem wyciągnięto panu członkostwo ojca w ORMO i PZPR.

Media prorządowe pokazały niejednokrotnie, że potrafią zniszczyć człowieka systemowo od A do Z. Ja jestem politykiem i, jak na polityka przystało, mam twardą skórę, dlatego łatwo sobie z tym radzę. Natomiast w momencie, gdy dotykają mojego ojca czy mojej rodziny, mówię: stop.

Wątek ojca w PZPR i ORMO nie zaszkodzi panu wizerunkowo w kampanii?

Czy przypomina pan sobie, żeby ktokolwiek ze strony opozycji demokratycznej używał tego rodzaju argumentów w walce politycznej? Mnie trudno sobie coś takiego przypomnieć. Ale to są ludzie, z którymi dzisiaj walczymy politycznie, którzy nie mają żadnych hamulców ani granic. Dlatego te wybory są tak ważne, bo albo chcemy mieć Polskę, w której PiS-owski członek PZPR to dobry człowiek, a inny to komunista i złodziej, albo chcemy państwa, w którym człowieka oceniać się będzie na podstawie jego czynów, działalności i osiągnięć.

Nie wstydzi się pan za to, że ojciec był w ORMO i PZPR?

Mój tata był naczelnikiem miasta Darłowa przez pewien czas. Do tej pory zdecydowana większość mieszkańców Darłowa wspomina go z szacunkiem, sympatią i uznaniem. Dla mnie to jest najważniejsze.

Media narodowe atakują zazwyczaj tych ludzi, których uważają za zagrożenie dla obecnej władzy. To dla pana osobliwa, ale jednak nobilitacja?

W mojej ocenie to, że uwaga Telewizji Polskiej czy innych prorządowych mediów skupia się na mnie, nie ma żadnego znaczenia. Nie przywiązuję do tego większej wagi.

Jakie znaczenie ma to, że opozycja wystawia trzy listy, a nie jedną od lewa do prawa? Nie tak dawno w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" stanowczo opowiadał się pan za jednym blokiem: "Powinni w nim iść wszyscy, którym bliskie są wartości demokratyczne. Każdy, kto będzie ten blok rozbijał, służy Kaczyńskiemu". Czyli lewica i PSL służą prezesowi PiS-u?

To prawda, byłem zwolennikiem jednego bloku demokratycznego. Jednak skoro sprawy potoczyły się inaczej i jesteśmy w takiej sytuacji, w jakiej jesteśmy, to musimy razem walczyć z PiS-em. Opozycja nie może kłócić się między sobą, musi punktować naszego przeciwnika politycznego, którym jest PiS. Z moich ust nie padły i nigdy nie padną oskarżenia ani docinki pod adresem innych formacji opozycji demokratycznej.

Wielu pana kolegów i koleżanek z Platformy nie miało w sobie poczucia wewnątrzopozycyjnej solidarności, bo walili w PSL jak w bęben. Oskarżali ludowców o rozbicie opozycji i układy z PiS-em.

Znam Władka Kosiniaka-Kamysza bardzo dobrze, bo wiele lat blisko razem współpracowaliśmy. Byłoby to spełnienie mojego najczarniejszego snu, gdybym zobaczył go kiedyś u boku Jarosława Kaczyńskiego. Nie wierzę w to.

Ale pana koledzy i koleżanki z partii tak. Albo chcieli takim "grillowaniem" złamać opór PSL wobec jednej listy opozycji. To była niepotrzebna wojna wewnątrz opozycji, powinniście byli się powstrzymać i załatwić wszystko w cztery oczy?

Jesteśmy w kampanii wyborczej, a w kampanii wyborczej zawsze jestem nakierowany na cel. Naszym celem jest zwycięstwo w wyborach.

To nie jest odpowiedź na moje pytanie.

Życzę zarówno PSL-owi, jak i Lewicy jak najlepszego wyniku w nadchodzących wyborach. Chciałbym, abyśmy wszyscy wykonali solidnie stojące przed nami zadanie. Przeciwnik jest jeden i nazywa się PiS.

Jak wyglądają dzisiaj relacje Platformy, czy też Koalicji Obywatelskiej, z ludowcami i lewicą? W ostatnim czasie nie oszczędzaliście siebie nawzajem.

Powtórzę zatem - wszystkim partnerom w opozycji życzę dobrze, bo jak największe poparcie dla partii opozycyjnych oznacza szanse na realne zwycięstwo nad PiS-em. W związku z tym, wszyscy do boju.

Grzegorza Schetyny i Koalicji Obywatelskiej nie będzie kusić, żeby w kampanii "rozepchnąć się" politycznie kosztem PSL i lewicy? Być może nawet kosztem ich wejścia do Sejmu?

Nas wszystkich powinna kusić taka idea, aby przekonać jak najwięcej dotychczasowych zwolenników PiS-u i aby w nadchodzących wyborach oddali oni głos na partie opozycyjne.

Nie boi się pan scenariusza, w którym z trzech opozycyjnych bloków do Sejmu wchodzi tylko Koalicja Obywatelska, a po drugiej stronie jest jedynie Zjednoczona Prawica. Przy obecnych sondażach w takim dwublokowym układzie "dobra zmiana" mogłaby się spokojnie pokusić o większość trzech piątych potrzebną do odrzucenia prezydenckiego weta.

Dlatego po raz kolejny podkreślę, że tu nie ma ani miejsca, ani czasu na dyskusje o sobie. Tu jest czas i miejsce na przekonywanie Polaków, żeby, po pierwsze, zechcieli pójść do wyborów, a po drugie - oddali głos na którąś z partii opozycyjnych. Zrobię wszystko, żeby tak było.

Pojawił się pan ostatnio na giełdzie nazwisk polityków, którzy mogliby zastąpić Tuska w roli kandydata Platformy na prezydenta w 2020 roku. To nobilitacja za ciężką kampanijną pracę czy raczej pocałunek śmierci, bo politycy zbyt wcześnie przymierzani do takich funkcji są zazwyczaj "spalani"?

Jesteśmy w najtrudniejszej i najważniejszej dla Polski kampanii wyborczej w ostatnich latach. Dlatego jestem w 100 procentach skupiony na zaangażowaniu w tę kampanię, pomocy koleżankom i kolegom, którzy w tych wyborach muszą zmierzyć się z PiS-em.

Wizja prezydentury albo nawet walki o prezydenturę w ogóle pana nie rusza? Po wyborach do europarlamentu powiedział pan w rozmowie z naTemat.pl, że ma "precyzyjnie rozpisany plan polityczny". Prezydentury nie ma w tym planie?

Plany polityczne są od tego, żeby je realizować, a nie o nich opowiadać.

Więcej o:
Komentarze (290)
Bartosz Arłukowicz dla Gazeta.pl. Wybory parlamentarne 2019
Zaloguj się
  • ffstv

    Oceniono 76 razy 38

    Brakuje mi takich billboardów: Obietnice PiS z 2015 i ich realizacja: odbudowanie stoczni szczecińskiej - nie , 8 tys zł wolne od podatku - nie , śmigłowce bojowe w wojsku -nie, 150 tys armia - nie, 2.3% na obronność - nie, mieszkania za 2500 zł - nie, budowa nowych elektrowni - nie, renegocjacja pakietu klimatycznego - nie, obniżenie VAT do 22% - nie, obniżenie VAT na ubranka dla dzieci z 23% na 8% - nie, darmowe wszystkie leki z listy refundacyjnej - nie, 6% na zdrowie - nie, TVP pod nadzorem Ministerstwa Kultury - nie. W zasadzie poza 500+ to wszystko "nie", dopłaty unijne dla rolników takie jak we Francji - nie.

  • eva01

    Oceniono 54 razy 26

    Temat LGBT to element kampanii wyborczej PIS, aby przykryć występki kleru, ale wierzę również, że nieliczni nie używają myślenia. Większość z nas jest rodzicami i może twoje dziecko jest lub będzie homoseksualistą i pozwolisz na to, aby go kopano i opluwano wulgaryzmami.

  • swru

    Oceniono 31 razy 17

    Wszystkie działania PiSu sprowadzają się do tego by kupić naród a następnie uczynić z nich niewolników. i niestety są na dobrej drodze. To nic że praktycznie żadne obietnice nie są realizowane, to nic że niezależność w tym kraju to fikcja (podlegamy Watykanowi, niezależni dziennikarze są bici lub szykanowani, opozycja tłamszona i zastraszana), zero inwestycji ( w ciągu 4 lat oddano do użytku 0 km. autostrad), masa propagandy, szczucie jednych na drugich. Dla wyborców ważne jest +pińset. To nic że wkrótce będzie za tę kwotę można kupić tylko papier toaletowy.

  • darjen77

    Oceniono 43 razy 15

    Jad i ubliżanie ze strony pisowskich trolli świadczy, że Arłukowicz robi dobrą robotę. Oby tak dalej

  • prokuraturarejonowa

    Oceniono 27 razy 13

    Kaczyński będzie musiał się zmierzyć z tematem aktywnego współudziału Polaków w Holocauście. To jest temat którego PiS boi się jak diabeł wody święconej.

    A cała obecna "polityka miłości" Kaczyńskiego to nic innego jak efekt farmakologiczny. Po wyborach znowu przestanie brać proszki.

  • wieraku

    Oceniono 28 razy 12

    Kaczor dyktator jest jak hiena. Żeby dopaść ofiarę nie ustępuje i zaczyna jeść już ochłapy. Nie mamy wpływu na to, co robili nasi przodkowie. Liczymy się my tu i teraz. Jestem ciekawa jaka była rodzina małego z szańca żoliborskiego?A warto byłoby doszukać się jego pochodzenia, dokładnie, metodycznie>

  • myciel66

    Oceniono 41 razy 11

    Brawo. tacy ludzie jak Pan Arłukowicz dają szansę na odsunięcie tego obrzydlistwa, które nami teraz rządzi. zagrożenie, jakie wisi nad krajem można jedynie usunąć odsuwając PiS od władzy. Opozycja pięknie się będzie dzielić, ale dopiero po wygranych wyborach. Wszystkie ręce na pokład. Wróg jest jeden i to najgorszego sortu, bo własny, krajowy, sąsiedzki. Wybory to być albo nie Polski demokratycznej.

  • optymistaa43

    Oceniono 35 razy 11

    Panie Arlukowicz podam panu tresc rozmowy podsluchanej w knajpie o nazwie"pod zdechlym kaczorem"..Moje malpeczki,prezydencie,premierze,wolfgangowa ,zobro ,kurski,pamietajcie,,robcie wszystko aby nasz prawie dokonczony rezym zakonczyl sie calkowitym sukcesem bo w innym wypadku czeka was malpeczki Trybunal Stanu i dlugoletni pobyt w wiezieniu.Dobrze wam radze bo mnie nie grozi nic,.Wasz Mentor ,byly Agent BALBINA.,Tfu Jaroslaw Kaczynski kurdupel.

  • idioteka-narodowa

    Oceniono 12 razy 10

    Brawop.Arłukowicz! Nie dał sie pan wciągnąć redaktorowi w grzebaniu się ,napuszczaniu jednych na drugich w szeregach PO. Dziennikarze niektórzy lubia wsadzać kij w mrowisko,aby napuścić na siebie. Żałosne metody podpatrzone u pisowskich redaktorków.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX