Kwaśniewski dla Gazeta.pl: Unia Europejska padła ofiarą własnego sukcesu

- To typowy los struktur, które istnieją od kilku dekad i odniosły sukces - tak o problemach Unii Europejskiej w rozmowie z Gazeta.pl mówi były prezydent Polski Aleksander Kwaśniewski. - Bo tak właśnie jest. Unia Europejska padła ofiarą własnego sukcesu - dodaje.

GAZETA.PL: Na początku marca największe europejskie dzienniki opublikowały tekst pt. "Na rzecz europejskiego odrodzenia" autorstwa prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Czytał pan?

ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI: Tak, czytałem. Ciekawa lektura.

To diagnoza obecnej sytuacji Unii Europejskiej. Prezydent Macron stawia bardzo mocną tezę: "Nigdy od czasów II wojny światowej Europa nie była tak bardzo potrzebna. A jednocześnie Europa nigdy nie była tak bardzo zagrożona". Zgadza się pan z tym?

Jest w tym dużo racji i trochę retorycznej przesady. Moim zdaniem obecne problemy Europy można porównać z sytuacją, gdy Stary Kontynent leczył rany po drugiej wojnie światowej, choć osobiście uważam, że ówczesna sytuacja była jednak zdecydowanie trudniejsza. Na szczęście Europa Zachodnia miała wówczas to szczęście, że wśród polityków byli ludzie pokroju Roberta Schumana, Alcide'a De Gasperiego, Konrada Adenauera, Paula-Henriego Spaaka czy Jeana Moneta. To oni doprowadzili najpierw do powstania Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, a później dalszych mutacji tego projektu.

Dzisiaj takich ludzi brakuje?

Na pewno. Druga sprawa, że zawsze jestem bardzo ostrożny, kiedy współcześni politycy mówią o towarzyszącym im trudnościom. Przeczytałem pamiętniki większości "ojców założycieli" Unii Europejskiej i wiem, że ich sytuacja nie była łatwiejsza. Wręcz przeciwnie. Mieli rozbite wskutek wojny społeczeństwa, w których resentymenty były niezwykle silne, a do tego zniszczone gospodarki, które trzeba było odbudowywać niemal od podstaw.

Macron narzeka?

Moment, w którym się znajdujemy na pewno nie jest ani dobry, ani wygodny. Unia Europejska ma liczne problemy, a majowe wybory europejskie będą najważniejszymi w ostatnich 20-30 latach.

Co to za problemy?

Po pierwsze, żyjemy w czasach błyskawicznych przemian społeczno-gospodarczych, wynikających głównie z postępu technologicznego, nad którym żaden polityk nie panuje i panować nie może. To już nie jest kwestia telefonów komórkowych i internetu, ale raczej cyberprzestępczości i sztucznej inteligencji.

Po drugie, mało kto o tym mówi, ale wciąż odczuwamy skutki kryzysu ekonomicznego ostatnich lat – zwiększyły się nierówności społeczne, jest wysoki poziom niezadowolenia wśród młodych ludzi, których bardzo mocno dotyka też bezrobocie.

Trzecia sprawa: tradycyjnie rozumiana demokracja jest dzisiaj w odwrocie. Stare instrumenty - jak debata publiczna czy partie polityczne - wyczerpują się na naszych oczach. Wszystkie społeczeństwa oczekują świeżości i zmiany, co świetnie wykorzystał wspomniany już Macron. Właśnie na fali tej świeżości i bezpartyjności wywalczył prezydenturę.

Kwestia ostatnia, ale nie najmniej ważna, dotyczy tego, że zmienia się architektura geopolityczna świata. Czasy zimnej wojny dobiegły bezpowrotnie końca, podobnie jak czasy absolutnej dominacji amerykańskiej. Żyjemy w czasach chaosu, w którym jesteśmy bezradni i z którego wyłaniają się nowe centra światowego przywództwa politycznego i gospodarczego – przede wszystkim Chiny i Stany Zjednoczone. Znaki zapytania stawiamy przy Unii Europejskiej, Rosji, Indiach, Brazylii. Zbierając te wszystkie problemy w całość, otrzymujemy genialne paliwo dla populistów, którzy z tego paliwa skrzętnie korzystają.

Ale prezydent Macron przekonuje w swoim tekście, że mimo tych problemów "cała Europa jest awangardą: zawsze potrafiła zdefiniować normy postępu". Czyli jednak potęga?

Całkowicie zgadzam się z tą oceną. Europa dalej powinna wierzyć w swoje siły, być pewna swoich możliwości. Na pewno jest na czym budować. Europa wciąż ma w ręku naprawdę mocne karty. Wciąż dysponuje gigantycznym potencjałem, który nie tylko pozwala nam liczyć się w wyścigu globalnym, ale wręcz być inspiracją i wzorem dla innych krajów.

Co to za "gigantyczny potencjał"?

Zacznijmy od potencjału ludzkiego – wciąż mamy przeszło pół miliarda mieszkańców. To nie tylko wielka siła ludzka, ale także kolosalny rynek. Gdyby patrzeć sumarycznie, Europa jest największą gospodarką świata. Jeśli weźmiemy pod uwagę przestrzeń społeczną, na wyróżnienie zasługują na pewno najlepsze na świecie systemy edukacji (zwłaszcza podstawowej i średniej) i ochrony zdrowia (choć jest permanentnie krytykowany). Wreszcie to w Europie mamy najdłuższą długość życia w porównaniu do innych kontynentów.

Prezydent Macron podaje też inną receptę na trapiące Unię Europejską problemy – musimy "przede wszystkim powiedzieć, czym jest Europa". Nie jest w tym odosobniony. Bardzo wielu komentatorów, polityków i uczonych podkreśla, że Unii Europejskiej brakuje przekonującej i porywającej opowieści o Europie. Wizji, która zainspirowałaby ludzi. Populiści i opowieść, i wizję mają, dzięki czemu zdobywają zaufanie wyborców.

Na pewno tak. Ale to typowy los struktur, które istnieją od kilku dekad i odniosły sukces. Bo tak właśnie jest: Unia Europejska padła ofiarą własnego sukcesu. To, co było marzeniem mojego pokolenia – nieograniczony przepływ ludzi, wspólny rynek, otwarte uniwersytety – już się stało. Ale dla pokolenia urodzonego w latach dwutysięcznych tak, jak jest dzisiaj, było zawsze. Dla nich to oczywistość. To jest część dzisiejszych problemów Unii Europejskiej.

Zawiedliśmy z edukowaniem, uświadamianiem czy wręcz reklamowaniem dorobku Unii?

W jakimś sensie, niestety, tak. Pamiętajmy też, że Unia Europejska została stworzona przez ludzi ciężko doświadczonych wojną. Żyjące dzisiaj pokolenia od blisko 75 lat nie doświadczyły wielkiej wojny. Nawet dla mojego pokolenia wojna jest nieznanym tematem. Dla tych, którzy w maju będą głosować po raz pierwszy w życiu, to jest w ogóle coś, co znają najwyżej z telewizji i internetu.

Napoleon mawiał, że ludzi jednoczą dwie rzeczy: strach i interes. Strachu w Europie chyba brakuje, a sam interes nie wystarcza, żeby ciągnąć do przodu europejski projekt.

Interes powinien wystarczać i myślę, że dla większości Europejczyków wystarcza. Ale prezydent Macron ma rację, że trzeba znaleźć nowy pomysł europejską opowieść. Przede wszystkim – nowy język, który dotrze do młodych i ich przekona. Myślę – choć, rzecz jasna, ja nie jestem już młody – że to nie może być straszenie powrotem do starych konfliktów czy wojny. Politycy powinni pokazać, że w czasach najdynamiczniejszych w historii zmian technologicznych, Europa ma szansę uczestniczyć w tym wyścigu, czy nawet być w nim jednym z głównych graczy w skali globalnej, tylko wtedy, kiedy będzie zjednoczona. Europa podzielona nic nie znaczy. Nawet najsilniejsze w niej ekonomicznie Niemcy w pojedynkę nic nie osiągną. Dlatego uważam brexit za tak kardynalny błąd. Brytyjczycy po wyjściu z Unii Europejskiej nie będą odgrywać roli globalnej. Oni, naturalnie, są przekonani, że będzie inaczej, ale rzeczywistość szybko wyprowadzi ich z błędu. To będzie nauka dla Europy. Nauka, która w przyszłości będzie bardzo studzić wszelkie pomysły brexitowe w innych krajach Unii.

Wierzy pan w to?

Oczywiście, że tak. Bo dopiero teraz widzimy, jak skomplikowanym i ryzykownym procesem jest wyjście z Unii Europejskiej. Widzimy także, jak zmienna jest w tym względzie opinia publiczna. Gdyby dzisiaj ktoś zapytał mnie, czy jestem gotów postawić parę groszy na to, że brexit faktycznie się dokona, to powiedziałbym, że nie.

Jeśli nie brexit, to co?

Moim zdaniem to musi się skończyć jakimś wewnętrznym oczyszczeniem Wielkiej Brytanii, czyli wyprostowaniem stanowisk wszystkich stron. Dzisiaj problem jest taki, że wszystkie partie są w kwestii brexitu podzielone. Mają dwa wyjścia – rozłam albo weryfikacja wyborcza. Dlatego jedyną szansą na zimny polityczny prysznic są wcześniejsze wybory.

W powodzenie brexitu pan nie wierzy. A w zagrożenie polexitem? W ostatnich miesiącach to jeden z głównych oręży w rękach opozycji.

Polexit byłby dla Polski katastrofalną decyzją. Mamy takie położenie geograficzne i doświadczenia historyczne, że nasza sytuacja jest jasna: albo jesteśmy związani z Zachodem, albo ręce wyciąga po nas Wschód. Neutralność nie wchodzi w grę, jest po prostu niemożliwa. Jej utrzymanie byłoby najbardziej kosztownym i najmniej efektywnym scenariuszem.

To wierzy pan w polexit czy nie?

Polexitu w rozumieniu brexitu się nie obawiam. Jak już powiedziałem, przykład Wielkiej Brytanii będzie przestrogą i dla polityków, i dla obywateli w pozostałych krajach unijnych, żeby nie ufać populistom. Obawiam się natomiast tego, co ma miejsce już teraz – marginalizacji Polski wewnątrz Unii Europejskiej za rządów PiS-u. Po wyjściu Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty powinniśmy być jednym z głównych motorów unijnych. Tymczasem jesteśmy kompletnie na aucie, traktowani jako źródło kłopotów, a nie świeżej i potrzebnej myśli proeuropejskiej.

Eurosceptycy powiedzieliby: po co nam Unia Europejska, skoro mamy silny sojusz ze Stanami Zjednoczonymi; wojska amerykańskie stacjonują w Polsce, więc jesteśmy bezpieczni.

Sojusz z Amerykanami to tylko jeden aspekt naszej sytuacji geopolitycznej. W dodatku niepełny i niepewny. Na przykład, nie wiemy na ile realne były kampanijne obietnice prezydenta Trumpa o resecie z Rosją. Jeżeli będzie chciał to zrobić, to nie sądzę żeby amerykańska obecność w Polsce miała się radykalnie zwiększyć w najbliższych latach.

Krytycy stawiania przez nas wyłącznie na sojusz ze Stanami Zjednoczonymi przekonują, że obecność amerykańskich wojsk w Polsce powinna być zagwarantowana w ramach NATO, a nie bilateralnych stosunków polsko-amerykańskich. Dzięki temu byłaby mniej podatna na zmiany koncepcji amerykańskiej polityki zagranicznej.

Największą gwarancją naszego bezpieczeństwa i największym „straszakiem” na naszych wrogów wciąż jest obecność w NATO. Konkretnie: art. 5. Traktatu Północnoatlantyckiego działający wedle zasady „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Amerykanie mogą nam wiele dać, ale nie wszystko, czego oczekuje PiS. Tym bardziej, że wiara w strategiczny sojusz z Ameryką jest naiwna. Dla Polski Stany Zjednoczone były, są i będą partnerem strategicznym. Co do tego nie ma dwóch zdań. Natomiast dla Amerykanów Polska nie była i nie będzie partnerem strategicznym. Będzie partnerem ważnym, ale nie strategicznym. Partnerami strategicznymi są Niemcy, Wielka Brytania, Izrael czy Egipt. Waszyngton ma na świecie wielu partnerów, którzy ze względu na amerykańskie interesy są dla nich niezwykle istotni. Zatem: Ameryka – tak; Unia Europejska – jeszcze bardziej.

Zmieniając nieco temat – co na naszej drodze do Unii Europejskiej było najtrudniejsze?

Praca domowa, czyli wszystko to, co musieliśmy zrobić przed akcesją, żeby nadgonić dystans, który dzielił nas od Unii. Olbrzymi dystans, bo pokonywaliśmy go czternaście lat. Przez cały ten czas nasi unijni partnerzy powtarzali nam, że musimy wykonać jeszcze mnóstwo pracy. W pewnym momencie to już nie tyle było nudne, co stało się nieznośne. Kiedyś bardzo dobrze wytłumaczył mi to były premier Hiszpanii Felipe Gonzalez, który wprowadzał Hiszpanię do Unii i z którym miałem naprawdę dobre relacje. Powiedział mi: "Słuchaj, wy się nie gniewajcie za tę pracę domową. Wiem, że to jest nieznośne i macie tego powyżej uszu, ale to trzeba zrobić. Bo im lepiej odrobicie pracę domową, tym lepiej ulokujecie się w Unii Europejskiej. Jeśli coś zepsujecie, to później wyjdzie wam to bokiem".

Bardzo trudne było również negocjowanie samego przystąpienia. Nie wszystkie kraje członkowskie przyjmowały nas z otwartymi ramionami. Wiele z nich uważało, że ciągle byliśmy nieprzygotowani do akcesji i okres przejściowy powinien być wydłużony. Niestety dzisiaj ci ludzie mówią: mieliśmy rację, nie jesteście przygotowani i musicie jeszcze do wspólnej Europy dojrzeć.

Na początku XXI wieku, poza Ligą Polskich Rodzin i Samoobroną, polskie partie polityczne od prawa do lewa zgadzały się, że celem cywilizacyjnym naszego kraju jest wejście do Unii. Osiągnięto w tej sprawie konsensus. Dzisiaj wydaje się to nie do pomyślenia.

Tak, to było absolutnie zasadnicze. Kiedy zagraniczni politycy czy dziennikarze pytają mnie o przyczyny polskiego sukcesu, właśnie ten konsensus wymieniam w pierwszej kolejności. To było bardzo ważne w tamtych czasach, że w trzech strategicznych kwestiach – ustroju demokratycznego i konstytucji, wejścia do NATO oraz wejścia do Unii Europejskiej – udało się nam wypracować ponadpartyjne porozumienie. To trochę wynikało z ducha okrągłego stołu, który na przełomie lat 80. i 90. wytworzył w Polakach przekonanie, że niezależnie od podziałów, a nawet konfliktów, możemy niektóre rzeczy robić wspólnie i coraz lepiej urządzać Polskę. Niestety, kiedy wspomniane trzy cele strategiczne udało się zrealizować, to po 2005 roku chwyciliśmy się za łby.

Po wejściu do Unii ewidentnie brakuje nam takiego cywilizacyjnego celu, który wyznaczałby długoletni kurs naszego kraju. Ostatnio jeden z moich rozmówców stwierdził, że po 2004 roku jako państwo weszliśmy w dryf. To chyba dobre podsumowanie sprawy.

Nigdy nie zapomnę, jak w 2005 roku przekazywałem urząd Lechowi Kaczyńskiemu. Siedzimy w gabinecie – znaliśmy się jeszcze z czasów uniwersyteckich – i on mówi do mnie: "Wiesz, miałeś szczęście, bo miałeś przyjęcie konstytucji, wejście do NATO, wejście do Unii. Co ja mam robić?". Odpowiedziałem mu wtedy: "Nie zepsuć tego". Oczywiście użyłem dosadniejszego sformułowania. (śmiech)

Ale ten drugi etap, który wtedy otwieraliśmy, był równie ważny dla Polski, choć znacznie mniej spektakularny. Konstytucja, NATO czy Unia to tematy, które łatwo ludziom wytłumaczyć, bo od razu wiadomo, o co chodzi. Z tego pułapu bardzo klarownych haseł należało zejść do bardziej pozytywistycznej pracy u podstaw. To znacznie trudniejsze. Przypomina tę "pracę domową" z czasów przed akcesją do Unii. Ten drugi etap polegał na tym, żeby Polskę w każdym z tych trzech obszarów wzmocnić. Konstytucja, czyli więcej demokracji, mocniejsze instytucje demokratyczne, bardziej niezależne media publiczne, naprawdę niezawisłe sądy. NATO – zwiększanie bezpieczeństwa Polski, lepsza armia, profesjonalne dowództwo, skuteczny udział w misjach Sojuszu. Unia Europejska – wzmacnianie naszej pozycji, rozbudowywanie kontaktów, zyskiwanie wpływów. Niestety w przypadku Polski ta trudna, acz konieczna, praca u podstaw nie wychodzi najlepiej, brakuje nam konsekwencji, cierpliwości i tego ponadpartyjnego porozumienia.

Co poszło nie tak?

Zrobiliśmy bardzo wiele i trzeba powiedzieć, że mimo popełnionych błędów Polska jednak przez ostatnie 30 lat kolosalnie się zmieniła. Podobnie piętnaście lat obecności w Unii niezwykle Polskę zmieniło. Zarówno dzięki funduszom europejskim, jak również europejskim normom i standardom.

Myślę, że wyróżniłbym dwa momenty, w których dobra przyszłość została zagrożona. Pierwszym była druga kadencja rządu PO-PSL, którą oceniam bardzo krytycznie. Druga kadencja powinna być mocnym pokazaniem, jak chcemy wykorzystać już zgromadzone atuty i potencjał. Tymczasem była – jak sam pan powiedział – wejściem w dryf, trwaniem i nieumiejętnością zrozumienia rozmaitych sygnałów, które do rządu płynęły z różnych środowisk – oczekiwań, frustracji, problemów. Drugim takim momentem był zryw rewolucyjny PiS-u po 2015 roku, czyli de facto kwestionowanie dorobku 30 lat wolnej Polski. Od kłamliwego hasła "Polska w ruinie", poprzez niszczenie kluczowych instytucji państwa (prokuratury, sądów, mediów publicznych), na marginalizacji w Unii skończywszy.

Może wobec tego należałoby wyznaczyć dla Polski nowy cel cywilizacyjny?

Dzisiaj określanie tych celów cywilizacyjnych wcale nie jest proste i w coraz mniejszym stopniu wiąże się z polityką.

Ale jest potrzebne, bo ludzie potrzebują poczucia sensu i stabilizacji, a także wizji, z którą mogliby się utożsamiać.

Dlatego należy tego celu szukać. Tylko to nie może być PR-owy trik, obliczony na zdobycie kilku głosów więcej w wyborach – kolejna trzynasta emerytura czy europejski paszport. To musi być odpowiedź na realne wyzwania stojące dzisiaj przed Polską.

Co mogłoby zostać nowym celem cywilizacyjnym Polski?

To powinna być odpowiedź na dynamiczne zmiany współczesnego świata, coś niezwiązanego z wielką polityką. Na przykład edukacja – rozwiązanie problemu płac nauczycieli, podniesienie jakości nauczania, kształcenie odpowiednich kadr nauczycielskich, położenie nacisku na naukę języków obcych, zadbanie, żeby każde dziecko (nawet z biednej rodziny) mogło dostać miejsce w dobrej szkole, a potem na dobrej uczelni, doprowadzenie do tego, żebyśmy jako społeczeństwo mieli wyższy stopień kończenia studiów. Dzięki temu uczący się dzisiaj młodzi ludzie mogliby zostać jednym z najlepiej wykształconych pokoleń na świecie. Byliby przygotowani na wyzwania i zagrożenia XXI wieku. Dalej, rozwój kultury – zarówno najwyższej, jak i powszechnej – a także wrażliwości estetycznej i czytelnictwa. To kwestia myślenia długofalowego. Polska na razie jest w tym aspekcie zupełnie w lesie. Partia czy środowisko polityczne, które jako pierwsze w to zainwestuje, otrzyma premię i wygra z konkurencją.

Wygra, ale samodzielnie. Widzi pan jeszcze w Polsce szanse na powrót do dawnego szerokiego konsensusu dla dobra kraju?

Podział, który dokonał się w Polsce w ostatnich latach jest tak poważny i tak głęboki, że nie ma szybkiego powrotu do konsensusu w jakiejkolwiek sprawie. Ten konsensus byłby możliwy w teorii – gdyby dwie rządzące na zmianę od 2005 roku partie zostały wyprzedzone przez jakąś trzecią siłę. Wówczas mogłaby ona zaproponować pozostałym coś na kształt polsko-polskiego pojednania. Na dowód, że nikogo nie odrzuca, że stara się łączyć, a nie dzielić. To bardzo nieprawdopodobny scenariusz, ale inaczej tego nie widzę.

Schodząc do spraw znacznie bardziej przyziemnych, ale także ważnych: o co będzie się toczyć gra w wyborach europejskich 26 maja?

O być albo nie być Unii Europejskiej. O to, jakiej Europy chcemy dla następnych pokoleń. Problemów Unii nie brakuje – kryzys tradycyjnej demokracji, poważniejsze niż kiedykolwiek zagrożenie populizmem, realna groźba dezintegracji Unii, którą otwarcie bądź w sposób tajny wspierają takie państwa jak Rosja, Chiny czy administracja prezydenta Trumpa. Siły proeuropejskie będą walczyć o utrzymanie integracji europejskiej i pogłębianie jej tam, gdzie tego wymaga, a także o przekonanie ludzi, że idea europejska wciąż ma ogromny sens. Wybór będzie bardzo prosty: jesteś za silną, zjednoczoną i konkurencyjną Europą albo przeciwko niej.

Która Europa wygra?

Obstawiałbym, że jednak siły proeuropejskie. Stosunkiem głosów mniej więcej 65:35. To oznacza, że populiści będą o wiele silniejsi niż dotychczas, a temperatura debaty w Parlamencie Europejskim zbliży się do tej, którą znamy z niektórych parlamentów krajowych. W Parlamencie Europejskim koalicja konserwatystów z Europejskiej Partii Ludowej i socjaldemokratów z Partii Europejskich Socjalistów nie wystarczy do sprawowania władzy. Zapewne konieczne będzie doproszenie do tego sojuszu także liberałów z ALDE, a to odbije się na podziale unijnych stanowisk.

W Polsce będzie równie ciekawe?

Polska też będzie częścią tej batalii. U nas spór jest najprostszy – chcemy poprzeć siły walczące o silniejszą pozycję Polski w Unii czy te, które doprowadziły i dalej prowadzą do marginalizowania naszego kraju we Wspólnocie; chcemy mieć głos w sprawach europejskich i brać na siebie odpowiedzialność czy traktować Unię jak wygodny bankomat, z którego bierzemy pieniądze, a reszta nas nie obchodzi. Taki jest faktyczny wybór.

Kto będzie górą?

Walka będzie bardzo wyrównana, bo PiS dysponuje skonsolidowanym elektoratem na poziomie mniej więcej 35 proc. To bardzo dużo jak na polskie warunki.

Wybory europejskie to dla PiS-u najtrudniejszy teren. Nawet o te 35 proc. może być ciężko.

PiS wie, że będzie ciężko, dlatego jak tylko może mobilizuje swój elektorat. Tym razem nie będzie tak, że wybory europejskie zostaną przespane przez wsie i małe miasta, a metropolie zadecydują o triumfie Koalicji Europejskiej. To będzie bardzo wyrównana batalia. Koalicja Europejska ma szanse zbliżyć się do PiS-u, ale przeszkodą dla niej jest Wiosna Biedronia, która może zdobyć na tyle dużo głosów, że Koalicja nie zdoła wygrać z PiS-em. Dlatego kluczowy wpływ na wynik wyborów w Polsce będzie mieć frekwencja i struktura tej frekwencji.

Dziś wszyscy są chyba zgodni – będzie rekordowo wysoka.

Bardzo bym się cieszył, gdyby wyniosła 35-40 proc., bo o takim wyniku się dziś mówi. Niezależnie od rezultatu wyborów, jeszcze bardziej ucieszyłoby mnie, gdyby frekwencja dobiła do 50 proc., a przy tak rozpalonych emocjach to wcale nie jest niemożliwe. Pokazałoby to, że wreszcie czujemy się Europejczykami i rozumiemy, że głos w tych wyborach ma znaczenie. Po piętnastu latach w Unii – najwyższy czas.

Debata europejska w Gazeta.pl

Więcej o:
Komentarze (254)
15 lat Polski w UE. Wywiad z Aleksandrem Kwaśniewskim
Zaloguj się
  • lukasz_patrykus

    Oceniono 58 razy 34

    święte słowa panie prezydencie Unia Europejska jest obecnie najbardziej rozwiniętym i demokratycznym regionem na świecie 500 milionów mieszkańców... wie to każdy kto choć raz odbył podroż do USA, czy Azji , nie mówiąc już o Ameryce Łacińskiej czy Afryce...
    Europejski model socjalny, edukacja i opieka medyczna są po prostu najlepsze na świecie, nikt nic lepszego nie wymyślił mimo bajdurzenia rożnych "speców od dobrobytu" od alternatywnych ścieżek rozwoju typu rosyjskiego czy chińskiego, a ci którzy próbują nas z tej UE wyprowadzić to po prostu ewidentni kretyni

  • j21p

    Oceniono 30 razy 12

    Unia Europejska to - nie bojmy sie tego slowa - IMPERIUM

    500 mln ludzi
    USA - 320 MLN

    czas wstac z kolan i STWORZYC STANY ZJEDNOCZONE EUROPY i objac swiatowe przywodctwo

  • ochujek

    Oceniono 28 razy 10

    Bolszewicy wytrwale pracują by Polskę wyprowadzić z Unii. Klechy ich dopingują. Nadzieja w młodych, że nie chcą nadstawić tyłków sutannowym pedofilom i widzą pazerność tych zboków.

  • piss-ass

    Oceniono 21 razy 9

    PiS mówi że chce Unii, że chce by Polska była we wspólnocie. Tyle że on ma na myśli unię faszystów i podobnego oszołomstwa. Niby nie kłamią, ale oszukują, dlatego są źli.

  • fiqumiku

    Oceniono 18 razy 8

    PiS czyli rosyjska agentura w Polsce trzyma się doskonale. Zresztą ludzie pokroju Kaczynskiego ijego towarzyszy od 400 lat byli narzedziem w rekach Rosji

  • krynolinka

    Oceniono 22 razy 8

    Malkontentom, mówię nie! Europa to my. My to Europa. I dzięki temu, że jesteśmy we wspólnocie Kaczyński jeszcze nie powołał WRON..Może Baśka jeszcze nie jest gotowa z papierami?

  • czemublokujecie_mikonto

    Oceniono 25 razy 7

    Szkoda, że prezydentem nie został Kuroń, ale po latach okazuje się, że z tych co byli i są prezydentami w PL najlepszym był Kwachu, przynajmniej jakoś potrafił się na Zachodzie zachować, jego żona godnie nas reprezentowała. Jak porównać jego żonę z tym wyginającym się, skaczącym i głupowato uśmiechającym się bączkiem, który puszcza wredne gesty do Polaków to jest jak porównywać tulipanowca do jakiegoś chwastu pospolitego. Niestety obecna para na świeczniku przynosi hańbę Polsce i obywatelom. Niestety hodowla elbanowskich też ma swoje skutki, teraz różne takie młode osobniki potrafią powiedzieć, że głosowały na dudy albo qookiesy i że są z tego dumne. No jeszcze brakuje głosowania na korwiny, ale jak widać mamy to przed sobą. Polska jest w obiecanej ruinie totalnej. Obawiam się, że nawet Wiosna na to nie pomoże, a przydałoby się żeby ktoś przyszedł i rozpierniczył koryto, żeby nie było z czego doić, i żeby reformy konieczne zrobił. TERAZ a nie dopiero rozmawiał o tym PO wyborach.

  • j21p

    Oceniono 26 razy 6

    uwaga - aktywizacja antyunijny trolli pod tekstami o UE

    jak zawsze zreszta. cechy charakterystyczne rosyjskiej propagandy:
    - osmieszanie polskich osiagniec
    - osmieszanie polskich przywodcow
    - porownywanie UE do bolszewikich tworow
    - straszenie Niemcami
    - straszenie " zagrozeniem dla rodziny"

    badzmy czujni

  • franclajn

    Oceniono 17 razy 5

    To ostatnia taka rocznica. PiS będzie dalej razem z klerem rządzić i doprowadzi do POLEXITU. Wszystko im przecież przeszkadza w tej 'wyimaginowanej Wspólnocie' jak nazwał Unię pan Duda Andrzej, a w szczególności przeszkadza im flaga UE, hymn UE, wspólna waluta euro, świeckość państw UE, liberalizm, tolerancja, tradycja, prawa, cywilizacja, walka o czyste powietrze, ekologia, itd. , itp. Teraz pchają się po euro, którym straszą ciemnego ludu, ale w głębi serca to antyeuropejczycy, którym bliżej, w mej ocenie, do mentalności i standardów białoruskich, rosyjskich, tureckich lub kazachskich. Nawet proszki niemieckie im przeszkadzają.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX